W moich wspomnieniach często wracam do czasu, kiedy nie mogłam się doczekać ukończenia szkoły i przeprowadzki do stolicy. Do mojego ukochanego Michała, który przeniósł się z naszego rodzinnego Gdańska do Warszawy, aby studiować medycynę.
Kiedy i ja skończyłam szkołę oraz zostałam studentką, zamieszkaliśmy razem z Michałem. Dogadywaliśmy się całkiem dobrze i często rozmawialiśmy o przyszłości, w której pojawiała się też myśl, że po ukończeniu studiów pobierzemy się i będziemy mieli dzieci. W rzeczywistości nasze rodziny również oczekiwały, że małżeństwo będzie następnym logicznym krokiem w naszym związku, ponieważ byliśmy razem od 4 lat. Nasza szkolna miłość przerodziła się w poważny związek. Ja nawet potajemnie przeglądałam modele sukni ślubnych i czasami wyobrażałam sobie idealną ceremonię ślubną…
Pewnego weekendu, kiedy Michał miał dużo nauki, pojechałam z nową koleżanką z uczelni, Wiktorią, na dwa dni do jej rodziców na wieś. Powodem wyjazdu były urodziny jej wujka Krzysztofa, który miał 37 lat. Jak mówiła koleżanka, był jej ulubionym wujkiem, ponieważ od dziecka zawsze pozwalał jej na wszystko i przywoził wiele prezentów kiedy wracał z Anglii, gdzie mieszkał.
Był naprawdę charyzmatyczny i nawet pomyślałam, że nigdy nie widziałam bardziej pociągającego mężczyzny. Całą noc opowiadał mi różne historie ze swojego życia i o ciekawych miejscach, które odwiedził na świecie. Byłam nim tak zachwycona, że kiedy zapytał mnie, czy mam chłopaka, skłamałam, że do niedawna byłam jeszcze z pewnym chłopakiem, ale nam się nie udało…
Zaczęłam potajemny romans z Krzysztofem. Myślałam, że będzie to tylko letnia przygoda, ale ten związek pochłonął mnie z pasją i ciekawymi przeżyciami. Odkrywałam w sobie cechy, o których nie wiedziałam, że je mam. W końcu zgodziłam się wyjechać z Krzysztofem do Anglii. Wyobrażałam sobie piękne życie z mężczyzną moich marzeń.
Z Michałem nawet nie porozmawiałam twarzą w twarz. Po prostu spakowałam swoje rzeczy, gdy był na zajęciach, i zostawiłam mu list, w którym napisałam, że nasz związek się wypalił i że każdy powinien iść własną drogą.
Z powodu miłości zrezygnowałam ze studiów w Polsce, a w Anglii nie miałam ochoty się uczyć. Pracowałam jako opiekunka do dzieci od czasu do czasu, a głównie zajmowałam się uszczęśliwianiem Krzysztofa – żeby niczego mu nie brakowało. Ale zawsze czegoś brakowało: albo jedzenie nie było wystarczająco dobrze ugotowane, albo moja sukienka była zbyt zwyczajna, albo byłam za chuda, albo za gruba. Nawet najmniejsza zmiana w moim wyglądzie drażniła Krzysztofa.
Kiedy się złościł, stawał się przerażający: podnosił głos, obrażał mnie, a nawet wymyślał kary: raz zamknął mnie w domu i nie pozwolił wyjść, dopóki nie schudnę i znowu nie będę wyglądać seksownie w jego ulubionej czerwonej sukience… Bałam się komukolwiek poskarżyć, bo było mi wstyd i bałam się, a poza tym po momentach złości miał okresy czułości i troski, które wzmacniały moją słabość do niego. Tak, to była słabość, nie miłość, teraz to wiem. A może jednak to była miłość, tylko taka pełna szaleństwa, na którą nie miałam siły otworzyć oczu i opuścić Krzysztofa.
Na swoje 40. urodziny Krzysztof zażyczył sobie, żebyśmy mieli dziecko. Oczywiście, miał być to chłopiec, który miał nosić imię jego ukochanego dziadka, czyli mieliśmy nadać mu imię Jan. Niestety, nie mogłam zajść w ciążę i minęły prawie dwa lata bezskutecznych prób. Kiedy zasugerowałam, że powinniśmy skonsultować się ze specjalistą od niepłodności, Krzysztof wpadł w szał i spakował moje rzeczy. Dosłownie wyrzucił przez drzwi walizkę z moimi ubraniami i powiedział, żebym nigdy więcej do niego nie wracała. Płacząc, poszłam do przyjaciółki. Po kilku dniach nieustannego płaczu postanowiłam wrócić do Polski, a tam życie nie było dużo łatwiejsze. Pracowałam jako sprzedawczyni w supermarkecie i opiekowałam się moją matką, która miała udar.
Byłam przygnębiona i samotna – nie miałam ani męża, ani dzieci, ani pracy
Jakby nie wystarczyło, że moje życie całkowicie się pokręciło, pewnego dnia tak mnie bolał brzuch, że miałam wrażenie, że umieram. Musiałam wezwać karetkę, bo nie mogłam się ruszyć. Przyjechał lekarz, dał mi środek przeciwbólowy i powiedział, żebym następnego dnia poszła do specjalisty, jeśli ból nie ustąpi. Nie ustąpił – stał się jeszcze silniejszy. Poszłam więc do gastrologa, a tam…. lekarzem okazał się być Michał.
Pierwszy szok z powodu niespodziewanego spotkania w jego gabinecie prawie sprawił, że uciekłam przez drzwi, ale nie mogłam – w końcu wchodziłam do lekarza, nie do dawnej miłości. Michał starał się rozmawiać ze mną tylko o moim stanie zdrowia – zbadał mnie, zrobił USG, zlecił badania. Podejrzewał, że problem jest raczej natury ginekologicznej.
Wezwał mnie ponownie na badanie, gdy tylko zrobiłam testy. Zarówno za pierwszym, jak i za drugim razem, kiedy przyszłam na wizytę, nie wspominał o naszej przeszłości, zresztą od dawna nie miała ona dla niego znaczenia. Dowiedziałam się z krótkiej rozmowy, że ożenił się z koleżanką z pracy i ma córeczkę.
Mimo że spotkaliśmy się tylko dwa razy, zauważyłam, jaki jest dobry, troskliwy, mądry i zabawny. Nie żywił do mnie urazy, ale ja i w przypływie czułości i nostalgii – próbowałam go pocałować… Wtedy jego słowa ciężko obciążyły moją duszę: „Między nami nie może być niczego, jesteśmy w relacji – lekarz i pacjentka. Mam ukochaną żonę i rodzinę. Między nami wszystko się skończyło, nie zapominaj…”.
I to zakończyło naszą relację. Niestety, jako specjalista również nie mógł mi powiedzieć niczego dobrego: tak, jego diagnoza się potwierdziła – miałam problemy z narządami rozrodczymi. Musiałam przejść operację. Po niej okazało się, że nie mogę mieć dzieci – z Krzysztofem nigdy nie poszliśmy do specjalisty, teraz było jasne, że przyczyna leżała we mnie.
Gdy błąkałam się między prawdziwą a wymyśloną miłością, straciłam nie tylko prawdziwe uczuciem, ale i możliwość cieszenia się wspaniałą rodziną i dziećmi – czymś, o czym marzyłam przez długi czas.
Już nie przeglądam sukni ślubnych i nie marzę o idealnej ceremonii ślubnej – po prostu mam nadzieję, że w tym życiu los przeznaczył mi coś lepszego.



