Za mąż wyjdę, ale na pewno nie za tego przystojniaka. Jasne, chłopak udany, pod każdym względem z porządnej rodziny. Tylko zwyczajnie nie mój typ.
Znowu matka z konkubentem przyszła i jeszcze z jakimś trzecim facetem. Już lekko zawiani Zuzanna schowała się za starym kredensem w kącie.
I nie ma się gdzie schować, na dworze śnieg po kostki. Mam już tego wszystkiego dosyć. Latem skończę dziewiątą klasę, pojadę do Krakowa, pójdę do pedagogicznego i zostanę nauczycielką. Miasto blisko, tylko dziesięć kilometrów, ale mieszkać będę w akademiku.
Matka z gośćmi rozłożyła się w kuchni. Słychać było bulgotanie, gdy wlewali wódę do szklanek, poczułam woń kiełbasy. Zuzanna oblizała usta mimowolnie.
Ty! rozległ się głos matki.
Czego się krygujesz?
Was dwóch przecież
Nie pierwszy raz z dwoma, rzucił Marian, konkubent matki.
Zadzwoniły talerze. Szeleszczenie, stękanie. Zuzanna przykurczyła się mocniej. Nagle wszystko ucichło.
Słuchaj, Tomek, ona śpi, powiedział Marian.
Sam mówiłeś, fajna dziewucha, coś mam do niej
Słuchaj, jej córka przecież
Jaka córka?
Zuza, już duża, pewnie się schowała w pokoju.
Weź ją tu, ucieszył się Tomek.
Zuzka, gdzie jesteś? Marian wszedł do pokoju, zobaczył Zuzannę, uśmiechnął się obrzydliwie. Chodź, posiedzisz z nami!
Mi tu dobrze.
Czego się wstydzisz? Marian próbował ją objąć.
Zuzanna chwyciła wazon z kredensu i walnęła go Marianowi w głowę.
Stuk potłuczonego szkła. Wyrwała się i wybiegła z pokoju.
Łap ją! wrzasnął Marian.
Zuzanna była już przy drzwiach. Nie było czasu na zakładanie butów, wyskoczyła na zewnątrz w skarpetach, starych szortach i t-shircie.
Za nią wybiegli ci dwaj. Ulica w wiosce była pusta. Gdzie tu biec nocą w śniegu? Za plecami wrzaski. W dużym domu, obok którego przebiegała, zaszczekał jakiś pies. Ktoś przeklął na psiaka.
Zuzanna rzuciła się do bramy i zaczęła walić pięścią. Otworzył mężczyzna koło czterdziestki.
Pomóż mi! wyszeptała błagalnie.
Wchodź! złapał ją za rękę i zamknął drzwi.
Tomek, kto tam? wyszła kobieta na ganek.
Ta oto, za nią biegają jacyś pijacy, wskazał na Zuzannę.
Szybko do domu! kobieta pociągnęła dziewczynę do środka. Opowiesz wszystko.
Zuza, wyłaź po dobroci! wołał Marian.
Tomek, zostaw ich! krzyknęła gospodyni. Chodź do środka!
Na ulicy wrzaski, na podwórku szczeka pies.
Trzeba zadzwonić na policję, kobieta wyjęła telefon.
Apolonia, nie ma sensu. Zaraz się z nimi dogadam. Lokalsi pewnie.
Jak chcesz się dogadywać?
Po dobroci. Ty uspokój dziewczynę!
Tomku sięgnął po siatkę, podszedł do lodówki. Włożył butelkę i kawał kiełbasy.
Na podwórku pogłaskał psa, razem wyszli na ulicę. Marian od razu rzucił się na niego:
Oddaj Zuzkę!
Bierz to i znikaj!
Co masz? Marian zajrzał do siatki, rozpromienił się, kiwnął kumplowi. Wychodzimy, Tomek!
***
Tak, nazywam się Apolonia, kobieta nastawiła czajnik na kuchence. Siadaj, siadaj! Mów, kto ty i co się stało.
Jestem Zuzanna, zaczęła, zęby jej dygotały. Mieszkam na końcu tej ulicy.
Córka Kingi?
Tak.
My tu mieszkamy raptem parę miesięcy, a już o twojej mamie wszyscy gadają.
Zuzanna spuściła głowę i rozpłakała się.
Oj, nie płacz!
Kobieta podeszła, przytuliła delikatnie. Dla Zuzanny ten dotyk był czymś z innego świata. Objęła gospodynię mocniej i zaczęła ryczeć na dobre.
Już dobrze, już! Teraz wypijemy herbatę.
Tomku wrócił do środka:
Załatwione, poszli.
A z tą pięknością co robimy? mrugnęła Apolonia do dziewczyny.
Pogadamy jutro. Teraz herbata i kąpiel.
Jesteś głodna? Apolonia postawiła przed gościem kubek gorącej herbaty. Uśmiechnęła się znowu. Widzę, że tak.
Na stole znalazły się kanapki. Resztki ciasta.
Jedz, jedz! Tomku też się uśmiechał, widząc jak Zuzanna spogląda na jedzenie.
Więcej pytań już jej nie zadawali. Starali się nie zwracać uwagi, widząc, jak dziewczyna się wstydzi.
Po kolacji Apolonia zaprowadziła ją do łazienki.
Wykąp się, tutaj masz szlafrok!
***
Zuzanna pragnęła jednego by jej dziś nie wywalili za drzwi. Jakie to cudowne leżeć w ciepłej wodzie, kiedy na dworze tak zimno. Ale czas wychodzić, gospodarze czekają.
Wyszła. Tomek z żoną siedzieli na kanapie. Dziewczyna uśmiechnęła się niepewnie:
Dziękuję!
Słuchaj, Zuzanno, zaczęła rozmowę gospodyni. Nikt cię chyba specjalnie szukać nie zamierza. Wracać do domu też nie chcesz.
Zuzanna spuściła głowę.
Jutro rano ruszamy wcześnie…
Rozumiem, Zuzanna jeszcze niżej głowę schowała.
Zostaniesz sama. Nikomu nie otwieraj! Na podwórko nasz pies, Burek, nikogo nie wpuści. Jasne?
Tak! wykrzyknęła dziewczyna nie kryjąc emocji.
Możesz nam na powrót ugotować barszcz, chytrze mrugnął Tomku. Umiesz?
Umiem, pośpieszyła Zuzanna, ciągle lękając się, że ją przegonią. Dobrze gotuję. I posprzątam też.
Sprzątnij na dole, jeśli ci się chce, zgodziła się Apolonia.
***
Obudziła się razem z gospodarzami. Leżała cicho w łóżku, bojąc się, że zaraz ją wygonią. Potem usłyszała warkot samochodu na podwórku. W końcu zapadła cisza.
Wstała. Umyła się. W kuchni czajnik z wrzątkiem, na stole chleb, kiełbasa, serek. Na blacie wieprzowe żeberka.
Zjadła śniadanie. Posprzątała ze stołu. Wszystko powycierała, umyła podłogę.
W korytarzu zobaczyła odkurzacz. Włączyła i zaczęła sprzątać.
Właśnie wyłączyła odkurzacz
Co tu się dzieje? rozległo się za plecami.
Obróciła się gwałtownie. Przystojny, wysoki chłopak, na oko osiemnaście lat, w oczach błysk ciekawości.
Sprzątam, wymamrotała Zuzanna. A pan to kto?
Hm chłopak pokiwał głową, sięgnął po telefon z kieszeni:
Mamo, jestem w domu. Kto to z tobą?
Synku, ta dziewczyna trochę u nas pomieszka.
Dla mnie może być.
Schował telefon do kieszeni. Obejrzał Zuzannę od góry do dołu i poszedł do kuchni.
Zrobić herbatę? zapytała niepewnie dziewczyna.
Poradzę sobie.
***
Zuzanna odstawiła odkurzacz. Zabrała się za kurz, wsłuchując się w każdy odgłos z kuchni.
Chłopak zjadł śniadanie, wszedł do łazienki.
Wyszedł ogolony, pachnący jak reklama wody po goleniu.
Hej, daj jeszcze jedną butelkę! rozległ się krzyk z ulicy.
Co to za typy? chłopak podszedł do okna.
Nie otwieraj im! przestraszona Zuzanna krzyknęła.
Spojrzał na nią z rozbawieniem i pomaszerował do wyjścia.
Zuzanna podbiegła do okna. Za płotem stali Marian z kolegą, coś krzyczeli. Dziewczynie zrobiło się zimno ze strachu.
Nagle chłopak wyszedł na podwórko. Marian z kumplem rzucili się na niego, a potem runęli w śnieg jak pod kosą, obaj naraz. Chłopak coś powiedział, podnieśli się i odeszli z opuszczonymi głowami w kierunku domu matki Zuzanny.
***
Chłopak wrócił. Jego spojrzenie zatrzymało się na Zuzannie. Podszedł:
Strach cię sparaliżował?
Nie panując nad sobą, wtuliła się w jego klatkę piersiową i rozpłakała się.
Jak się nazywasz? zapytał.
Zuzanna.
Ja jestem Przemek. Nie płacz już, nie wrócą.
***
Przemek poszedł na górę, do swojego pokoju, i nie wracał aż do wieczora. Zuzanna ugotowała barszcz. Usiadła przy kuchennym stole pogrążona w myślach.
Tak, marzyłoby się tu zostać, z tymi dobrymi ludźmi, ale Zuzanna rozumiała, że już przekroczyła wszelkie granice.
Gospodarze wrócili. Apolonia pokręciła głową, patrząc na porządek. Tomku pochwalił barszcz.
Chyba pójdę do domu szepnęła Zuzanna. Dziękuję za wszystko!
Zuzanno, zostań z nami jeszcze parę dni!
Dziękuję, Apolonio! Ale ja muszę iść, powtórzyła dziewczyna.
Ruszyła do drzwi, zamarła. Od wczoraj chodziła przecież w obcym szlafroku i cudzych kapciach.
No, chodź! kobieta ujęła ją za ramię i poprowadziła do garderoby.
Otworzyła szafę. Przez chwilę przeglądała rzeczy. Wyciągnęła dżinsy, sweter, ciepłą kurtkę sportową.
Zakładaj! Rozmiary mamy podobne.
Nie trzeba, naprawdę…
Przecież nie pójdziesz do domu w podomce. Bierz! Nie zbiednieję.
Założyła. Zerknęła ukradkiem w lustro. Tak pięknych ciuchów nigdy nie miała.
W korytarzu gospodyni zakłada jeszcze czapkę i zimowe buty.
Zuza, noś w zdrowiu!
Dziękuję, Apolonio!
***
Życie wróciło do normalności. Albo prawie. Mama zatrudniła się na fermie. Marian wyparował razem ze swoim koleżką.
Nadeszła wiosna. Pewnego dnia siedziała nad lekcjami. Ktoś zapukał do furtki. Zuzanna wyszła do okna i zdębiała: za płotem stał Przemek. Skinął jej głową: wyjdź.
Nie wyszła wyleciała.
Cześć! uśmiechnął się Przemek.
Witaj!
Mama cię wołała.
***
Gdy przekroczyła próg tamtego domu, gdzie spędziła ten szczęśliwy dzień, aż się zatrzymała.
Cześć, Zuzanko! powitała ją Apolonia, obejmując czule.
Witam, Apolonio!
Wchodź, napijemy się herbaty!
Gospodyni nalała herbaty, sama usiadła naprzeciwko.
Otóż, mam sprawę. Lecimy z mężem na miesiąc do Turcji, na twarzy Apolonii pojawił się błogi uśmiech. Syn rzadko bywa w domu. Mogłabyś się zaopiekować domem? Nakarmić Burka i kota, podlewać kwiaty. A kwiatów ci u mnie dostatek.
Oczywiście, Apolonio!
I bardzo dobrze, sięgnęła po portfel. Tu masz dwa tysiące złotych.
Apolonio, nie trzeba
Bierz! Zbankrutować nie zbankrutujemy. Chodź, wszystko ci pokażę.
Zuzanna pilnie zapamiętywała, gdzie stoją doniczki i które kwiaty podlewać. Gdzie karma dla kota, gdzie mięso dla psa. Na koniec Apolonia zawołała:
Przemek! syn wyskoczył z pokoju. Poznaj Zuzę z Burkiem!
Chodź! Przemek lekko ujął ją za ramię.
Wyszli na podwórko, odwiązali Burka, poszli na spacer. Przemek opowiadał o studiach, karate, firmie prowadzonej z ojcem.
A Zuza myślała co innego. Miała świadomość, że dzieli ich przepaść jak między jej mamą a rodzicami Przemka. To nie bajka z Kopciuszkiem, to prawdziwe życie.
Za dwa miesiące egzaminy do pedagogicznego, zdobędę je na sto procent. Zacznę studia, będę pracować, radzić sobie, zostać kimś. Za mąż wyjdę, ale na pewno nie za tego przystojniaka. Tak, świetny chłopak Ale nie dla mnie!
Wdzięczna Apolonii za ubrania i te dwa tysiące złotych. Przynajmniej przez pierwszy czas w mieście mam z czego żyć.
Z jakimś dziwnym przeczuciem Zuzanna zrozumiała, że właśnie zakończyło się jej trudne dzieciństwo. Przed nią dorosłe życie, nie mniej wymagające w którym wszystko zależy od niej.
Doszli do domu. Zuzanna pogłaskała Burka po karku, uśmiechnęła się do Przemka i ruszyła do siebie. Jutro zaczyna pracę w tym domu. Tylko praca i nic więcej.



