Trzeba było wcześniej przygotować się na narodziny dziecka!
Dzisiaj znów wróciły do mnie emocje związane z wyjściem ze szpitala. Olek, mój mąż, zjawił się po mnie prosto z pracy, bo w banku nie był w stanie wziąć wolnego. Tyle razy prosiłam, żeby poprosił o urlop, lecz jego szef nie dał mu ani dnia. Powtarzałam, żeby przygotował choć podstawowe rzeczy na przyjęcie maluszka, on za każdym razem mnie zapewniał: Spokojnie, wszystko ogarnę, Krysiu. Gdybyśmy wcześniej uprali ubranka, kupili zapasy i uprzątnęli mieszkanie, dziś nie byłoby tego zamieszania. Ale jak zwykle wyszło po polsku
Olek nie dotrzymał obietnicy? zapytała mnie Basia, kiedy opowiadałam jej, co się wydarzyło.
Prawda jest taka, że trafiłam do szpitala kompletnie nieprzygotowana. Po powrocie do naszego mieszkania na Ursynowie ogarnął mnie wstyd. Mama i teściowa szybko wpadły z gratulacjami, a tu wszędzie kurz, pajęczyny w kątach Po półkach można było paznokciem rysować wzory! Nie było nawet wózka, komody, a Olek nie zadał sobie trudu, by kupić choćby body dla naszego synka. Na szczęście Sylwia i Magda podrzuciły mi paczkę pieluch i trochę śpioszków uratowały sytuację.
Sześć lat minęło od naszego ślubu. Olek i ja długo odkładaliśmy powiększenie rodziny najpierw chciał mieć stabilną pracę, wynająć mieszkanie, odłożyć parę złotych na czarną godzinę. Gdy już było trochę lepiej, zdecydowałam się na dziecko.
Powiadomiłam szefową w przedszkolu, że jestem w ciąży. Reakcja? Natychmiastowe wypowiedzenie. Każdy inny może by poszedł do ZUS-u czy sądu, ja uznałam, że wreszcie mam czas na spokojne szykowanie się do macierzyństwa. Haftowałam serwetki, spędzałam długie popołudnia nad Wisłą, czytałam poradniki o wychowaniu i cieszyłam się ciszą. Nie brakowało nam grosza Olek dostał awans i podwyżkę.
Ciąża przebiegała bez problemów. Spędzałam sporo czasu na spacerach po Łazienkach, przeglądałam gazetki z artykułami dla niemowląt. Ale Olek uparł się, że do narodzin nie kupimy ani jednej rzeczy, bo przesądy, że nie wolno. Siostra obiecała pożyczyć nam komodę i łóżeczko, gromadziła też po kątach inne drobiazgi. Ratowała mnie poradami: żeby odebrać wszystko wcześniej, wyprać, wyszorować mydłem marsylskim i przewietrzyć. Ja tylko spakowałam torbę do szpitala, reszty robić mi nie wolno było.
Kiedy akcja porodowa się zaczęła i zadzwoniłam do Olka, spanikował, bo nagle do niego dotarło, ile wydatków nas czeka. Sama, leżąc już w szpitalu na Karowej, dręczyłam się, że nie zdążyłam nawet wyciągnąć ubrań z pralki. Zanim przyszłam do domu, dalej leżały w bębnie.
Dobrze, że koleżanki miały odłożone ubrania po swoich dzieciach dały mi na początek śpioszki i paczkę pampersów, miałam w co ubrać synka. Olek jeździł jak wariat po całej Warszawie, szukając wszystkiego na ostatnią chwilę. Część rzeczy była brudna, część poplamiona czy zakurzona po babcinej piwnicy. Nagle na mojej głowie wylądowały pranie, suszenie i prasowanie. Wtedy serio miałam ochotę wszystkich wyprosić z domu i pakować się do mamy. Rozwód wisiał w powietrzu, łzy cisnęły mi się do oczu.
Przez kilka dni próbowałam doprowadzić mieszkanie do porządku. Minęły już dwa miesiące od narodzin Szymka, ale wciąż nie mam ochoty zapraszać kogokolwiek w gości.
Rodzina już czeka: Krystyno, zaproś nas na obiadek, przecież już minęło tyle czasu!. Szczerze? Śmiech na sali. Wszyscy już mi zaplanowali robotę, a o moim komforcie nikt nie myśli.
Mama dziwi się, że jestem taka rozżalona. Sądzi, że powinnam była sama o wszystko zadbać, zamiast czekać na inicjatywę męża. Według niej dziewięć miesięcy w domu to dość, by przygotować każde gniazdo. Przecież mogłam poprosić Olka o skręcenie komody, wyniesienie śmieci i porządki. Jej zdaniem, samemu trzeba wyręczać facetów, nie ma co liczyć na innych. Typowe polskie myślenie.
Nie wiem już, czy mam żal do swojej rodziny, czy to rzeczywiście moja wina, że nie przygotowałam gniazda? Może faktycznie wszystko powinno być na mojej głowie Co o tym myśleć? Co zrobiłabyś na moim miejscu?



