Od dziecka mawiali o mnie, że mam „dar”. Ja uważałam to raczej za przekleństwo. Przenieśmy się jednak w czasie.
Gdy miałam miesiąc, matka zostawiła mnie pod drzwiami sierocińca. Może i ona miała ten „dar”? Może nie chciała, bym go odziedziczyła? Prawdy nie poznam. Dorastałam w domu dziecka w Krakowie, nie znając rodziców. Pierwsza moją szczególną moc zauważyła wychowawczyni, Maria Antonina. Gdy jeden z chłopców, Tomek, zabrał mi zabawkę, opowiadała później:
Przysięgam, zobaczyłam, jak Tomek odleciał na dywan w drugi kąt sali, a ty odebrałaś swój miś! Uśmiechnęła się smutno.
Maria Antonina rozumiała moją inność. Bała się, że jeśli ktoś się dowie, nigdy nie zaznam spokoju.
Nie chcę, żeby cię zabrali na eksperymenty powtarzała.
Zaczęła mnie uczyć, jak okiełznać moje zdolności. Gdy się wściekałam, mogłam przesuwać przedmioty, nawet ludzi. Wyczuwałam biopola otaczających mnie osób. Nie musiałam rozmawiać, by poznać, czy ktoś jest dobry, czy zły. Sama moc wydawała się przydatna, ale ludzie jakby przeczuwali, że jestem inna. Stronili. Dlatego żadna rodzina nie chciała mnie adoptować. A ja pragnęłam, jak każdy, czułości, miłości, prawdziwego domu. Pragnęłam poznać, co to znaczy mieć matkę.
Miałam tylko jedną przyjaciółkę w domu dziecka. Irenę. Ale wolała, by wołać na nią Irka. Była wspaniała. Razem spędzałyśmy każdą chwilę. Byłyśmy sobie rodziną. Irka znała mój sekret i nigdy, przenigdy, nie poprosiła, bym wykorzystała moce dla jej korzyści. Byłam jej za to ogromnie wdzięczna. Irka straciła nadzieję na rodzinę miała już piętnaście lat. A każdy sierotą wie, że „starszych” nikt nie bierze.
Pewnego dnia Irka wpadła do sali z szeroko otwartymi, płonącymi oczami. Czujniki we mnie zalala fala jej szalonej energii.
Co się stało?!
Aniu!!! Wyobraź sobie! Adoptują mnie!!! Będę miała rodzinę!!!!
Podskoczyła, objęła mnie za szyję i zaczęła kręcić w kółko.
Znaleźli się ludzie! Miałam straszne szczęście!!!!
Nagle zatrzymała się i spojrzała poważnie.
Nie martw się, będę cię odwiedzać! A gdy i ciebie adoptują, będziemy rodzinami! Chodź, chodź, pokażę ci ich! Są u dyrektorki! I pociągnęła mnie za rękę.
Stanęłyśmy pod drzwiami, które właśnie się otwarły.
Wyszła para. Mężczyzna barczysty, z ostrym podbródkiem i mocnymi kośćmi policzkowymi.
Wyczułam błyskawicznie ich biopola. Uderzyły we mnie z całą mocą. I wcale mi się nie spodobało.
Od mężczyzny biła energia brutalnej siły. Przemoc. Gburostwo. Złość.
Kobieta była nikła, przerażona. Dzikie wyczerpanie i pustka oto co odebrałam.
O, Irenka! Mężczyzna rozciągnął się w uśmiechu aż mnie przeszedł dreszcz.
Już prawie po papierach. Jutro jedziesz z nami do domu.
Irka rzuciła się mu na szyję. Wtedy w jego biopolu błysnęła potężna fala. Nie była to miłość ojcowska. To było coś innego. Coś jak pożądanie.
Wróciłyśmy do sali.
Irka latała, nie mogąc pohamować radości. Ja siedziałam na łóżku, próbując strawić to, co wyczułam. Może mi się wydawało?
O co ci chodzi? Irka przysiadła obok. Nie martw się tak! Będziemy się widywać, obiecuję!
Irka, nie podobali mi się… On, ten Artur Pawłowicz… Jakiś zły jest.
Irka zmarszczyła brwi.
Przestań, Aniu! Co ty wygadujeszz? Zazdrość? Tak długo na to czekałam! Będę mieć rodzinę! Oni są cudowni! Artur Pawłowicz mówił, że będę mieć własny duży pokój, wyobrażasz?
Irka, ale ja ludzi czuję!
Ania, daj spokój! wstała gwałtownie i podeszła do okna. Każdą parę sprawdza psycholog i dyrektorka! Oni są idealni! On pracuje w kopalni, ona w domu będę mieć mamę na co dzień, rozumiesz? Mają wszystkie dokumenty w porządku! Gdyby byli potworami, byłoby to w papierach! Głos jej zadrżał. Myślałam, że będziesz się cieszyć Powiedziała płaczliwie, odwracając się.
Zrobiło mi się wstyd. Objęłam ją z tyłu.
Przepraszam. Cieszę się, przyjaciółko. Miałam zwidy. Po prostu nie chcę się z tobą rozstawać.
Nie martw się. Masz dopiero siedem lat, ciebie też przygarną. Dobrze, pójdę się pakować.
Noc spędziłam źle. Śnił mi się Artur Pawłowicz jako potwór, ze świdrującymi, złośliwymi oczami i kłami, z których kapała ślina.
Irka ledwo mnie obudziła. Była ubrana, spakowana. Stałam na ganku i długo nie mogłam jej wypuścić z objęć, jakbym tym uściskiem mogła ją ochronić. Kiedy Irka wsiadała do samochodu, a wychowawcy wrócili do budynku, zostałam na ganku sama. Tylko ja zauważyłam, jak wychowawczyni Irki odetchnęła ciężko, ulgowo, gdy wsiadła, a Artur Pawłowicz uśmiechnął się chytrze
Teraz w naszym domu na zawsze zagościł spokój, bo razem z Jadzią i naszą kochającą mamusią Martą Nowak każdy dzień był potwierdzeniem, że czasem to, co uznajemy za przekleństwo, może stać się najpiękniejszym darem, wykuwając najsilniejsze więzi.
WYJĄTKOWA



