Wygodne babcie
Obudziłam się dziś od głośnego śmiechu. Nie był to cichy chichot, ale taki donośny, aż nieprzyzwoity w szpitalnej sali, mocno mnie denerwujący przez całe życie. Śmiała się moja współlokatorka, trzymając telefon przy uchu i wymachując drugą ręką, jakby rozmówca mógł ją zobaczyć.
Kaśka, no coś ty! Naprawdę to powiedział? Przy wszystkich?!
Spojrzałam na zegarek. Siódma minus piętnaście. Do pobudki jeszcze kwadrans. Kwadrans ciszy, który mógł zostać przeznaczony na zebranie myśli przed operacją.
Wczoraj, gdy mnie przywieziono do sali, moja współlokatorka już leżała na łóżku i coś szybko pisała w telefonie. Wymieniłyśmy krótkie Dobry wieczór Dobry wieczór i każda została przy sobie. Byłam jej wdzięczna za milczenie. Teraz cyrk.
Przepraszam zwróciłam się do niej spokojnie, choć zdecydowanie. Czy mogłaby pani trochę ciszej?
Odwróciła się. Okrągła twarz, krótko ostrzyżone, siwiejące włosy, których nawet nie próbowała farbować, i kolorowa piżama w czerwone grochy. W szpitalu!
Oj, Kaśka, potem zadzwonię, tutaj mnie już ustawiają schowała telefon i zwróciła się do mnie z uśmiechem. Przepraszam! Nazywam się Barbara Nowak. Wyspana pani? Przed operacjami w ogóle nie śpię, więc dzwonię gdzie się da.
Jadwiga Zielińska. To, że pani nie śpi, nie znaczy, że inni nie chcą odpocząć.
Ale pani też już nie śpi puściła oko. Dobrze, będę szeptać. Słowo.
Nie szeptała. Przed śniadaniem zadzwoniła jeszcze dwa razy, za każdym razem coraz głośniej. Odwróciłam się ostentacyjnie do ściany i naciągnęłam kołdrę na głowę, ale nic to nie dało.
Dzwoniła córka tłumaczyła przy śniadaniu, którego nie jadłyśmy. Operacja, stresuje się, biedna. Uspokajam ją jak mogę.
Nic nie powiedziałam. Syn nie zadzwonił. Zresztą nie oczekiwałam zapowiadał, że ma ważne zebranie. Sama go tak wychowałam: praca to odpowiedzialność.
Barbarę Nowak zabrali do operacji pierwszą. Szedła korytarzem, machając na pożegnanie i krzycząc jeszcze coś do pielęgniarki, która się śmiała. Pomyślałam, że najlepiej, gdyby po operacji przenieśli mnie do innej sali.
Mnie zabrano godzinę później. Narkozę zawsze znosiłam ciężko. Obudziłam się z mdłością i tępym bólem z prawej strony. Pielęgniarka wyjaśniła, że wszystko poszło dobrze, trzeba tylko wytrzymać. Umiałam wytrzymywać. Zawsze.
Wieczorem, gdy mnie przywieziono z powrotem, Barbara już leżała na swoim łóżku. Szara twarz, zamknięte oczy, kroplówka. Cicho, pierwszy raz naprawdę cicho.
Jak się pani czuje? zapytałam, choć nie zamierzałam zaczynać rozmowy.
Otworzyła oczy. Uśmiechnęła się słabo.
Żyję jeszcze. A pani?
Też.
Zamilkłyśmy. Za oknem zapadał zmierzch. Kroplówki dzwoniły cicho.
Przepraszam za ranek odezwała się po dłuższej chwili. Jak się denerwuję, to zaczynam gadać bez przerwy. Wiem, że irytujące, ale nie mogę się powstrzymać.
Chciałam odpowiedzieć coś zgryźliwego, ale nie miałam już siły. Zdołałam jedynie:
W porządku.
W nocy żadna z nas nie spała. Bolało nas obie. Barbara nie dzwoniła już do nikogo leżała spokojnie, ale słyszałam, jak się wierci, wzdycha. Chyba raz płakała bardzo, bardzo cicho, w poduszkę.
Przyszła rano lekarka. Obejrzała szwy, zmierzyła temperaturę. Świetnie, wszystko dobrze powiedziała do nas obu. Barbara zaraz chwyciła telefon.
Kaśka, cześć! Już po, wszystko dobrze, nie martw się. A co z Jasiem? Miał temperaturę? Ale już mu przeszło? No widzisz, mówiłam, że nic mu nie będzie.
Przysłuchiwałam się mimowolnie. Moje czyli wnuki. Córka zdaje relację.
Mój telefon milczał. Zerknęłam dwie wiadomości od syna. Mamuś, jak się czujesz? i Daj znać, jak dasz radę odpisać. Wysłał je wczoraj, kiedy jeszcze nie byłam przytomna po narkozie.
Odpisałam: Wszystko ok. Dodałam buźkę. Syn zawsze o nie prosił, mówił, że bez nich wiadomości są smutne.
Odpisał po trzech godzinach: Super! Całuję.
Pani bliscy nie przyjeżdżają? spytała po południu Barbara.
Syn pracuje. Mieszka daleko. I nie trzeba, nie jestem dzieckiem.
Właśnie, zgodziła się. U mnie to samo: mamo, jesteś dorosła, dasz radę. Po co przyjeżdżać, skoro wszystko w porządku, prawda?
W jej głosie zabrzmiało coś, co sprawiło, że uważniej się jej przyjrzałam. Uśmiechała się, ale w oczach nie było radości.
Ile ma pani wnuków?
Troje. Jasiek najstarszy, ma osiem lat. Potem Malwinka i Franek trzy i cztery lata. Wyjęła z szafki telefon. Chce pani zobaczyć zdjęcia?
Przez dwadzieścia minut oglądałam dzieci na działce, dzieci na wakacjach, dzieci z tortem. Na każdym zdjęciu ona. Przytulała, całowała, wygłupiała się. Córki nie było na żadnym.
To ona robi zdjęcia wyjaśniła. Nie lubi być przed obiektywem.
Wnuki często u pani bywają?
Mieszkam u nich praktycznie. Córka pracuje, zięć też, więc pomagam. Odbieram z przedszkola, sprawdzam lekcje, gotuję.
Kiwnęłam głową. U mnie było podobnie. Po narodzinach wnuka byłam codziennie. Potem rzadziej, jak podrósł. Teraz raz w miesiącu, w niedzielę. Gdy znajdziemy czas.
U pani jak?
Jeden wnuk. Dziewięć lat. Dobrze się uczy, chodzi na sport.
Często się widzicie?
Czasem w niedziele. Są zajęci, rozumiem to.
No tak Barbara spojrzała w okno. Zajęci.
Zamilkłyśmy. Za oknem siąpił deszcz.
Wieczorem Barbara powiedziała:
Nie chcę wracać do domu.
Spojrzałam na nią. Siedziała na łóżku, kolana przyciągnięte do klatki piersiowej, patrzyła w podłogę.
Naprawdę nie chcę. Długo o tym myślałam.
Dlaczego?
Po co? Przyjadę, a tam Jasiek sobie nie poradził z lekcjami, Malwinka zasmarkana, Franek spodnie podarł. Córka w pracy do późna, zięć na wyjazdach. Ja piorę, gotuję, sprzątam, pomagam. A oni nawet jednego dziękuję. Bo przecież babcia musi.
Milczałam. Coś ugniatało mnie w gardle.
Przepraszam Barbara otarła oczy. Rozkleiłam się jakoś.
Nie przepraszaj powiedziałam cicho. Ja pięć lat temu przeszłam na emeryturę. Myślałam, że wreszcie będę mieć czas dla siebie. Chciałam chodzić do teatru, na wystawy. Nawet zapisałam się na francuski. Wytrwałam dwa tygodnie.
I co było dalej?
Synowa zaszła w ciążę. Prosiła o pomoc. Jestem babcią, nie pracuję, mi nie ciężko. Nie umiałam odmówić.
I jak?
Trzy lata codziennie. Potem wnuk do przedszkola, to co drugi dzień. Potem szkoła raz w tygodniu. Teraz już mnie nie potrzebują. Mają nianię. A ja siedzę w domu i czekam, czy zadzwonią. Jeśli nie zapomną.
Barbara pokiwała głową.
Córka miała przyjechać w listopadzie. Do mnie, na kilka dni. Cały dom wysprzątałam, ciasto upiekłam. A ona zadzwoniła: mamo, przepraszam, Jasiu ma trening, nie możemy.
I nie przyjechała?
Nie. Ciasto oddałam sąsiadce.
Siedziałyśmy w ciszy. Deszcz stukał w szyby.
Wie pani, co boli najwięcej? Barbara odezwała się cicho. Nie, że nie przyjeżdżają. Że i tak czekam. Trzymam telefon, czekam, aż zadzwonią, spytają, czy tęskniłam. Tak po prostu, nie żeby prosić o pomoc.
Poczułam ukłucie w nosie.
Ja też czekam. Gdy dzwoni telefon, myślę, może syn chce pogadać. Ale nie zawsze chodzi o coś konkretnego.
A my pomagamy Barbara uśmiechnęła się gorzko. Bo przecież jesteśmy matkami.
Tak.
Następnego dnia, przy opatrunkach, obie cierpiałyśmy. Leżałyśmy po wszystkim w ciszy, aż Barbara powiedziała:
Myślałam, że mam szczęśliwą rodzinę. Córka ukochana, zięć porządny, wnuki radość. Że jestem potrzebna. Że bez babci ani rusz.
I?
Dopiero tu zrozumiałam, że świetnie sobie beze mnie radzą. Córka przez cztery dni ani razu nie poskarżyła się, że jest jej ciężko. Odwrotnie, pełna energii. Czyli mogą. Po prostu wygodniej, kiedy babcia jest darmową nianią.
Uniosłam się lekko na łokciu.
A wie pani, co ja zrozumiałam? Że to moja wina. Sama nauczyłam syna, że mama zawsze pomoże, zawsze wesprze, zawsze czeka. Że moje sprawy są mniej ważne jego najważniejsze.
Ja tak samo. Córka dzwoni, rzucam wszystko, lecę.
Nauczyłyśmy ich, że nie jesteśmy ludźmi powiedziałam powoli. Że nie mamy swojego życia.
Barbara pokiwała głową. Zamilkła na chwilę.
I co teraz?
Nie wiem.
Piątego dnia wstałam sama z łóżka. Szóstego dnia przeszłam cały korytarz i wróciłam. Barbara była dzień do tyłu, ale szła wytrwale. Spacerowałyśmy razem, powoli, trzymając się ściany.
Po śmierci męża zupełnie się pogubiłam zaczęła Barbara. Myślałam, że już po mnie. Córka powiedziała: mamo, masz nowy sens wnuki. Żyj dla nich. Żyłam. Tylko ten sens jakby jednostronny. Ja dla nich, a oni dla mnie tylko, gdy im wygodnie.
Opowiedziałam o swoim rozwodzie trzydzieści lat temu, syn miał pięć. Samotnie go wychowałam, wieczorami uczyłam się, pracowałam na dwóch etatach.
Wydawało mi się, że jeśli będę idealną matką, on będzie idealnym synem. Jeśli dam mu wszystko, będzie wdzięczny.
A on dorósł i żyje swoim życiem dodała cicho Barbara.
Tak. I chyba to normalne. Ale nie sądziłam, że będę tak samotna.
Ja też nie.
Siódmego dnia przyszedł syn. Bez zapowiedzi, niespodziewanie. Siedziałam na łóżku i czytałam, kiedy stanął w drzwiach. Wysoki, w markowym płaszczu, z reklamówką owoców.
Mamo, hej! ucałował w czoło. Jak się czujesz? Lepiej?
Lepiej.
Świetnie. Lekarka mówi, jeszcze trzy dni i do domu. Może przyjedziesz do nas? Marta mówi, że pokój dla gości wolny.
Dziękuję, lepiej mi u siebie.
Jak wolisz. Ale jakby co, dzwoń.
Posiedział dwadzieścia minut. Opowiadał o pracy, o wnuku, o nowym samochodzie. Spytał, czy nie potrzebuję pieniędzy. Obiecał, że wpadnie za tydzień. Wyszedł szybko, ulżyło mu.
Barbara w tym czasie udawała, że śpi. Kiedy drzwi się zamknęły, otworzyła oczy.
Twój?
Mój.
Ładny.
Tak.
I zimny, jak lód.
Nie odpowiedziałam. Ścisnęło mnie w gardle tak, że aż trudno było oddychać.
Wiesz powiedziała Barbara cicho pomyślałam, że może powinniśmy przestać czekać na ich miłość. Po prostu odpuścić? Zrozumieć, że mają swoje życie, a my powinniśmy znaleźć własne.
Łatwo powiedzieć.
Trudno zrobić. Ale co nam zostało? Siedzieć i czekać, aż sobie o nas przypomną?
Co jej powiedziałaś? zapytałam nagle przechodząc na ty, co mnie zaskoczyło.
Córce? Po wypisie dwa tygodnie odpoczynku. Lekarka zakazała dźwigania. Z wnukami nie dam rady.
Obraziła się?
Oj, tak. Uśmiechnęła się. Ale wiesz co? Poczułam ulgę. Jakby ktoś zdjął z ramion ciężar.
Zamknęłam oczy.
Boję się. Jeśli odmówię, jeśli powiem nie, przestaną dzwonić zupełnie.
A teraz dzwonią?
Cisza.
No widzisz. Gorzej już nie będzie. Może tylko lepiej.
W dniu wypisu wyszłyśmy razem. Pakowałyśmy się bez słowa, jakbyśmy żegnały się na zawsze.
Wymieńmy się telefonami zaproponowała Barbara.
Kiwnęłam głową. Wpisałyśmy numery. Chwilę się sobie przyglądałyśmy.
Dziękuję powiedziałam że byłaś obok.
I ja tobie dziękuję. Wiesz przez trzydzieści lat z nikim tak szczerze nie rozmawiałam.
Ja też nie.
Przytuliłyśmy się ostrożnie, żeby nie rozerwać szwów. Pielęgniarka przyniosła wypisy, zamówiła taksówkę. Pojechałam pierwsza.
Dom był cichy, pusty. Rozpakowałam torby, wzięłam prysznic i położyłam się na kanapie. Chwyciłam telefon. Trzy wiadomości od syna: Mamo, już w domu?, Daj znać, jak dotrzesz, Nie zapomnij o lekach.
Odpisałam: Jestem. Wszystko dobrze. Odłożyłam telefon.
Podeszłam do szafy. Wyjęłam teczkę, której nie otwierałam od pięciu lat. Tam była broszura kursu francuskiego i wydrukowany repertuar filharmonii. Patrzyłam na broszurę i myślałam.
Telefon zadzwonił. Barbara.
Cześć. Wybacz, że tak szybko, ale po prostu musiałam zadzwonić.
Bardzo się cieszę. Naprawdę.
Słuchaj, może spotkamy się? Jak już trochę dojdziemy do siebie. Za dwa tygodnie. Kawa, albo spacer, co Ty na to?
Spojrzałam na broszurę. Potem na telefon. Potem znowu na broszurę.
Chcę. Bardzo chcę. Wiesz co? Nie za dwa tygodnie. Może w sobotę. Mam dość leżenia w domu.
W sobotę? Jesteś pewna? Lekarze mówili
Mówili. Ale przez trzydzieści lat dbałam o wszystkich. Czas pomyśleć o sobie.
W takim razie umowa. W sobotę.
Rozłączyłyśmy się. Odłożyłam telefon i znowu sięgnęłam po broszurę. Kursy francuskiego zaczynają się za miesiąc. Rekrutacja trwa.
Wyjęłam laptop. Zaczęłam wypełniać formularz zapisu. Ręce mi drżały, ale wypełniłam go do końca.
Za oknem padał deszcz. Ale gdzieś wśród chmur wychodziło słońce. Jesienne, słabe, ale słońce.
I nagle poczułam, że może to właśnie teraz wszystko się zaczyna. I wysłałam zgłoszenie.



