Droga redakcjo, zwracam się do Was z niepokojem i bólem, z nadzieją na wskazówki, otuchę i pomoc. Mam 64 lata i jestem babcią. Nie uważam się za staruszkę, jak wielu ludzi stereotypowo myśli o emerytach. Mam wykształcenie wyższe i wiele lat pracowałam jako nauczycielka, a koledzy nadal proszą mnie o rady. Teraz jednak czuję się jak dziecko — bezradna.
Mam wnuka, który nazywa się Artur. Jest moim światłem, moim sercem. Ma obecnie 14 lat i od trzech lat zajmuję się nim sama. Moja córka Lena wraz z mężem wyjechali do pracy za granicę jeszcze przed pandemią. Najpierw była Grecja, a później Hiszpania. Przyjeżdżają raz do roku, na maksymalnie dwa tygodnie. Regularnie przesyłają pieniądze, nie zgłaszają problemów, rozmawiają z nami przez wideo.
Zostawili Artura pod moją opieką, gdy miał jedenaście lat. Był cichym, uprzejmym chłopcem, bardzo wrażliwym i dobrym. Bezgranicznie go kochałam, starałam się być dla niego zarówno babcią, jak i mamą oraz przyjaciółką. Dorastał na moich oczach, wspólnie czytaliśmy książki, chodziliśmy na spacery, rozmawialiśmy przed snem. Wszystko było w porządku, aż do momentu zmiany.
Pierwszy komputer kupiliśmy mu na prośbę rodziców. „To potrzebne do nauki” — mówili. Skonsultowałam się z siostrzeńcem, który wszystko skonfigurował. Artur był zachwycony. Cieszyłam się z jego radości, zwłaszcza że mieszkamy w małej miejscowości pod Łodzią, gdzie nie wszyscy mają takie możliwości.
Z czasem zrozumiałam, że popełniłam błąd. Wnuk zniknął. Przestał interesować się tym, co kiedyś kochał. Nie potrzebował już mojej pomocy w lekcjach, nie pytał, jak zrobić ciasto, nie przytulał mnie jak kiedyś. Stał się zamknięty i drażliwy.
Zaszył się przed ekranem komputera. Od rana do nocy, czasem nawet nocą, gdy budziłam się słysząc szmery, siedział wpatrzony w monitor. Gdy próbowałam z nim rozmawiać, w odpowiedzi otrzymywałam milczenie lub zirytowane „nie przeszkadzaj”.
Przygotowuję mu ulubione grzanki z dżemem malinowym, a później znajduję je zimne i nietknięte. Nie siada ze mną do stołu, mówi, że nie jest głodny i zje później. Schudł, jego twarz stała się blada, a oczy przekrwione, z cieniami pod oczami jak u niewyspanego dorosłego.
Przypomina mi upiora, zjawę z własnego dzieciństwa.
Rozmawiam o tym z Leną i jej mężem. Odpowiadają mi: „Teraz wszystkie dzieci takie są, nie przejmuj się. To pokolenie internetu”. Może to prawda, ale to nie znaczy przecież, że powinniśmy bezczynnie patrzeć, jak dziecko gasnie!
Nie wychodzi na podwórko. Żaden przyjaciel go nie odwiedza, z kimkolwiek rozmawia tylko online. Sport jest mu obcy. Na żadną prośbę, żadne zaproszenie na spacer, nie odpowiada. Boję się, że Artur jest uzależniony. Nie tylko „zainteresowany komputerem”, jak mówią w telewizji, ale naprawdę uzależniony.
Próbowałam ograniczyć mu dostęp. Wpada w histerię, dosłownie się trzęsie. Próby zabezpieczenia komputera hasłem obchodzi z łatwością, jego umiejętności techniczne przerastają moje, a ja czuję, jak tracę kontrolę.
Nie jest zły. On po prostu… jakby zniknął. Żyje obok mnie, ale jakby w innej rzeczywistości. Nie mogę się do niego przebić.
Nie śpię po nocach. Płaczę, wtulona w poduszkę. Boję się, że zmarnuje życie, że straci samego siebie. Boję się, że będzie za późno.
Nie wiem, do kogo się zwrócić. W naszej miejscowości nie ma psychologa. Boję się prowadzić go do lekarza bez zgody rodziców, a oni uważają, że przesadzam. Szkoła milczy — jego oceny są w porządku, więc „problemów nie ma”.
Ale one są. Widzę je każdego dnia. Każdej nocy.
Proszę, jeśli ktoś to czyta, doradź mi. Nie przechodź obojętnie. Nie proszę o cud. Chcę tylko odzyskać mojego wnuka. Tego Artura, który śmiał się, idąc po lody. Który przytulał mnie przed snem. Który wierzył, że życie to coś więcej niż ekran.
Zrobię wszystko, by go nie stracić na zawsze. Nie milczcie. Wskażcie mi drogę. Proszę.



