Wybrała starego psa zamiast wnuków, a potem w ciszy nosiła swe poczucie winy.

Dar­mia za­mieni­ła wnuki na sta­rego psa, a po­tem ci­cho pochowa­ła swo­ją wi­nę.

— Danu­ta, od­bierz swo­jego urwi­sa! On drę­czy mo­je­go bie­dne­go Beni­ami­na! — warknęła z iry­ta­cją Laura Paw­łów­na, wy­ska­zu­jąc na zaniedba­ne­go psa, któ­ry le­żał w fo­telu. — Mówi­łam już: zabierz tego diabeł­ka na­tych­miast!

Danu­ta, zblad­łszy, od­pro­wa­dzi­ła ma­łe­go Ja­ska na bok i szep­nęła: „Prze­praszam, kró­wi­czku“.

Z sypial­ni wy­szedł Ja­sek­-senior, znu­dzo­ny, prze­ci­ra­jąc skro­nie:

— Co się zno­wu dzie­je? Nie mo­gę pra­co­wać przy was­zych wrzaskach!

— O, pra­co­wać mu prze­szka­dza­my! — za­śmia­ła się gorz­ko mat­ka. — A mój Beni­amin przy­na­j­mniej do­ży­wa swo­ich ostat­nich dni, a wy tu z krzy­ka­mi i pie­lucha­mi! Dość te­go! Wy­pro­wa­dzaj­cie się! Nie my­śli­cie, że będę was ży­wić do koń­ca ży­cia?

— Mamo, po co tak? Przy­no­si­my za­kupy, Danu­ta sprzą­ta…

— Mam to gdzieś! Ja swo­je od­ży­łam, a wy uka­rła­jcie się sa­mi! Pa­ko­wać się! Da­ję wam trzy dni!

Ja­sek wście­kły­m wzro­kiem ob­rzu­cił sta­re­go psa i w mil­cze­niu wy­szedł do po­ko­ju. Danu­ta po­do­szła do łóż­ecz­ka, gdzie spa­ły jej pół­rocz­ne bliź­nia­ki, usia­dła obok i nie po­wstrzy­ma­ła łez.

— Wy­jeż­dża­my dzi­siaj — oznaj­mił mąż, ota­cza­jąc ją ra­mie­nia­mi.

— Ale gdzie, Ja­sku? Nie ma­my pie­nie­dzy, nie ma­my miesz­ka­nia…

— Krzy­sztof zo­sta­wił mi klucze, wy­je­chał w pod­róż służ­bo­wą. Po­mie­szka­my tam, znaj­dę doryw­czą pra­cę. Da­my ra­dę, Danu­to, obie­cu­ję.

Tyl­ko kiwnę­ła gło­wą i za­czę­ła pa­ko­wać rze­czy. Na po­żeg­na­nie Laura Paw­łów­na nawet nie wy­szła — ty­lko krzyk­nęła z ku­chni:

— Decy­du­je­cie się wy­no­sić? No to po­dro­dze!

Ale los przy­goto­wał im in­ną dro­gę. W taksów­ce, któ­ra za­wo­zi­ła ich do przy­ja­ci­e­ła, na peł­nej pręd­ko­ści ude­rzył samochód. Ja­sek i dzie­ci zgine­li na miej­scu. Danu­ta prze­ży­ła, ale tra­fi­ła do reani­ma­cji w kry­tycz­nym sta­nie.

Le­ża­ła w śpiącz­ce prawie dwa miesią­ce. W koń­cu pew­ne­go poch­mur­ne­go dnia jej rzę­sy drgnę­ły, oczy się otwo­rzy­ły. Pierw­szą oso­bą, któ­rą ujrza­ła, by­ła Laura Paw­łów­na.

— Danu­siu, słon­ko mo­je! Bo­że, oprzy­to­mnia­łaś… — sze­pta­ła, prze­ca­lu­jąc jej dło­nie.

— A… kto pa­ni jest? — wy­szep­ta­ła słabo Danu­ta.

— Mamo… — skła­ma­ła świek­ra, led­wo po­wstrzy­mu­jąc drże­nie.

Laura Paw­łów­na ukry­ła praw­dę o tra­ge­dii. Po­wie­dzia­ła le­kar­zo­wi, że pa­mięć Danu­ty od­pa­dła, i pro­si­ła, by nic jej nie mó­wić. „Jeszcze nie cza­s“ — po­stano­wi­ła. Rze­czy Ja­ska i dzie­ci wy­rzu­ci­ła, zdję­cia scho­wa­ła do pu­der­ła na sa­mym szczy­cie szafy. Chcia­ła cof­nąć czas. Coś napra­wić.

Danu­tę wy­pi­sa­no. W do­mu po­wo­li wra­ca­ła do sił. Jedyną oso­bą, któ­rej ufa­ła, by­ł ma­sży­sta OleDanu­ta po­czu­ła, że w koń­cu ma kogoś, kto nie oce­ni, nie uka­ra, lecz po pro­stu po­zo­sta­nie przy niej na do­bre i na złe.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

dwanaście − cztery =

Wybrała starego psa zamiast wnuków, a potem w ciszy nosiła swe poczucie winy.