Na pierwszym wykładzie na uniwersytecie dwie dziewczyny od razu zwróciły na siebie uwagę. Obie urodziwe, w pewien sposób podobne do siebie. Od tamtej pory zawsze widywano je razem.
Zosia uważała, że zasługuje na coś lepszego niż całe życie w małym prowincjonalnym miasteczku, jak jej rodzice. Mama pracowała jako sprzedawczyni, ojciec był murarzem, no i oczywiście pił. Po maturze oznajmiła, że wyjeżdża do Warszawy na studia.
Rodzice westchnęli, ale nie protestowali. Uznali, że może jej się powiedzie lepiej niż starszej siostrze, która wyszła za mąż nieudanie i teraz sama wychowywała dwoje dzieci. Nie byli w stanie wysyłać dużo pieniędzy, ale warzywa z ogródka i przetwory mieli zamiar przesyłać z okazją. Sąsiadka pracowała jako konduktorka w pociągach na trasie do stolicy.
Gdy znalazła się w Warszawie, Zosia postanowiła, że zrobi wszystko, by nie wracać do domu. Zaprzyjaźniła się z Kasią właśnie dlatego, że ta była rodowitą warszawianką. Jej ojciec był lekarzem, matka ekonomistką. Porządna inteligencja.
Kasia współczuła Zosi, a ta to wykorzystywała. To narzekała, że buty się rozpadają, a nie ma pieniędzy na nowe. Kasia natychmiast pożyczała parę z zapasu. Nie ma w co się ubrać na imprezę? Kasia dawała jej nawet nową sukienkę, na szczęście miały podobną figurę. Zosia nocowała często u przyjaciółki, szczególnie w czasie sesji. W akademiku się nie dało uczyć.
Zosia nienawidziła nauki, ale wkuwała, choć marzyło jej się bieganie po klubach. Nic nie szkodzi, skończy studia, złapie się w Warszawie, wtedy się wyszaleje.
Kasi przeciwnie – wszystko przychodziło jej łatwo, bez wysiłku. Zosia jej zazdrościła, choć tego nie okazywała. Jak to często bywa, obie zakochały się w tym samym chłopaku – przystojnym i wysportowanym. Przyjechał do Warszawy z miasteczka garnizonowego, gdzie służył jego ojciec. Wkrótce stworzyli paczkę, wszędzie chodzili we trójkę.
„Jarek, to jak z nimi jesteś? Na zmianę czy razem? Podziel się jedną” – żartowali koledzy.
Nawet wykładowcy pytali, w której się zakochał.
Jarek nie przejmował się docinkami. Podobała mu się spokojna, łagodna Kasia. Ale bał się to okazać, żeby nie pomyśleli, że wybrał ją ze względu na warszawskie korzenie.
Na wykładach często „przypadkiem” dotykał jej kolanem, pochylał głowę, jakby chciał coś szepnąć. To, co umykało innym, Zosia od razu łapała po napiętych minach w takich chwilach. I wtedy zalewała ją fala złości na niesprawiedliwość. Mało, że Kasia urodziła się w Warszawie, w dobrej rodzinie, to jeszcze uwiła sobie gniazdko z najlepszym chłopakiem.
Jarkowi znudziło się ukrywanie uczuć – wyznał miłość Kasi, a Zosi coraz częściej dawał do zrozumienia, że jest trzecim kołem u wozu. Paczka się rozpadała. Zosia nie zamierzała na to pozwolić. Nie chciała stracić Kasi, ale i nie zamierzała jej ustąpić Jarka.
Zaczęła więc obmyślać plan, jak przywrócić sprawiedliwość i pokrzyżować poważną relację między nimi. Nie da się działać otwarcie – trzeba sprawić, by Kasia i Jarek się pokłócili i rozstali. Nie można zwlekać. Trzeci rok dobiegał końca, zostały tylko egzaminy. A nuż zaręczą się przed dyplomem?
„Żeby chociaż nogę złamała i siedziała w domu. Nie, wtedy Jarek by ją nosił na rękach. Lepiej, żeby wysypało ją pryszczami. Kupię jej truskawki…” – myślała Zosia.
Los w niewytłumaczalny sposób chronił Kasię. Nogi nie złamała, za to pryszcze wyskoczyły samej Zosi.
Tuż przed sesją Jarkowi poważnie zachorowała matka. Dogadał się w dziekanacie, że egzaminy zdaje we wrześniu, i wyjechał. Było słonecznie i ciepło, co w Warszawie rzadkie latem. Lepiej by się pasowało leżeć nad Wisłą niż siedzieć nad podręcznikami. Po pierwszym egzaminie przyjaciółki szły przez miasto. Zosia zatrzymała się przed wystawą salonu ślubnego.
„Jaką suknię byś wybrała na swój ślub?” – zapytała Kasię.
„Nie wiem, jakoś nie myślałam o tym.”
„Nie wierzę. Każda dziewczyna marzy o białej sukni. Ja bym chciała taką” – Zosia wskazała kreację z bujnym tiulem. „Do mnie pasuje, co?” Słuchaj, może wejdziemy, przymierzymy? To nic nie kosztuje.
„Nie chce mi się. W taki upał spocę się w tym nylonie. Chodźmy lepiej na lody” – Kasia pociągnęła Zosię od witryny.
„No Kasieńko, no chodźmy. Będę panną młodą, szukam sukni, a ty druhną albo świadkową” – przekonywała Zosia.
„Przymierzać suknię, kiedy nikt ci się nie oświadczył – to zła wróżba, nie wyjdziesz za mąż” – próbowała ją powstrzymać Kasia.
„Głupoty, babskie przesądy. Przecież i tak będziesz wybierać suknię wcześniej, a nie na ostatnią chwilę. Wszystkie tak robią i wychodzą za mąż. Tylko jedną przymierzę, no proszę” – Zosia nie ustępowała.
„No dobra” – w końcu zgodziła się Kasia.
Weszły do salonu. Przywitała je sprzedawczyni umęczona upałem i nudą.
Zosia wcieliła się w rolę panny młodej i dokładnie oglądała suknie. Wybrała tę, która jej się spodobała, i poszła do przymierzalni. Kasia przyznała, że kreacja jest piękna i świetnie leży na Zosi. Gotowa iść do urzędu stanu cywilnego, gdyby tylko był z kim.
„Mamy wyjątkową suknię, ale mało komu pasuje. Pani jest szczupła, będzie idealnie. Zrobię pani dobrą zniżkę” – powiedziała sprzedawczyni do Kasi.
„Ja nie wychodzę za mąż, tylko moja przyjaciółka” – zmieszała się Kasia.
„To się może zmienić. Niech pani tylko przymierzy” – uśmiechnęła się sprzedawczyni.
Kasia weszła do kabiny. Gdy wyszła, Zosi zabrakło tchu. Suknia wyglądała, jakby była uszyta specjalnie dla niej, leżała idealnie. Żadnych koronek, ozdób, ale wyglądała elegancko.
„Brakuje welonu” – zauważyła Zosia.
„Tutaj welon nie pasuje, lepsza będzie diadema” – podpowiedziała sprzedawczyni.A gdy Kasia odwróciła się w stronę Jarka, zobaczyła w jego oczach to samo uczucie, które tliło się w jej sercu przez wszystkie te lata – i w końcu zrozumiała, że prawdziwa miłość nie potrzebuje wyjaśnień, tylko odwagi, by się jej poddać.



