Wszystko zaczęło się od telefonu od sąsiadki mojej mamy.

Wszystko zaczęło się, kiedy zadzwoniła do mnie sąsiadka mojej mamy.

Halinka, dzień dobry!

Dzień dobry, Pani Jadwigo odpowiedziałam zdumiona.

Jak żyjemy? Dzieci zdrowe? dopytywała.

W porządku, dziękuję odrzekłam, zaczynając się niepokoić.

Raczej nie dzwoniła tylko po to, żeby zapytać o nasze zdrowie. Moja intuicja się nie myliła.

Halinko, a kiedy ostatnio byłaś u mamy?

Zalała mnie fala wyrzutów sumienia. Westchnęłam ciężko. Na dobrą sprawę, od kiedy starszy poszedł do szkoły, żyję jak chomik w kołowrotku. Rano śniadanie dla wszystkich, potem dzieci do szkoły, potem praca, szybki rajd po sklepach i z powrotem do domu. A w domu robić kolację, nakarmić rodzinę, pozmywać, sprawdzić lekcje. Wieczorem jestem wyciśnięta jak cytryna, więc żadne wizyty nie wchodzą w grę. A weekendy? Też zawalone sprzątanie, pranie, prasowanie, choć chwila by odsapnąć… Cóż ukrywać rzadko bywaliśmy u mamy.

Dawno, Pani Jadwigo przyznałam ze skruchą. Ciągle się zbieram, ale czasu brak. W sobotę planowałam…

A nie zauważyłaś nic dziwnego u mamy? spytała ostrożnie.

W jakim sensie? zapytałam z rosnącym napięciem.

No, czy się jakoś inaczej zachowuje? Coś niezwykłego?

Nie… poczułam zimno w środku. Nic takiego. O co chodzi?

Oj, Halinko, nawet nie wiem, jak powiedzieć… mamrotała sąsiadka. Pewnie nie powinnam…

Co się stało?! prawie krzyknęłam do słuchawki. Wyobraźnia już podsuwała najczarniejsze scenariusze.

Twoja mama oszalała na stare lata! wypaliła Pani Jadwiga.

No wie pani! oburzyłam się natychmiast. Czego się Pani czepia?

Faceta sobie znalazła, ot co! Romans ma!

Niemożliwe! wybuchnęłam śmiechem. Moja mama po siedemdziesiątce? Romansy?

Nie mów, dziewczyno odparła urażona sąsiadka. Wiem co mówię! Na własne oczy widziałam!

Kochanka?!

Nie, twoją mamę! Ona mi wszystko wyśpiewała! przeszła do opowieści. Słuchaj tylko.

Wczoraj się minęłyśmy na ulicy. Pędziła jak burza, aż mnie nie zauważyła. Musiałam ją zawołać. A ona: Jadziu, wybacz, lecę po rybkę. Jak myślisz, mintaja lepiej kupić czy dorsza? Zbaraniałam. Krystyno mówię przecież ty ryb nie znosisz. A ona: To nie dla mnie, tylko dla Kazimierza. Uwielbia ryby! I cała promienieje. Widzisz sama!

Może to jakiś znajomy zamyśliłam się, jednocześnie próżno szukając jakiegoś Kazimierza w maminych znajomych. Nikogo takiego nie kojarzyłam.

Znajomy, jasne! Halinka, kochanek, jak nic z autorytetem orzekła sąsiadka. Mało tego, z ulicy go przygarnęła! Teraz Kazimierz mieszka u niej, w mieszkaniu, rozumiesz? A jak się okaże, że to jakiś bezdomny, były kryminalista, pijak, albo wariat? Sama wiesz, co się po kraju dzieje pełno szumowin. Powiedz, gdzie to widziane, żeby porządni faceci walały się po ulicach?!

Sparaliżowana, straciłam głos, a Jadwiga nie zamierzała milknąć.

Tak było! Krystyna mówiła: Idę ulicą, a on taki biedny, przemoczony w kałuży leży, tylko oczami błyska. A jak mnie zobaczył, głowę dumnie uniósł, wyprostował się, pokazał klasę! Wzięłam go do siebie, wykąpałam, wyczesałam od razu piękniejszy… Więc, Halinko, radziłabym sprawdzić, co i jak. I to szybko!

Dziękuję wymęczyłam i się rozłączyłam.

Zszokowana, patrzyłam w ścianę, czując tylko dreszcze. Oczami duszy widziałam, jak mama przyprowadza do domu całego brudnego, mokrego pijaka. Fuj… Doczekałam się męża, by zwołać rodzinny sztab kryzysowy.

Moja mama ma kochanka zaczęłam bez ogródek.

Kazimierz się zwie dodałam i opowiedziałam wszystko, co usłyszałam od Jadwigi.

Mąż, oczy wybałuszone, trawił szokującą nowinę. Wreszcie złapał się nadziei:

Może ta stara plotkara coś wymyśliła? Dzwoniłaś do mamy?

Jeszcze nie przyznałam.

To dzwońmy! Może to zwykłe nieporozumienie. Zaraz się wyjaśni.

Chwyciłam za telefon i wbiłam numer na głośnomówiący.

Cześć usłyszałam wesoły głos mamy.

O, Halinko! Co tam?

Mamo… jesteś sama? spytałam ostrożnie.

Ależ nie! zachichotała szczęśliwie. Jestem z Kazimierzem!

Serce mi zamarło i opadło gdzieś nisko. Więc to cała prawda!

A skąd on się wziął? spytałam, ledwo hamując drżenie głosu.

Ojej, to dopiero historia… zaczęła bez śladu wstydu. Znalazłam go na ulicy. Taki przemoczony, nieszczęśliwy, leżał bezradny. No nie mogłam przejść obojętnie! Żal mi się zrobiło, aż chciało się płakać. Ale teraz już mi nie nudno, bo choćby taki jeden facet w domu jest. Wygłupia się czasem tak, że lepiej nie pytaj zachichotała.

Opadłam na krzesło. Czyżby naprawdę jej na głowę padło?

Mamciu, tak nie można. Nie można każdego z ulicy brać do domu. Wyrzuć go!

Halina, nie wstyd ci? Za tych, których oswoiliśmy, odpowiadamy pamiętasz? I poza tym, rzadko mnie odwiedzacie, samotność doskwiera. Teraz mam znowu po co żyć. Kazimierz zostaje i basta! i rozłączyła się.

Mąż ruszył do akcji:

Tak tego nie zostawimy! Ubieraj się, jedziemy do twojej mamy!

Z nerwów podskakiwałam po mieszkaniu, bijąc rekordy przebieranek. Mąż także biegał po kątach jak kot z pęcherzem.

Twoja mama za dobra i za naiwna! Nabierze ją każdy chytrus! Może to naciągacz? Polecił sobie na jej mieszkanie, zaraza jedna! Kazimierz! Zaraz zobaczę tego Kazimierza.

Po pół godziny szalonej jazdy przez Kraków, zaparkowaliśmy pod blokiem mamy. Mąż otworzył bagażnik, wyciągnął łom i z rozmysłem zważył go w dłoni.

To po co ci? zapytałam zdruzgotana.

Różnie bywa wyjaśnił groźnie. Jak Kazimierz nie pomoże samemu wyjść, to mu się pomoże…

Tylko bez przemocy, błagam jęknęłam, oczami wyobraźni widząc dramatyczną scenę.

Ledwie przekroczyliśmy próg, mąż ryknął:

No i gdzie on?!

W salonie, śpi w fotelu odpowiedziała mama zdziwiona. Ale czemu pytacie? Was się nie spodziewałam…

Już wbiegliśmy do salonu i… Na fotelu leżał rozparzony… duży rudy kocur! Na nasz hałaśliwy wjazd usiadł, owinął puszystym ogonem łapy i zamiauczał basem.

Poznajcie mojego Kazimierza rzekła mama, wchodząc tuż za nami.

Ale to przecież… kot! wykrzyczeliśmy chórem.

No przecież, kot. A co się dziwicie? roześmiała się mama, widząc nasze miny do ziemi.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

11 − 3 =

Wszystko zaczęło się od telefonu od sąsiadki mojej mamy.