**Dziennik osobisty**
Samochód pędził przez nocne miasto. W środku siedzieli mężczyzna i kobieta. Z zewnątrz mogło się wydawać, że małżeństwo spieszy do domu, gdzie czekają na nich dzieci.
– Możesz jechać szybciej? – nerwowo poprosiła kobieta.
– To niebezpieczne. Miasto tylko wydaje się puste. Kiedy w końcu mu powiesz o nas? Jak długo będziemy się spotykać po kryjomu, bać się zdemaskowania? Dlaczego zwlekasz? Powiedz mu, będzie łatwiej dla wszystkich – powiedział mężczyzna.
– Łatwiej? Dla kogo? Dla nas, może, ale a co z Zosią? Kocha ojca. On też ją kocha. Co się z nimi stanie, gdy się dowiedzą? To okrutne – broniła się kobieta.
– A oszukiwanie go przez tyle czasu nie jest okrutne? Myślisz, że się nie domyśla? Mam dość dzielenia cię z nim. Chcesz, to sam mu powiem, po męsku?
– Nie rób tego, proszę. Ja to zrobię. Daj mi czas. – Kobieta złapała dłoń kierowcy i mocno ją ścisnęła. – Też cię bardzo kocham. Ale nie nagabuj mnie. Obiecuję, że niedługo porozmawiam z mężem.
Mężczyzna odwrócił się, spojrzał w oczy ukochanej i przyciągnął ją do pocałunku.
Zza zakrętu wprost na ich samochód wyjechała czarna terenówka, niosąc nieuchronną śmierć. Krzyk kobiety zginął w huku i zgrzycie roztrzaskanego metalu…
***
Melodia telefonu przebiła się przez sen. Przez chwilę Tomasz wisiał na granicy jawy i snu, ale w następnej sekundzie otworzył oczy.
Asia zadzwoniła o ósmej wieczorem, mówiąc, że się spóźni. Jakaś przyjaciółka ma problemy, nie może jej zostawić samej w takim stanie. Obiecała, że wszystko wyjaśni później. Nie zdążył zapytać, o którą przyjaciółkę chodzi i co się stało. Mógłby zadzwonić do każdej z nich, ale uznał to za upokarzające – zarówno dla siebie, jak i dla żony.
Tomasz zaczął podejrzewać coś nie tak około dwóch miesięcy temu. Asia coraz częściej zostawała dłużej w pracy, kilka razy nawet w weekendy znikała na cały dzień. Nagle miała mnóstwo przyjaciółek, które nieustannie potrzebowały jej pomocy.
Sięgnął po telefon na nocnej szafce. Nieznany numer. Serce ścięło mu się z nieprzyjemnego przeczucia.
– Słucham – odpowiedział ochrypłym od snu głosem.
– Kapitan Kowalski. Czy to pan jest mężem Joanny Piotrowskiej?
– Tak.
– Pani żona uległa wypadkowi… Jest w ciężkim stanie, przewieziono ją do szpitala na Czwartaku…
– Czy żyje? – zapytał drżącym głosem Tomasz.
– Tak, ale…
– Tato, to mama? – W drzwiach sypialni stała dziesięcioletnia Zosia, przerażona wyrazem jego twarzy.
Tomasz przełknął ślinę.
– Nie. To… Mama jest w szpitalu. Miała wypadek.
– Umarła?
– Nie, co ty. Żyje – pospieszył się Tomasz.
– Ale spytałeś… Tato – Zosia rzuciła mu się na szyję, ściskając tak mocno, że nie mógł złapać tchu. – Jedźmy do niej. Boję się.
Oderwał jej ręce, posadził obok siebie na łóżku.
– Nie, szpital już zamknięty, nie wpuszczą nas. Rano pojedziemy. A na razie idź spać. Co mama by powiedziała, gdybyśmy przyszli niewyspani? – Próbował się uśmiechnąć, choć z trudem.
Zosia skinęła głową i wyszła. On też się położył. Za oknem wschodził już świt. Spojrzał na zegarek w telefonie przed odebraniem tego przeklętego połączenia. Drugiej trzydzieści.
Musiał się uspokoić. Przycisnął dłoń do piersi. Serce waliło jak szalone.
Rano pojechali z córką do szpitala. Zostawił Zosię na korytarzu, a sam wszedł do gabinetu lekarskiego.
– Pan mąż? – zapytał lekarz mniej więcej w jego wieku.
– Tak. Co z moją żoną?
– Operowaliśmy ją. Poważny uraz głowy, mnóstwo złamań… Jest w śpiączce.
– Jak do tego doszło? Ona nie prowadzi samochodu.
Lekarz rozłożył ręce.
– Wiem tylko, że w samochód, którym jechała pani żona, uderzyła terenówka. Obaj kierowcy zginęli na miejscu. Pani żona miała szczęście. Nie będę panu oszczędzał – jej stan jest krytyczny. Robimy, co możemy, ale młody organizm ma szansę.
– Mogę ją zobaczyć? Jestem z córką, czeka na korytarzu.
– To pańska decyzja. Wygląda… nie najlepiej. Ale bliscy potrafią czasem zdziałać cuda. Chodźmy. – Lekarz wskazał drzwi.
– Kto był z nią w samochodzie? – spytał Tomasz, idąc korytarzem do sali intensywnej terapii.
– Proszę pytać na policji. Uprzedzam, śpi, krótka wizyta. – Lekarz otworzył drzwi.
Tomasz nie poznał Asi. Głowa w bandażach, widoczne ślady krwi i siniaków. Obca. Na kołdrze leżała jej ręka z obrączką.
– Mamo! – zawołała Zosia, podchodząc i głaszcząc jej palce. – Śpi? – Spojrzała na ojca.
– Tak. Lekarze właśnie ją operowali. Możemy tylko na nią popatrzeć.
Do domu wracali w milczeniu. Zadzwonił do matki Asi, wszystko wyjaśnił i poprosił, żeby przyjechała do Zosi. Musiał jeszcze zajrzeć do pracy.
Maria Janowska weszła do mieszkania, ocierając łzy chusteczką.
– Może zabiorę Zosię do siebie? Teraz nie będziesz miał dla niej głowy – powiedziała, uspokajając się nieco. – Pojedziesz do babci? – zwróciła się do dziewczynki.
Zosia skinęła głową.
– A nie mówiłam jej? Tylko czy ona mnie słuchała? – Maria Janowska zaniosła się płaczem, ale urwała, spotkawszy jego wzrok.
– Maria Janowna, o czym pani Asi mówiła?
Potrząsnęła głową, wysmarkała się w mokrą chusteczkę.
– Mów pani. I tak się dowiem. – Tym razem jego głos zabrzmiał twardo.
– Przepraszam, Tomku. Mówiłam Asi, że to się źle skończy. Ale co ja mogłam? Powtarzała tylko: „Kocham go, nie mogę bez niego żyć…”. Zwariowała. O Boże, przepraszam, że tak wprost… Lepiej, żeby sama ci…
Ból w sercu wrócił. Wziął głęboki oddech i skrzywił się. Przecież widział te zmiany w żonie, ale nie chciał w nie wierzyć, odpychał podejrzenia.
– Kto– To Paweł Szmidt – szepnęła Maria Janowska, a Tomasz poczuł, jak świat wokół niego nagle staje się cięższy, ale wziął głęboki oddech, spojrzał na córkę i swoje postanowienie, by dla niej być silnym, było mocniejsze niż wszystko.



