Pewien starszy człowiek, przeprowadził się kiedyś do domu swojego syna, gdzie mieszkała już jego rodzina – żona i jego czteroletni syn.
Mężczyzna był bardzo stary, nie potrafił mocno trzymać przedmiotów, jego wzrok był bardzo słaby, a on sam ledwo chodził.
Za każdym razem, gdy rodzina jadła śniadanie, obiad lub kolację, wszyscy odczuwali dyskomfort. Ledwo widział, więc często mylił się z widelcem lub szklanką, a z powodu drżących rąk, często upuszczał jedzenie i rozlewał napoje. Synowi i synowej to wszystko nawet nie przeszkadzało, ale denerwowało.
– Musimy coś z tym zrobić. – Powiedział mąż do żony.
– Nie mogę już słuchać, jak on je, ani wycierać tego, co rozsypuje i rozlewa. Mam tyle rzeczy do zrobienia, widzisz. Ile razy możemy sprzątać? Zróbmy coś.
Para znalazła rozwiązanie: postawili mały stolik w kącie pokoju dziadka i tam podawali mu jedzenie. Tymczasem rodzina spożywała obiad i rozmawiała o sprawach świata. Pewnego dnia, dziadek przypadkowo potłukł talerz, więc synowa zaczęła nosić mu jedzenie w drewnianej misce. Dziadek nie widział zbyt dobrze, ale zauważył, że od czasu do czasu, ktoś przychodzi i go obserwuje. Za każdym razem płakał, bo zdawał sobie sprawę, że naprawdę jest sam. Od swoich dzieci nie słyszał nic więcej niż to, że coś rozlał, stłukł lub nabałaganił.
A mały Andrzejek, po prostu obserwował wszystko, co widział. Pewnego wieczoru, chłopiec dłubał coś na kawałku drewnianej deski. Tata zapytał go, co robi i otrzymał dobrą odpowiedź:
– Robię małe talerzyki dla Ciebie i mamy, z których będziecie jedli, kiedy dorosnę.
Chłopiec był szczery i mówił bardzo swobodnie, nie podejrzewał, że coś jest nie tak, myślał, że tacy właśnie powinni być rodzice. Po tych słowach, w oczach jego rodziców, pojawiły się łzy. Natychmiast poszli do jego dziadka i przyprowadzili go do stołu.
Od tej pory, staruszek zawsze był w kręgu swoich dzieci i wnuka i nikt nie przejmował się rozlanym mlekiem i okruchami jedzenia na podłodze.



