**Wszystko będzie dobrze, synku…**
„Wojtku, synku, to mama…” – w słuchawce rozległ się cichy głos.
Wojciecha zawsze irytowało, że matka uparcie mówiła, że to ona dzwoni. Jakby nie znał jej głosu! Ileż razy tłumaczył, że na ekranie wyświetla się nazwa dzwoniącego, więc i tak wie, kto to jest.
Miała stary telefon z klawiaturą. Kupił jej nowoczesny smartfon, ale odmówiła.
– Za stara jestem na takie nowinki. Podaruj go… Jadwidze. Jej córka takich prezentów nie robi. Będzie szczęśliwa.
Jadwiga ucieszyła się, szybko opanowała obsługę. Wojciech nie dał jej telefonu bez powodu – chciał, by zadzwoniła, gdyby coś się stało z matką. Wpisał swój numer do jej kontaktów.
– Mamo, wiem, że to ty – uśmiechnął się. – Wszystko w porządku?
– Synku, jestem w szpitalu.
Dreszcz przebiegł mu po plecach.
– Co się stało? Serce? Ciśnienie? – pytał gorączkowo.
– Operację mi jutro zrobią. Przepuklina się zapaliła. Już nie mogę wytrzymać.
– Dlaczego nie zadzwoniłaś wcześniej? Przyjadę jutro, zabiorę cię do miasta. Tu szpitale lepsze, chirurdzy znakomici. Mamo, błagam, odmów tej operacji! – nalegał.
– Nie martw się, synu. Pamiętasz doktora Mariana? On jest bardzo dobry…
– Mamo, posłuchaj, przyjadę rano – przerwał jej. – Do tego czasu nie zgadzaj się na operację! – Krzyczał, bo głos matki stał się ledwo słyszalny.
– Nie martw się. Wszystko będzie dobrze, synku. Kocham cię… – W słuchawce rozległy się krótkie sygnały.
Wojciech spojrzał na ekran. Ciemne tło, białe cyfry: północ, dziesięć minut po.
Ostatnie słowa matki brzmiały głucho, jakby z oddali. Nigdy nie dzwoniła tak późno. Coś było nie tak. Próbował oddzwonić – bez skutku. Dzwonił raz za razem – cisza.
Wstał od biurka, spojrzał przez okno. Drugi dzień padał deszcz ze śniegiem. W dobrej pogodzie do wsi jechało się pięć godzin, teraz – sześć. Musiał wyjechać natychmiast, aby zdążyć przed operacją. Drogi pewnie rozmiękłe, ale nie jechał prosto do wsi, tylko do szpitala w powiatowym miasteczku.
Wyłączył komputer, zaczął się pakować. Wychodząc, przypomniał sobie, że nie wziął ładowarki. Wrócił, złapał ją, stanął w przedpokoju. *„Jak coś zapomnisz i wrócisz, spojrzyj w lustro”* – przypomniały mu się słowa matki. Spojrzał na swoje odbicie: zmęczona twarz, niespokojne oczy. *„Mówiła, że wszystko będzie dobrze, a nigdy mnie nie okłamała”* – pomyślał i wyszedł.
W samochodzie zastanawiał się, czy zadzwonić do Jadwigi. Sąsiadka, przyjaciółka matki od lat. Ale w mieście ludzie nie śpią, a na wsi chodzą spać wcześnie. Dlaczego nie zadzwoniła? Przecież ją uprzedził. Niepokój wrócił. Silnik się rozgrzał, ruszył.
Ile razy namawiał matkę, by zamieszkała z nim. Mieszkanie duże, miejsca dość. Ale odmawiała: *„Synu, ty młody, ja będę zawadzać. Mam tu dobrze. Nigdzie nie jadę”*.
Ach, mamo, mamo… Dlaczego nie zadzwoniłaś wcześniej? Zawsze bała się przeszkadzać, być ciężarem.
Przypomniał sobie rozmowę. Dopiero teraz uświadomił sobie, co go zaniepokoiło. Jej głos był dziwny, stłumiony, jakby mówiła przez przeszkodę. A te ostatnie słowa ledwo usłyszał. I ten ton winy… Pewnie myślała, że go obudziła. Nigdy nie dzwoniła tak późno.
Przepuklina dokuczała jej od lat, bolała przy zmianie pogody. Ale zwlekała z operacją. Raz sadzonki, raz żniwa, raz Jadwiga chora – zawsze było coś ważniejszego.
A on sam? Mieszka niedaleko, ma samochód, ale zawsze brakowało czasu. Też znajdował wymówki.
Pamiętał matkę jako ciepłą, ale i stanowczą. Za przewinienie potrafiła uderzyć czym popadnie. Nie miał pretensji – zasłużył. Ale rzadko to robiła, więc pamiętał.
Gdy pierwszy raz wrócił o świcie, miała szesnaście lat, czekała na niego. Spojrzała na niego rozgrzanego pocałunkami i powiedziała twardo:
– Po co się śpieszyć? Jak przyjdzie czas na żonę, będziesz gotowy? Potem wyć będziesz jak wilk. Idź spać, nie mogę na ciebie patrzeć. – Odwróciła się.
Następnego dnia nie patrzyła w jego stronę. To było gorsze niż krzyk. Gdy ochłonęła, spytał:
– O co ci chodzi? Wszyscy się bawią. Ty nie chodziłaś na randki? Młodość, miłość…
Wówczas opowiedziała, jak zakochała się w siedemnastu latach. Jak nocami całowali się przy śpiewie słowików. Gdy zaszła w ciążę, ukochany uciekł. Od hańby uratował ją ojciec Wojtka. Przyznał się, że to on z nią chodził. Zaręczyli się, lecz przed ślubem, przy wykopkach, poroniła. I tak się z nią ożenił. A Wojtek urodził się dopiero po ośmiu latach…
Ciemno, droga monotonna, mało samochodów. Oczy same mu się zamykały. Dwukrotnie o mało nie spowodował wypadku. Raz ocknął się, jadąc na przeciwległym pasie. Na szczęście droga była pusta. Drugi raz o mało nie wjechał do rowu. Włączył radio głośniej, wrzeszczał piesWojciech dotarł do szpitala, gdzie usłyszał, że jego matka odeszła poprzedniego wieczora, a ten północny telefon mógł być tylko pożegnaniem zza grobu.



