Wszyscy sąsiedzi znali Iwana jako bezrękiego, beznogiego, pustego, bezrogiego głupka, czasami barana, czasami kozę, czasami psa. Różne przydomki były wprost proporcjonalne do jego win. Każdorazowo skala gaf była inna, a więc i siła gniewu żony nie była stała.

**Dziennik Wojtka**

Sąsiedzi wiedzieli wszyscy, że Wojtek to bezręka, beznoga, głupia jucha, czasem baran, czasem cap, czasem pies. Przezwiska zmieniały się proporcjonalnie do winy. Każda wprawka była inna, więc i gniew żony miał różną siłę.
Dla niego Jadzia była: Zajączkiem, Liskiem, Słoneczkiem i Jaskółką. Słysząc jej wrzaski, ludzie myśleli, czy ten baran wreszcie nie przyłoży Zajączkowi, ale przypomniawszy, że to przecież też bezrogi bydlak, wnioskowali: nigdy. Wojtek potrafił udawać głuchoniemego, na krzyki i wyzwiska żony nie reagował wcale. Ta jego cisza i obojętność na jej wściekłość były paliwem długich szału napadów. Zmęczona krzykiem, Jadzia wychodziła z domu. Gardło ściskał bolesny skurcz. Twarz pokrywała się czerwonymi plamami, ręce drżały, głos chrypiał. Chciało się ryknąć płaczem, ale łez brakło. A Wojtek, za odchodzącą żoną, cicho pytał: „A ty gdzie, Zajączku?”
Pierwsze lata małżeństwa płynęły zgodnie, cicho i spokojnie. Gdyby ktoś wtedy powiedział, że za kilka lat ten spokój zmieni się w ciągłe sprzeczki i awantury Jadzia nigdy by nie uwierzyła. Wychodziła za mąż za ukochanego, za tego, w którym miała duszę, nie za żadnego capa. Wojtek pracował jako spawacz, nigdy nie pił, nie palił, był spokojny jak niedźwiedź w gawrze, zawsze na tak zwanym plusie, wszystko mu w życiu pasowało. Żony pijących i hulających stawiały go za wzór, więc Jadzia była dumna. Dzieci postanowili nie mieć od razu. Trzeba było wybudować garaż, łazienkę, kupić auto. Spółdzielnia przydzieliła dom, a Jadzi zależało na urządzeniu go po królewsku.
Wojtek był strasznie opieszany, albo może leniwy. Robota zawsze na niego czekała, śmiał się: „Wszystkiego nie ogarniesz. Czasem trzeba odczekać, sprawy same się rozwiążą. Po co się spieszyć? Ja uważam, że bez chęci lepiej w nic się nie pchać. To nie praca, tylko harówka samego siebie.” Szczególnej ochoty, by być w robocie prymusem, nigdy nie miał. Jadzia brała się za wszystko i szło jej nie gorzej niż Wojtkowi: przekopała ogródek, pomalowała dom, wykosiła trawę, na opał narąbała drewna.
Szczęściem dom miał wszystkie wygody, wodę nosić jak dawniej nie musiała. Łatwiej i szybciej było zrobić samemu, niż zmusić męża do ruchu. Pewnej nocy obudził ich straszny łoskot z kuchni. Okazało się, że płytki, które kładł Wojtek, zjechały z górnego rzędu na dolny. Jadzia nazwała go bezrękim i nazajutrz przyprowadziła fachowca z rękoma.
Pewnego wieczoru wróciła z pracy i nie poznała swojego kwietnika: cały był rozdeptany przez kopyta sąsiedzkiej krowy, kwiaty połamane, bo Wojtek nie zamknął furtki. Z każdym dniem irytował ją coraz bardziej jego opieszałość, lenistwo, obojętność.
Obok ich domu stał dom-sierota. Staruszkowie dawno umarli, a spadkobiercy najpierw czasem kosili chwasty, potem zupełnie porzucili obejście. Ale pewnego dnia pod ten dom podjechał drogi zagraniczny samochód. Przyjechał wnuk dziadka Kazimierza z rodziną na stałe.
Długo pracował w Wałbrzychu, tam się ożenił, teraz wracał na swoje. Wałbrzych był do zarobku, ale do życia najlepsza mała ojczyzna. Darek zaczął przebudowywać stary dom. I to wtedy pokazał Jadzi, co znaczy nie wypuszczać roboty z rąk. Pokazał klasę budowlańca, spawacza i elektryka, i przy czymkolwiek nie majstrował, żony przy nim nie było. Ona zajmowała się tylko domem i pilnowała dziecka.
Jadzia, patrząc na sąsiada, złościła się na męża coraz bardziej. Zmęczyła się byciem silną, chciała być słaba i delikatna. Nieraz naprowadzała męża na roboty, które każdy chłop zrobić powinien, ale Wojciech nie był gonicielem, jemu i z tyłu w życiu rodzinnym było dobrze. Zmęczona Jadzia coraz częściej się wściekała i częściej rzucała obelgi. Ludzie uznali ją za znerwicowaną babę, a jego za biednego chłopa. Zaczęła myśleć o rozwodzie, bo przez całe życie wozu w gospodarstwie nie da się wieźć w nieskończoność, i coraz częściej stawiała sąsiada za przykład. Na to Wojtek uśmiechał się i odpowiadał: „U czyjegoś barana rogi krąglejsze i wełna gęściejsza”.
Wojtek nie łapał zupełnie żeninych podpowiedzi o rozwodzie. Ile kobiet męczyło się z pijącymi, latającymi mężami, a tu nie bita, nie skąpana w łzach, kochana na zabój, a tu rozwód. Przecież nigdy jej nie skrzywdził, robiła co chciała, chodziła gdzie chciała, a o pieniądzach nie miał pojęcia, gdzie je wydaje.
Od tego dnia Irenka przestała porównań dokonywać, skupiając się raczej na drobnych codziennych dowodach wierności Janka, który choć powolny, zawsze na nią czekał z herbatą, gdy wracała zmęczona.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

4 × jeden =

Wszyscy sąsiedzi znali Iwana jako bezrękiego, beznogiego, pustego, bezrogiego głupka, czasami barana, czasami kozę, czasami psa. Różne przydomki były wprost proporcjonalne do jego win. Każdorazowo skala gaf była inna, a więc i siła gniewu żony nie była stała.