Mój dziennik. Wszyscy w osiedlu wiedzieli, że Jan ni to baran, ni to kozioł, ni to pies te przezwiska zmieniały się wskazując skalę jego bylejakości. Ja dla niego byłam Zajączkiem, Liskiem, Słoneczkiem albo Jaskółką. Gdy słyszeli moje wrzaski, ludzie zastanawiali się, kiedy ten baran wreszcie da nauczkę zajączkowi, lecz zaraz przypominali sobie jego niedołęstwo i wzdychali: nigdy. Jan potrafił udawać głuchoniemego, całkowicie ignorując moją furię. To właśnie jego zimna krew i obojętność tak mnie wkurzały na długich godzin. Padłam ze zmęczenia i wyprowadzałam się na chwilę, gdy łamaniec w gardle dusił, twarz płonęła rumieńcami, ręce się trzęsły, głos chrypł. Płakać? Łez nie było. A za mną Jan pytał cichutko: „A ty gdzie, Zajączku?”
Pierwsze lata po ślubie miło nam się płynęło. Gdyby ktoś przepowiedział, że nasza sielska przystań zmieni się kiedyś w pole bitwy, nigdy bym nie uwierzyła. Wyszłam przecież za uczciwego faceta, za skarb prawdziwy, nie za jakiegoś dziada! Jan był spawaczem, nie pił, nie palił, spokojny jak niemowlę w kołysce, zawsze zadowolony ze swego losu. Żony sąsiadów pijaków stawiały go za wzór, więc byłam dumna. Z dziećmi czekaliśmy była bania, garaż, samochód do kupienia. Spółdzielnia przydzieliła nam lokum i chciałam je urządzić jak należy.
Jan był powolny, może leniwy. Roboty zawsze na niego czekały. Śmiał się: „Spiesz się powoli, nie wszystek naraz. Roboty nie uciekną. Bez weny lepiej nic nie tykać to nie praca, tylko harówa.” Ambicji większej jakoś nie miał. Ja brałam się za wszystko: ogród przekopać, dom pomalować, trawę skosić, drwa na banię nałupać. W końcu mieszkanie miało już wodociąg, taczek nie trzeba było ciągać. Szybciej było mi samej ruszyć, niż Jana rozruszać. Pewnej nocy obudził nas łomot z kuchni. Okazało się, że płytki ceramiczne, przez niego kładzione, zjechały z górnego rzędu. Nazwałam go niezdarą i nazajutrz sprowadziłam fachowca.
Gdy wróciłam pewnego wieczoru, nie poznałam klombu wszystko wykopały kopyta sąsiedzkiej krowy, kwiaty połamane, bo Jan zapomniał bramki zamknąć. Z każdym dniem drażniła mnie coraz bardziej jego powolność, lenistwo, obojętność.
Obok stał dom po dziadkach. Spadkobiercy najpierw kosili chwasty, później porzucili zagrodę. Aż pewnego dnia zajechała tam nowa limuzyna. To przyjechał wnuk dziadka Józefa, Piotr, teraz z żoną Magdą i synkiem na stałe. Szlifował się w Surgucie, gdzie się ożenił, lecz najlepsza była rodzinna ziemia. Piotr zabrał się za remont domu. Pokazał mi wtedy, co znaczy mieć robotę w ręku. Był majstrem od wszystkiego: budownictwa, spawania, elektryki. Magdy przy nim nie było. Ona zajmowała się tylko gospodarstwem i dzieckiem.
Patrząc na sąsiada, złościłam się na Jana coraz bardziej. Zmęczyła mnie ta siła. Chciałam być słaba i delikatna. Podpowiadałam Janowi, kierowałam go, ale on nie był przywódcą. W życiu rodzinnym dobrze mu było na drugim planie. Zmęczona coraz częściej wybuchałam, coraz częściej raniłam słowem. Ludzie uznali mnie za wredną babę, jego za biedaka. Myślałam o rozwodzie. Przecież całego gospodarstwa sama nie pociągnę. Stawiałam Piotra za wzór, lecz Jan tylko się uśmiechał: „Cudze cielę zawsze wydaje się większe”.
Jan nie pojmował, czemu wymsknęło mi się słowo „rozwód”. Przecież nigdy mnie nie uderzył, nie pił, nie zdradzał! Robiłam, co chciałam, szłam, gdzie chciałam, z pieniędzmi i tak nie liczył się za dobrze. „No dobrze, jestem powolny, ale po co się spieszyć? Po co robić burzę w szklance wody? Po co miałbym żonie dyktować co i jak robić? Ona lepiej wie. No nie jestem mistrzem od płytek, ale zarabiam tyle, by specjalistę zatrudnić. Ja chcę w dzień wolny odpocząć, ona też niech wypocznie, nie szuka, gdzie pieprz rośnie. Po co w cudze okna zaglądać? Każdy inny jest przecież. Nie kapuję, czego ta Zajączka chce?” Jan westchnął przed telewizorem, podrapał się po głowie i się wyłączył.
Co wieczór niosłam mleko dla synka Piotra i Magdy. Ta zaprosiła mnie na kolację. Był powód, by wypić winko. Za stołem Piotr siedział jak pan, Magda przyjmowała jego rozkazy: „Podaj sól! Pewnie niedosolone! Przecież wiesz, że lubię ostrzej?! Nie takie było zamówienie! Gdzie serwetki?! Gdzie korkociąg?! Za zimne! Przegrzałaś?! Podaj! Przynieś! Sprzątnij! Zamknij się, ja wiem lepiej!” i tak w kółko.
Płaczącego Tadzia Magda wzięła do drugiego pokoju. Nie wiedziałam, jak podtrzymać rozmowę. Spytałam więc
Na drugi dzień przyniosłam sąsiadce jeszcze więcej mleka, patrząc już jednak na własne okna z wdzięcznością za tego spokojnego, powolnego człowieka przy moim boku, którego nareszcie zrozumiałam, że nie warto było zmieniać, bo walka z wiatrakami tylko siły zabiera i szczęście psuje, a teraz czeka mnie ciepła herbata i zwyczajna, cicha radość swojego, Boże.



