Wstyd, po prostu wstyd. U wszystkich już porządek w ogrodzie, a u nas jak plama na honorze. Sami byśmy i zrobili, ale mnie znów reumatyzm złapał, a Mariannie kręgosłup zastrajkował.
Michał, po co ja przyszedłem ojciec ściskał czapkę w dłoniach może byś nam z matką pomógł ziemniaki wykopać? Wstyd na całą wieś, wszyscy już dawno gotowi, tylko my tak wystajemy. Sam bym i poszedł, ale ręce nie te, a matce pochylić się to już męczarnia.
Michał, wsuwając kalosz, mruknął z niechęcią:
I po co tyle tej kartofli sadzicie? Przecież nie głodujecie. Dziś nie dam rady, tato, muszę jechać do powiatu.
Ojciec aż chciał powiedzieć coś ostrzejszego, ale tylko machnął ręką i wyszedł. Na podwórku złapał widły i kulejąc ruszył na pole.
Marianna, owinięta ciepłą chustą na bolące plecy, pospieszyła za nim.
I co, Władysławie, może dzieci przyjdą?
Fuknął tylko:
Ta, doczekasz! Bierz wiadro i zbieraj kartofle. Urodziła pięciu, a nikomu nie po drodze pomóc rodzicom. Rusz się, kobieto. Do wieczora może trochę damy radę.
A tymczasem Irenka, żona Michała, próbowała dotrzeć do męża:
Co wy za pokolenie, wszystko tylko dla siebie, a rodzicom nie łaska pomóc. Wstyd, naprawdę wstyd. Gdyby moi żyli, leciałabym na skrzydłach łezka zakręciła się w oku.
Michał objął żonę:
Masz rację, niedobrze wyszło. Przecież nie mieszkamy daleko, rzadko się zbieramy. Posłuchaj w pracy wezmę wolne, ty zadzwoń po innych.
Irena siadła do telefonu, z notatnikiem w ręce.
Co znaczy, że nie możecie? Praca? Każdy ma robotę, urlop sobie weźcie! Wstyd, rodzice się męczą, a wam ciężko ruszyć się z kanapy? Dzieci nie macie z kim zostawić? Zabrać ze sobą, na powietrzu lepiej niż przy tablecie. Czekamy!
Irena, przekonaniem i czasem lekką groźbą, w końcu zebrała wszystkich.
W tym czasie dziadek Władysław przysiadł odpocząć.
Oj, Marianno, chyba do śniegu ziemniaki wykopywać będziemy. Po co tyle sadziłaś? Ty tylko powtarzałaś A co jeśli dzieciom zabraknie?. A gdzie twoje dzieci? Palcem nie kiwną. Kiedyś, pamiętasz? Gromadnie rzucaliśmy się do pracy i przed obiadem ogarnięte. Ech, to były czasy…
Marianna nadstawiła ucha:
Słuchaj, ktoś podjechał? Idź sprawdź!
Władysław pokuśtykał do bramy. Nagle głośny śmiech, gwar. Marianna, trzymając się za bolące plecy, pospieszyła do zamieszania.
O, Boże! Ile ludzi. Dzieci przyjechały, wnuki… Jaka radość!
No, ojcze, pokaż, gdzie tu łopaty, widły, wiadra? zarządzał Michał.
Ojciec, dusząc łzy wzruszenia, zawołał szorstko:
Na miejscu wszystko, zapomniałeś czy co?
I zaczęło się. Jedni kopią, drudzy zbierają, jeszcze inni noszą na suszenie pod dach. Mariannę wysłali do domu.
Synowe pozawijały rękawy, żeby potem wszystkich nakarmić czymś pysznym. Ale Mariannę nie nosi tu pokaże, tam podpowie. Jak to bez gospodyni…
Na polu śmiechy, żarty.
Pamiętasz, Michał, jak kiedyś w dzieciństwie ziemniakiem mi rzuciłeś w czoło? Teraz oddaję! śmiał się Sergiusz.
A dziadek z przekąsem:
Z nudów bawicie się jak małolaty. Sami pod…dziesiątkę, a głupoty w głowie.
Hurra! Pole ogarnięte, łęty do kupki, ziemniaki pod dachem. Czas na poczęstunek.
Na podwórzu duży stół, gwar, wspomnienia z dzieciństwa. Marianna, ukradkiem wyciera łzę. Są porządne dzieci! Sąsiedzi przechodzą, grzecznie się witają, chwalą. Ktoś z żalem wspomina, że jego dawno nie przyjeżdżali…
Cichutko Irenka zapytała Michała:
A co w pracy powiedziałeś?
Objął ją:
Powiedziałem prawdę rodzicom trzeba pomóc. Od razu pozwolili, mówili, że rodziców wychodzić to rzecz święta.
W codziennym biegu nie zapominajcie o rodzicach nawet gdy sami nie prosić, zawsze cieszą się, kiedy mogą być razem z dziećmi!


