Wstyd na cały świat, wszyscy już mają posprzątane ogródki, a u nas jak wyrzut sumienia. Sami byśmy zrobili, ale mnie chwycił artretyzm, a mamę plecy bolą.

Wstyd jakiś, wszyscy już mają uporządkowane ogródki, a u nas jak u obcych. Sami byśmy się za to zabrali, ale mnie artretyzm męczy, a mamę plecy tak bolą, że nie może się schylić.

Przyszedł ojciec, z kaszkietem w dłoni, wyraźnie zakłopotany.

Bartek, może byście nam pomogli z mamą wykopać ziemniaki? Wstyd trochę, wszyscy sąsiedzi już wszystko zrobili, tylko u nas jeszcze rozgardiasz. Sami byśmy się tym zajęli, tylko zdrowie nie pozwala mnie stawy bolą, a matce kręgosłup dokucza.

Bartek, wsuwając nogę do gumiaka, odburknął:

I po co wy tego tyle sadzicie? Przecież głodu nie cierpicie. Dziś nie mogę, tata, jadę do powiatu.

Ojciec już miał coś ostrzej odpowiedzieć, ale tylko machnął ręką i wyszedł. Na podwórku złapał widły i kuśtykając pomaszerował na grządkę.

Jadwiga, przewiązana ciepłą wełnianą chustą, pospieszyła za nim.

I jak, Nikodem, przyjdą dzieci?

Parsknął pod nosem nikczemnie:

Aha, poczekaj sobie. Bierz wiadro i zbieraj. Pięcioro ich wychowaliśmy, a nikomu nie chce się nawet wpaść pomóc. Ruszaj się, kobieto, przynajmniej trochę ogarniemy do wieczora.

W tym samym czasie Ewelina, żona Bartka, upominała go:

Ale co to za obyczaje? Wszystko sami, po cichu, rodzicom nawet ręki nie poda. Ale mi wstyd! Gdyby moi jeszcze żyli, to bym już leciała, ani chwili nie czekałabym zaszlochała.

Bartek przytulił żonę.

Masz rację, źle wyszło. Przecież nie mieszkamy aż tak daleko, a razem to się rzadko zbieramy. Dobrze, zrobię tak załatwię wolne w pracy. A ty dzwoń do reszty.

Ewelina sięgnęła po komórkę i otworzyła notatnik.

Co znaczy, że nie możecie? Praca? Każdy ją ma! Wolne dajcie radę wziąć. Nie wstyd wam? Starzy się męczą, a wy dupy ruszyć nie chcecie. Dzieci nie ma z kim zostawić? Zabierzcie ze sobą, na wsi zdrowiej im będzie niż przed telewizorem. Czekamy na was!

Przekonywała, poganiała, nawet postraszyła w końcu udało jej się wszystkich namówić.

Tymczasem dziadek Nikodem przysiadł na ławce żeby odpocząć.

No, Jadwigo, chyba do zimy będziemy te kartofle wyciągać z ziemi. Po co my tyle zasadziliśmy? Ciągle tylko A bo może dzieciom zabraknie. A zobacz teraz, gdzie twoje dzieci są? Żaden palcem nie kiwnie. A kiedyś pamiętasz? Jak się wszyscy zlecieli, to do południa już po robocie było. Eh, były czasy

Jadwiga nasłuchiwała uważnie:

Słyszysz, Nikodem, jakby ktoś przyjechał? Idź zobacz.

Nikodem pokuśtykał do bramy. Zaraz rozległy się śmiechy, krzyki. Jadwiga trzymając się za plecy wyszła na podwórze.

Jeju, ile ludzi! Dzieci i wnuki przyjechały, jaka radość!

No tato, pokaż gdzie masz łopaty, widły, wiadra? przejął dowodzenie Bartek.

Ojciec, tłumiąc łzy wzruszenia, burknął chropowato:

Leżą tam gdzie zawsze. Nie zapomniałeś jeszcze?

I zaczęła się praca. Ktoś kopie, ktoś zbiera, ktoś ziemniaki pod dach na suszenie znosi. Jadwigę wysłali do domu.

Synowe podwinęły rękawy i już w kuchni gotowały, żeby potem wszystkich porządnie nakarmić. Tylko Jadwigi nie usiedzi w miejscu.

Tu doradzi, tam pokaże bez dozoru gospodarza ani rusz!

A na ogrodzie gwar, śmiech, przekomarzanki.

Pamiętasz, Bartek, jak rzuciłeś mi w czoło kartoflem jak byliśmy mali? Teraz oddaję! śmiał się Mirek.

Dziadek żartobliwie mruknął:

Co wam do głowy strzeliło, żeby się bawić, lata lecą, a głupoty jak za dzieciaka.

Udało się! Ogródek ogarnięty, łęty zgrabnie ułożone, ziemniaki pod daszkiem. Trzeba coś przekąsić.

Na podwórzu rozłożyli duży stół. Wesoło, wspominają dzieciństwo.

Jadwiga co chwila ociera łzę wzruszenia. Dobre dzieci. Sąsiedzi przechodzą, uśmiechają się, chwalą. Ktoś ze smutkiem wspomina swoje dzieci, rzadko przyjeżdżają.

Ewelina cichutko spytała Bartka:

A co w pracy powiedziałeś?

Objął ją za ramiona:

Powiedziałem, że trzeba pomóc rodzicom. Bez słowa dali mi wolne u nas to rzecz święta.

Pamiętajcie przy codziennych obowiązkach o rodzicach często się boją prosić albo nalegać na pomoc, ale zawsze się cieszą wspólnym czasem z dziećmi!

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

siedemnaście − 4 =

Wstyd na cały świat, wszyscy już mają posprzątane ogródki, a u nas jak wyrzut sumienia. Sami byśmy zrobili, ale mnie chwycił artretyzm, a mamę plecy bolą.