Wstyd, który nie znika z czasem

Dzisiaj znów myślałem o Matce. Stała w pokoju, ocierała kurz z ramki. To zdjęcie sprzed lat ona, młoda, w białym fartuchu, uśmiechnięta razem z kolegami z pracy w przychodni. Pełna wiary, że zostanie wspaniałym lekarzem, że będzie ratować ludzi, a wszyscy będą jej wdzięczni.

„Mamo, znowu to samo?” głos Halinki, mojej siostry, dobiegł z korytarza. „Schowaj wreszcie te fotografie, po co siebie dręczysz?”

„Nie twoja sprawa, Halinko” mruknęła Matka, ale ręce jej drżały. „Idź lepiej zmyj naczynia.”

Halinka weszła i usiadła obok na kanapie.

„Mamo, ile można? Minęło tyle lat, a ty wciąż nie możesz zapomnieć. Nikt już o tym nie pamięta, tylko ty.”

„Nie pamiętają?” gorzko się uśmiechnęła Matka. „A Krystyna Wójcik pamięta. Wczoraj spotkałam ją w sklepie, nawet głową nie kiwnęła. Udaje, że nie widzi.”

„Może po prostu nie zauważyła! Albo okularów zapomniała. Mamo, dość już tej pokuty!”

Matka postawiła ramkę na miejsce i odwróciła się do okna. Za szybą mżył drobny deszcz, równie posępny jak jej nastrój. A pamiętam, jak kiedyś kochała deszcz, mówiła, że wymywa wszystko złe…

Wszystko zaczęło się trzydzieści lat temu, gdy Jowita Kowalska, moja Matka, była lekarzem rodzinnym w przychodni rejonowej w Sandomierzu. Młoda, energiczna, starała się pomóc każdemu pacjentowi, spędzała w pracy po dwanaście godzin. Koledzy ją szanowali, pacjenci lubili, a ordynator stawiała za wzór.

Tego dnia przyszła na wizytę Antonina Wiśniewska, starsza pani, która często skarżyła się na bóle w klatce piersiowej. Matka przywykła już do jej wizyt, wiedziała, że babcia mieszka sama, dzieci nie ma, a lekarz był dla niej jedyną osobą do rozmowy.

„Doktor kochana” biadała Antonina Wiśniewska, sadowiąc się na krześle „serduszko mnie tak rozbolało. Całą noc nie spałam, myślałam, że umrę.”

„Posłóżmy” powiedziała Matka, przystawiając stetoskop do klatki pacjentki. Serce biło równo, bez szmerów.

„Pani Antonino, wszystko w porządku. Może się pani czymś zdenerwowała?”

„Ależ skąd, doktor! Ból taki, jakby nożem dźgało!” staruszka chwyciła się za serce. „Może by pani dała jakiś zastrzyk? Albo do szpitala skierowała? Tak boję się sama w domu!”

Za oknami gabinetu zbierała się już kolejka do następnego dnia, czasu było katastrofalnie mało, a w domu czekałem ja, mały Jaś, z gorączką. Matka zmęczona przetarła skronie.

„Pani Antonino, dokładnie panią zbadałam. Serce pracuje normalnie, ciśnienie dobre. Proszę wziąć krople walerianowe i dobrze się wyspać. Jeśli będzie gorzej koniecznie wezwać pogotowie.”

„Ależ pani doktor…”

„Przepraszam, mam wielu pacjentów. Do widzenia.”

Staruszka wolno podniosła się z krzesła, spojrzała na lekarza z nadzieją, ale ta już wołała następnego chorego. Antonina Wiśniewska westchnęła i powłóczyła się do wyjścia.

Matka nawet już o tej wizycie nie myślała. W domu zajmowała się mną, chorym, ojciec pracował do późna, kłopotów było po uszy. Następnego dnia znowu było pełno pacjentów, papierów, bieganiny.

A rano zadzwoniło pogotowie.

„Pani doktor Kowalska? Wczoraj była u pani Antonina Wiśniewska. Miał rozległy zawał, nie dowieźliśmy jej do szpitala…”

Słuchawka wypadła Matce z ręki. Poczula, jak pokój zawirował. To niemożliwe. Wczoraj wszystko u babci było w porządku, serce biło równo…

„Mamo, co się stało?” zapytałem przestraszony, siedząc obok z zabawkami.

„Nic synku, nic” wyjąkała, ale łzy już spływały jej po policzkach.

W pracy sprawa rozeszła się szybko. W małym mieście wiadomości lecą jak po sznurku. Ordynator wezwała Matkę do gabinetu.

„Co tam u pani z tą Wiśniewską?”

„Pani doktorze, ja ją zbadałam, wszystko było w normie! Serce biło równo, skarg jak na jej wiek, nic niepokojącego…”

„Rodzina składa skargę do ministerstwa zdrowia. Twierdzą, że odmówiła pani hospitalizacji.”

„Jacy rodzina? Przecież nikogo nie miała!”
„Okazuje się, że była siostrzenica w Rzeszowie. Bardzo aktywna kobieta, pracuje w prokuraturze. Pani Jowito, rozumiem, że jest pani dobrą lekarką, ale sprawa poważna. Będzie dochodzenie.”

Dochodzenie ciągnęło się miesiącami. Matkę wzywano przed komisje, żądano wyjaśnień, przeglądano dokumentację Wiśniewskiej. Koledzy początkowo wspierali, ale stopniowo się odsuwali. W szpitalu krążyły plotki, szeptano za plecami.

„Słyszałaś, Jowicie grozi utrata prawa wykonywania zawodu” mówiła pielęgniarka Bożena Nowak. „Podobno nie posłuchała staruszki, wygoniła z gabinetu.”

„Co ty nie powiesz!” oburzała się inna lekarka. „Jowita taka uważna, nie wierzę!”

„A jednak. Krystyna Wójcik mi opowiadała, ona wtedy w kolejce siedziała. Słyszała, jak staruszka prosiła o zastrzyk, a
Dopiero po latach dotarło do mnie, że choć komisja nie znalazła uchybień w jej postępowaniu, to jednak to własne poczucie winy stało się najcięższą karą, która odbierała sen i spokój, aż do końca jej dni, nie pozwalając zapomnieć tamtego deszczowego dnia.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

piętnaście + 11 =

Wstyd, który nie znika z czasem