W podwórku numer sześć, gdzie na klatkach schodowych unosił się zapach mokrych parasoli i starego cementu, wiosna czuła się wyjątkowo. Wieczorami światło trwało dłużej, jakby dzień nie chciał się kończyć.
Rodzina Kowalskich wracała do domu: ojciec, matka i nastoletni syn. Każdy niósł siatki z warzywami i chlebem, spod których wystawały długie pędy szczypiorku. Przy drzwiach zbierały się krople wody ktoś wszedł niedawno, nie strzepując parasola.
Na drzwiach i skrzynkach pocztowych wisiały świeże ogłoszenia białe kartki wydrukowane na domowej w drukarce. Czerwone litery krzyczały: Uwaga! Pilna wymiana wodomierzy! Koniecznie do końca tygodnia! Mandaty! Telefon do zapisów poniżej. Papier już był wilgotny, a atrament w niektórych miejscach się rozmył. Sąsiadka z podwórka, pani Wiesia, stała przy windzie i próbowała wykręcić numer, trzymając w drugiej ręce siatkę z ziemi



