Jedna patelnia dla dwojga
Czasem ludzie przestają się kłócić. I to nie dlatego, że się pogodzili. To dlatego, że to już koniec. Wojciech i Ewa przeżyli razem dwadzieścia lat. Nie wieczność, ale też nie tylko chwilę. Najpierw była miłość, potem dzieci, potem niekończące się obowiązki. A na końcu – zmęczenie. Sobą nawzajem, a nawet samymi sobą.
Na początku jeszcze próbowali. Kłócili się, godzili, trzaskali drzwiami, próbowali zrozumieć, wybaczyć, wrócić do siebie. Ale potem nastała cisza. Głucha, nieprzenikniona. Przestali spać w jednym łóżku. Rozdzielili się po pokojach. Nie byli wrogami, ale już nie rodziną. Po prostu dwie osoby, które przypadkiem mieszkały w tym samym mieszkaniu. A najgorsze – zaczęli jeść osobno. On – swoje. Ona – swoje. Własne półki, własne talerze. Własne życie. To był koniec. Taki, o którym się nie mówi.
O rozwodzie nikt nie wspominał. Po co? Wszystko było jasne. Wojciech poznał kobietę w sanatorium. Zaczął jeździć tam sam, bez Ewy. Agnieszka okazała się troskliwa, spokojna, cierpliwa. Pisała do niego listy, pytała, jak się czuje, dzieliła się przepisami. Ewa nikogo nie spotkała. Jej samotność była cicha i ciasna, jak supeł. Ale nie narzekała. Po prostu żyła. Jakby czekała, aż to minie.
Poranek był zwyczajny. Kuchnię zalewało żółte światło, w powietrzu unosił się zapach taniego masła. Ewa stała przy kuchence. Na niej – malutka patelnia. A na nią – jedno jajko. Nie omlet. Nie śniadanie dla dwojga. Tylko jajko. Małe, jak sama patelnia. Małe, jak sama Ewa. Szlafrok na niej stary, włosy – nieudana trwała. Trzymała łopatkę i nawet nie patrzyła na patelnię. Po prostu stała.
Wojciech wszedł do kuchni. W milczeniu. Postawił czajnik, chciał nalać sobie herbaty. Wszystko w nim było już postanowione. Wyjdzie. Niedługo. Tylko musi zebrać rzeczy. Ale wtedy ona się odwróciła. Spojrzała na niego z tak bezbronnym poczuciem winy, że aż się zachwiał.
— Chcesz jajko? — cicho zapytała i podała mu tę malutką patelnię.
Jakby uderzył w ścianę. Wszystko wróciło. Akademik. Jeden materac. Jedna szklanka. Jeden widelec na dwojga. I ta sama dziewczyna w szlafroku, tylko wtedy – śmiejąca się, czupurna, z grzywką, jak u konika. Mrugnęła do niego i powiedziała: „U nas nawet jajko jest wspólne”.
Odłożył patelnię. Objął ją. Przyciągnął do siebie, jak za pierwszym razem. I zaczął mówić. Nieskładnie, głupio. Że był głupcem. Że się zagubi— Że zaczął zapominać, że ona jest jego domem, a nie tylko ścianą, którą mijają każdego dnia.



