Wróciłam do domu wcześniej, żeby zrobić niespodziankę mężowi, będąc w szóstym miesiącu ciąży, dźwiga…

Wróciła do domu wcześniej

Jesteś już na przystanku? głos męża w słuchawce podskoczył o oktawę. Serio? Teraz? Czemu nie dałaś znać? Przecież mieliśmy się zobaczyć w czwartek!

Chciałam Ci zrobić niespodziankę skrzywiła się Dorota. Michał, a Ty się nie cieszysz? Jestem padnięta. Wyjdź, proszę!

Poczekaj! nagle krzyknął. Nie wchodź tu jeszcze. To znaczy, możesz, ale… Dorota, słuchaj, w domu pustki jak w kościele. Wszystko, co było, zjadłem wczoraj.

Zrób może tak: wpadnij do tej całodobowej Żabki za rogiem. Kup mięso, najlepiej porządną wołowinę.

Ciężka torba już tak bolała ją w ramię, że Dorota nie powstrzymała krótkiego jęku.

Ostry ból w krzyżu, stały gość od dwóch miesięcy, przeciął plecy aż po samą kość ogonową.

Delikatnie opuściła siaty na wyszczerbiony chodnik przy przystanku.

Dorota odetchnęła, kładąc dłoń na zaokrąglonym brzuchu.

Maluszek w środku poruszył się z niechęcią. Szósty miesiąc żarty się skończyły, zwłaszcza gdy postanawia się sprawić mężowi niespodziankę i wraca od rodziców trzy dni wcześniej.

Tak się stęskniła, że przez ostatnie sto kilometrów w autobusie liczyła słupy.

Ciekawe, co teraz robi Michał? Pewnie nawet nie ma pojęcia, że jest już tutaj, dziesięć minut pieszo od mieszkania.

Droga do klatki zdawała się nie mieć końca.

Siaty, wypchane domowymi przysmakami słoikiem dżemu, słoniną, ciężkimi jabłkami ważyły tonę.

Po pięćdziesięciu metrach Dorota zrozumiała: nie da rady. Zaraz pęknie jej kręgosłup.

Wyjęła telefon i zadzwoniła do męża.

Michałku, cześć szepnęła do słuchawki, kiedy wreszcie odebrał.

Dorota? Co się stało? niemal krzyknął.

Nic się nie stało, głuptasku. Przyjechałam!

Stoję pod blokiem na przystanku. Zejdź proszę, odbierz mnie.

Siaty są tak ciężkie, mama tyle naładowała

Zapanowała dziwna cisza. Dorota zerknęła na ekran czy połączenie się nie przerwało?

Jesteś na przystanku? głos Michała znów zapiszczał. Teraz? Czemu nie dałaś znać? Umawialiśmy się na czwartek!

Przecież niespodzianka… zmarszczyła brwi Dorota. Michał, czemu się nie cieszysz? Jestem wykończona. Zejdź, proszę!

Zaczekaj! nagle wykrzyczał. Nie wchodź. To znaczy, możesz, ale… Dorota, wszystko wyjadłem.

Może skocz na szybko do sklepu za rogiem? Kup wołowinę, dobrą, jakąś ładną.

Dziś nie poszedłem do pracy, chciałem zrobić normalny obiad, jakoś Cię przyjąć.

O jakim mięsie mówisz, Michał? Dorota nie wierzyła własnym uszom. Słyszysz mnie? Jestem w szóstym miesiącu ciąży, wlokę dwie wielkie torby przez miasto!

Boli mnie grzbiet! Jakie mięso? Przecież w domu jest ziemniaki, są jajka.

Odbierz mnie, głodna jestem, chcę się położyć.

Nie rozumiesz, Dorka zaczął trajkotać jeszcze szybciej, przerywając jej. Chcę, żeby wszystko było idealne. To chwilka, sklep jest blisko. Kup mięso, kartofle weź świeże, bo nasze już zczeźnięte

Może ktoś pomoże donieść? Albo powoli, na raty… Proszę! To dla nas. Ja tu przygotuję wszystko.

Dorota spojrzała na czerwone od uchwytów siatki dłonie. Rozpłynęła się w niej gorzka fala rozczarowania.

Michał, czy Ty masz rozum? głos miał drżący. Proponujesz żonie w ciąży iść teraz na zakupy, bo chcesz mięso?

Nie możesz zejść i sam kupić?

Już zacząłem… no, przygotowania! Jak wyjdę, wszystko popsuję.

Dorotko, dla mnie. Tyle czekałem.

Kup wołowinę, z osiemset gram. I woreczek małych ziemniaków.

No, czekam!

Rozłączył się pierwszy. Dorota stała przez chwilę wpatrzona w wygaszony ekran.

Nie mieściło się jej w głowie. Chciało jej się płakać, tu, samotnej, pod zimną lampą uliczną.

Zamiast przytulenia i pościeli marsz do mięsnego.

Może naprawdę szykuje coś niezwykłego? przemknęło jej przez myśl.

Westchnęła, podniosła torby i ruszyła ku sklepikowi.

***

Dorota pchała wózek między pułkami, łapiąc spojrzenia zaspanej kasjerki.

Wołowina była ciężka, a siatka ziemniaków ledwo do uniesienia.

Kiedy wyszła ze sklepu, rąk już zupełnie nie czuła. Palce stały się sztywnymi haczykami.

Telefon zadzwonił ponownie.

Kupiłaś? zapytał Michał radosnym tonem.

Kupiłam wycedziła Dorota przez zęby. Jestem już pod klatką. Otwieraj.

Stój! krzyknął aż piszcząco. Nie wchodź! Poczekaj na ławce. Daj mi dziesięć minut.

Żartujesz? warknęła Dorota, nie zwracając uwagi na przechodniów. Michał, ja tu zaraz urodzę z nerwów! Jakie dziesięć minut? Nogi mam jak balony, nie wytrzymam dłużej!

Szykuję niespodziankę! upierał się. Jeśli wejdziesz teraz, będzie po wszystkim. Siądź na ławce, pooddychaj.

Pięć minut, przysięgam! Kończę, muszę się rozłączyć!

Opadła na drewnianą ławkę przy wejściu. Torby gruchnęły o ziemię.

Miała ochotę cisnąć zakupy w okno na trzecim piętrze.

Minęło dziesięć minut. Potem dwadzieścia. Dorota siedziała, obejmując brzuch i kipiąc w środku z rozgoryczenia.

Wyobrażała sobie, jak wchodzi do mieszkania i co tam znajdzie morze kwiatów? Kolację przy świecach? Skrzypka w kącie?

Nic z tego nie było warte tego, by kazać jej, w tym stanie, siedzieć pół godziny na zimnie po nieprzespanej nocy.

Na trzydziestej piątej minucie skrzypnęły drzwi.

Wyskoczył Michał. Wyglądał na zarośniętego desperata: koszulka na lewej stronie, pot na czole, włosy sterczały.

O, siedzisz! naciągnięty uśmiech, chwycił za torby. Czemu taka zła? Zobacz, jaka pogoda… a no tak. Dawaj, idziemy!

Czemu jesteś taki mokry? zmrużyła oczy Dorota, z trudem podnosząc się przy poręczy. I dlaczego śmierdzisz na kilometr chemią domową?

Zaraz zobaczysz! wesoło kicał do windy.

Weszli. Michał z rozmachem otworzył drzwi, oczekując fanfar.

Dorota weszła do przedpokoju. Nos uderzył zapach chloru i taniego odświeżacza morska bryza.

Przeszła do pokoju. Potem do kuchni. Na koniec zerknęła do łazienki.

Mieszkanie było czyste. Wręcz za czyste, bo puste.

Porozrzucane zwykle rzeczy zniknęły. Dywan odkurzony (miejscami jeszcze mokry), z półek zniknął kurz.

Jej porcelanowe figurki stłoczone zostały w kącie.

No i? Michał promieniał jak nowy grosz. Niespodzianka!

Dorota powoli się do niego odwróciła.

I to wszystko? zapytała cicho.

Jak to wszystko? Michał aż usiadł z oburzenia. Dorotka, spójrz! Trzy godziny się tu uwijałem!

Wszędzie umyłem podłogi, nawet pod kanapą!

Naczynia umyte, kibel błyszczy.

Chciałem, żebyś od razu po powrocie miała fajnie, nic nie musiała robić.

Biegałem tu jak urwany, podczas gdy Ty robiłaś zakupy.

Dorocie ścisnęło gardło.

Zmuszasz mnie… zająknęła się, walcząc ze łzami. Zmuszasz mnie do noszenia ciężarów, zamiast mnie odebrać?

Bo musiałeś akurat podłogę umyć?

No tak! rzucił rękami Michał. Chciałem dobrze! Zawsze marudzisz, że po domu nawet palcem nie kiwnę.

To chciałem pokazać.

Wracasz wcześniej, a ja nie zdążyłem! Musiałem Cię zatrzymać, żeby skończyć.

A Ty zamiast dziękuję patrzysz, jakbym Ci napluł do zupy.

Michał, Ty masz pojęcie? Dorota nie wytrzymała, głos jej się załamał na histeryczny krzyk. Mam gdzieś Twoje podłogi!

Boli mnie kręgosłup, taszczyłam ciężary!

Jestem w ciąży, Michał! Wiesz, co to znaczy? Cią-ża!

Chciałam, żebyś mnie po prostu poprowadził do domu za rękę, nie żebyś wypucował podłogi!

Michał poczerwieniał. Cisnął ścierką do zlewu.

No to zaczyna się! wrzasnął. Tobie nigdy nic nie pasuje! Od piątej rano tu zasuwałem, żeby żonie było miło, szykowałem niespodziankę, a ona się drze!

Widzisz, jaka tu czystość? Nawet w dzień ślubu nie było tak błyszcząco!

Po co mi taka czystość, takim kosztem? Dorota ledwo oddychała z żalu. Kazałeś mi czekać pół godziny na ławce!

Zmarzłam, nie czuję nóg!

Musiałam kupować mięso i ziemniaki, ledwo idąc! To nie prezent, to katusze!

Katusze? Michał biegał w kółko po kuchni. Wybacz, nie jestem idealny!

Inna by się ucieszyła: sprzątnięte, facet sam chce gotować. A Ty tylko narzekasz! O, mój brzuch, o, mój kręgosłup.

A ja? Ja całą noc nie spałem, czekałem, myślałem, czym Cię zaskoczyć!

Dorota ukryła twarz w dłoniach.

Ty nawet nie rozumiesz… zaszlochała. Nic nie rozumiesz. Zamieniłeś moje zdrowie na czystą listwę przypodłogową.

Co Ty z tymi listwami! znowu krzyczał, aż stuknął pięścią w blat. Sama wszystko zepsułaś! W czwartek byłoby gotowe, wpadłabyś, mieszkanie jak marzenie.

Ale musiałaś przyjechać w nocy! I jeszcze ze mnie robić winnego!

Jesteś po prostu niewdzięczna, Dorota.

Wypadł z kuchni, trzaskając drzwiami do sypialni.

Dziecko w brzuchu znowu się poruszyło. Dorota opadła na krzesło, patrząc na reklamówkę z mięsem, którą Michał ledwo przyniósł do domu.

Czuła się fatalnie mdłości wracały falami.

Po dziesięciu minutach drzwi kuchni uchyliły się.

Robić to mięso? burknął. Czy teraz będziesz głodować na złość?

Nie gotuj, Michał odpowiedziała cicho Dorota, odwracając wzrok. Daj mi spokój. Chcę się położyć.

No to bardzo proszę! znowu trząsł drzwiami.

Dorota wstała i chwiejąc się, skierowała do łazienki.

W lustrze zobaczyła bladą twarz, podkrążone oczy, rozczochrane włosy.

Wspomniała podróż autobusem, wyobrażenie, jak Michał ją przytula i mówi: Na szczęście jesteś w domu.

Tak. Przytulił…

Gdy Dorota, po umyciu się, wyszła z łazienki, kłótnia wybuchła na nowo.

Mąż znowu na nią nakrzyczał, w końcu rzucił w nią kawałkiem mięsa.

Wyszła wtedy z domu, nawet się nie przebrała. I znowu wróciła do rodziców.

***
Cała rodzina przekonywała Dorotę, żeby się nie rozwodziła: teściowie, szwagierka, nawet ciotki i kuzynki.

Ale Michał też cały czas dzwonił i prosił, żeby wróciła.

Dorota wiedziała już swoje: taki mąż nie jest jej potrzebny, rozwód jest przesądzony.

Po co jej taki, dla którego czysty dom jest ważniejszy niż zdrowie ich dziecka?

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

pięć × 2 =

Wróciłam do domu wcześniej, żeby zrobić niespodziankę mężowi, będąc w szóstym miesiącu ciąży, dźwiga…