Wolne szczęście
Jasiek, zaczekaj! No, zatrzymaj się
Jaś trochę zwolnił, obejrzał się.
Za nim ścieżką prowadzącą do dwupiętrowego domu zbudowanego z cegieł szybko szła Basia szesnastoletnia dziewczyna w wysokich kozakach, spódniczce, krótkim białym futerku i owiniętej na głowie chuście. Spod ostrego wełnianego szalika wyłaniały się ciemno-kasztanowe loki. Ten kolor świetnie pasował do jej oczu zielono-piwnych, błyszczących jakby miała zaraz się rozpłakać. Przez to Basia wydawała się trochę bezbronna, delikatna; chciało się ją chronić i otaczać opieką.
Co i rusz się poślizgiwała, podskakiwała, ale nie zwalniała kroku.
Basia, nie biegaj! Nie biegaj, ślisko jest! zawołał surowo Jan. W ogóle nie biegaj. Chociaż Pięknie wyglądasz, gdy biegniesz. Policzki ci się rumienią! Ślicznie! Dawno tak nie wyglądałaś. Zdrowiejesz!
Basia uśmiechnęła się, podeszła bliżej, Jaś wyciągnął do niej dłoń, ona ją chwyciła i puściła do niego oko.
O co chodzi? rozglądając się, spytał Jaś, pochylił się i szybko pocałował ją w policzek. Przecież twoja mama zabroniła nam się spotykać, chciała mi się nawet za to dobrać do skóry wymamrotał z westchnieniem.
Basi posmutniała twarz, opuściła wzrok, zaczęła ugniatać w rękach rączkę tornistra. Ale po chwili znów się rozpromieniła.
Jasiu! Oni z tatą zawsze tylko grożą! Nic ci nie zrobią! Pójdziesz dziś ze mną do kina, co? wyszeptała. Mam już dla nas bilety. Zobacz!
Zdjęła rękawiczkę i otworzyła dłoń, ściskając w niej dwa papierki.
Jan objął jej dłoń swoimi dużymi rękoma, poczuł, że jest gorąca, pogładził jej długie, smukłe, jak u pianistki, palce.
Do kina? No Nie wiem Mam w sumie trochę spraw zmarszczył brwi, jakby się zamyślił. Basia wyrwała rękę, znów schowała ją w rękawiczce. Ale skoro zapraszasz, to pójdziemy kiwnął głową i ze zrzędą spytał:
Chociaż jaki to film? Pewnie znowu jakaś miłość?
Nie, wojenny! Mirek był, mówił, że świetny! stanowczo pokręciła głową. Ale sama się boję iść, strach, a koleżanki nie chcą.
Mirek? On to zawsze nawymyśla Idź z nim! To chłopak ugodowy, zgodzi się! Jan wyprostował się dumnie. Skoro go słuchasz to
Mirek Sokołowski był kolegą Basi z klasy mądrym, chciwym na wiedzę chłopakiem. Nie grał w piłkę, nie wygłupiał się, tylko się uczył, przygotowywał, brał udział, osiągał sukcesy i Kręcił się za Basią. Janka to drażniło, choć rywalem nie był zbyt miękki, zbyt niezdecydowany. A Basi podobali się żywi, odważni chłopcy, tacy jak Jan.
Tylko że teraz Jasiowi drzwi do Basi zamknięte, a Mirka nie. Mama Basi, pani Halina, była dla niego wręcz zbyt serdeczna, zawsze uśmiechnięta, częstowała go domowym ciastem.
Nikogo nie słucham! obruszyła się Basia. Skoro ciebie zapraszam, to znaczy, że mi inni niepotrzebni. No idziesz, czy nie?
Tu się zarumieniła i zmrużyła oczy.
Jankowi zrobiło się miło, kiwnął głową.
Dobra. Pójdziemy. Tobie straszno wymruczał. A mnie? To wy, wszyscy, dobijacie mnie do dreszczy! A ja potem w nocy będę miał koszmary, babcia Maria mi się nastraszy!
Janek mrugnął do Basi, ta się roześmiała i machnęła ręką:
Daj spokój! Ty się niczego nie boisz! Nic! Dobrze, czekam pod kinem o 18:50. Muszę już lecieć! Mama buraczków kroi, cała kuchnia zajęta. Idę.
Basia ostrożnie się odwróciła i poszła do domu.
Mieszkała z rodzicami dwa domy dalej od Janka, z nim się wychowywała, razem gonili wróble po krzakach, wspinali się na czereśnie, żeby na przekór mamie zjeść kilka czarnych, cierpkich owoców, potem pluć pestkami na odległość, na zmianę z Jankiem, kto dalej. Chodzili razem do szkoły, choć Jan o dwa lata starszy. Dziewczyny jej zazdrościły, że taki przystojny Janek nosi ją na rękach, ale Basia nie potrafiła zrozumieć, co w tym dziwnego. Bo Janek w jej życiu był chyba od zawsze.
Dwa lata temu, podczas jazdy na nartach, Basia poczuła się źle, zakręciło jej się w głowie, w oczach pojawiły się czarne plamki. Upadła pechowo, złamała nogę. Leżąc w śniegu i zaciskając z bólu oczy, jęczała. Łzy mieszały się z potem. Bolało wszędzie w nodze, piersi, jakby ktoś ścisnął jej klatkę pasem. Basia zawsze bała się bólu, już od dzieciństwa. Nawet drzazgę wyciągnąć to był wyczyn dla mamy. A tu cała noga
Obok był Janek. Zawsze był obok. Bo Basia zawsze, gdy coś się jej działo, krzyczała tak, że słychać było na całej ulicy. W dzieciństwie płakała donośnie, rozciągle, a Jaś zawsze biegł na jej głos, jak na sygnał strażacki. Dziś głos miała delikatniejszy.
Gdy Janek niósł ją do domu, jej skręcona noga napuchła w bucie tak, że musieli go rozcinać. Basia wbiła się palcami w jego ramię i ślady po jej paznokciach długo zostały. Ale Janek znosił wszystko. Basia była wtedy ważniejsza.
Przyjechała karetka, zawiozła ją do szpitala i tam okazało się, że z nogą to jeszcze nic serce było naprawdę chore. Lekarz wpisał w jej karcie całą łacińską listę chorób. Potem miesiącami Basia leżała w domu.
Wiosna przyszła, Basia dopiero zaczynała wracać do życia.
Noga zrosła się długo, bolała, swędziała. Basia kłóciła się z mamą o byle co, płakała, złościła się na wszystkich ale wszystko się zmieniało, gdy przychodził Jaś. Zawsze wymyślał coś ciekawego: to rozkładał na jej łóżku mapę świata, wyciągniętą z jakiegoś atlasu, i razem pływali papierową łódką, przesuwali samochodziki po krajach, podróżowali do ciepłych krajów, a za chwilę pili herbatę gdzieś za Bugiem; albo przynosił klocki do budowania. Razem rysowali gazetki ścienne
Jak ci zdejmą ten gips, pojedziemy gdzieś razem. Powiedz tylko gdzie chcesz pytał Jan.
Basia wzruszała ramionami.
Ja bym chciała tylko na podwórko wyjść. Mama nie pozwala. Mówi, że potrzebuję spokoju, bo serce Ja pewnie nawet chodzić już nie umiem
Przestań! Jan gestykulował energicznie. Trzeba tylko powoli ćwiczyć! Mój dziadek Mietek, w Węgrowie mieszka, wrócił z wojny prawie kaleką, nogi nie mógł ruszać. Przyjechał do nich na rekonwalescencję profesor z Warszawy i tak się za dziadka wziął, że prawie węzły z niego robił. I co? Dziadek stanął na nogi, o dawnych problemach zapomniał. Nauka przecież nie stoi w miejscu! Basia, będą dla ciebie sposoby, zobaczysz! Byle nie tracić nadziei. I ruszaj się, ślimaku!
Zaczepiając ją, łapał jej lalę, uciekał, a Basia stukała kulami, podążała za nim, narzekała, żeby oddał.
Basiu, ty już za duża na zabawki! śmiał się Jaś. Siedzisz tu, wzdychasz, narzekasz jak babcia Sabina z warzywniaka! Jak tylko tam wejdę, od razu opowiada, jak choroba na nią napadła Głowa do góry, Basia! Jeszcze będziemy tańczyć!
Basia! Natychmiast połóż się! Jaś, na litość Boską, co ty wyprawiasz?! wpadała do pokoju pani Halina. Przecież wiesz, że nie wolno jej się denerwować! Wynocha! Idźcie już, zaraz Mirek przyjdzie, pomoże jej z lekcjami. Tyle już zaległości
Mirek? Ten kujonek? Proszę bardzo. Może posiedzę, posłucham? zgrywał się Jaś, ale zaraz dostał kuksańca w ramię.
Stojąc na ganku, pani Halina przytrzymała go za kołnierz, przyszpiliła do ściany, aż odebrało mu oddech.
Słuchaj, kochany! Zostaw ją w spokoju, mądralo! Basia ma poważną chorobę, nic jej nie wolno. Nawet dzieci mieć nie może, bo nie przeżyje porodu. Tak lekarze powiedzieli. A ja chcę mieć żywą córkę, rozumiesz?! I już. Tylko nic o tym Basi nie mów. Ona marzy o rodzinie, o dzieciach, a tu No, idź już.
Gdy Jaś szedł do domu, dotarło powoli, o czym mówiła sąsiadka. Basia to kaleka Prawdziwa kaleka, skoro serce aż tak chore
Umrze przemknęło przez głowę niczym czerwona błyskawica. A może nawet dziś?
Babcia Maria, stojąc na schodach, dziwnie patrzyła, jak wnuk zrzuca kurtkę, koszulę, sięga po cebrzyk i polewa się lodowatą wodą z beczki.
Jaś! Co ty robisz?! Przeziębisz się! krzyczała, biegnąc po ręcznik.
Janek odetchnął, pokręcił głową myśli trochę ochłonęły.
To niemożliwe! Ona musi jeszcze długo, długo żyć! I będzie żyć! I szczęśliwie! Obiecuję! tupnął.
Babcia przysłuchiwała się jego mruczeniu, ale nie zrozumiała słów
Jasiu, co tak tupiesz? Spać się nie da. Idź już do siebie, wnuczku, późno, pewno się już zmęczyłeś! ziewając, wyszeptała w końcu.
Idę, przepraszam, jeśli cię zbudziłem. Herbaty wypiję i pójdę spać. Dobranoc, babciu.
Mieszkali we dwoje. O rodzicach Jan wiedział niewiele niby zginęli, niby zniknęli. Babcia mówiła nieskładnie, nie chciała opowiadać, że matka Janka zostawiła go kiedyś w domu dziecka, o ojcu nikt nic nie wiedział
Basię co jakiś czas wożono do kolejnych lekarzy. Pani Halina stawiała gościńce na stół wszystko z ogrodu byleby tylko któremuś przyszło do głowy obiecać, że wyleczy córkę. Ale cud się nie zdarzał.
Obecnie tego leczenia nie znamy rozkładał ręce lekarz. Może kiedyś, postęp nauki pozwoli jej wyzdrowieć, ale na razie pełen spokój. Żadnych emocji. Cóż państwo płaczą Tysiące tak żyje!
Tak, tak Oczywiście Spokój kiwała głową pani Halina. Mirek, przyjaciel Basi, mówił, że musi bardzo uważać. Nauczył Basię dużo czytać, pilnuje, żeby spacerowała.
Mamo! Basia zarumieniła się. Wstydziła się czasem za swoją mamę.
No i co? roześmiał się lekarz. Mądrze wybrałaś, Basiu. Doceniaj go! Dobry mąż będzie No, do widzenia, czekam na kontrolę za trzy miesiące.
Lekarz, rozpiąwszy kołnierzyk, patrzył jak matka z córką wychodzą bramą, po czym zadzwonił do żony, prosząc, by usmażyła na kolację naleśniki. Zachciało mu się czegoś maślanego, słodkiego
Tak żyła Basia bała się zrobić krok za dużo, a mama czuwała, by się nie przeziębiła, nie spociła, nie pobiegła, nie podskakiwała, nie
W kinie było duszno, pachniało tytoniem. Basia, trzymając się mocno ręki Jana, oglądała film, a potem cicho płakała wtulona w jego ramię.
Basiu, nie płacz! Wszystko się jeszcze ułoży szeptał Jan, głaskał ją po głowie.
Ale już zaczęli na nich szeptać z każdej strony, nakazywać ciszę.
Jasiu, źle się czuję. Wyjdźmy, proszę powiedziała cicho Basia.
Dobrze! Chodźmy!
Dwie czarne sylwetki przesłoniły ekran, poszły do wyjścia. Na salę na chwilę wpadł promień światła z foyer, potem drzwi znowu się zamknęły i znów zapanował półmrok.
Basia i Jan stali oślepieni od światła jarzeniówek.
Usiądź tu. Wody ci przyniosę! zarządził Jan.
Bileterka, stojąc z boku, pokręciła głową z dezaprobatą.
Taka młoda syknęła. Przynajmniej po ślubie jesteście? Do czego to dochodzi, co ta młodzież
Pomyślała chyba, że Basia jest w ciąży.
Jeszcze nie jesteśmy po ślubie. Ale już niedługo! pojawił się przy niej Jan.
Co? zdumiona Basia spojrzała na chłopaka. W środku wszystko jej zadrżało, znów zakręciło się w głowie. Żartujesz sobie chyba?
Chwyciła go za rękę, odwróciła ku sobie.
Takich żartów nie robię! powiedział poważnie Jan. Chciałem ci powiedzieć później, ale skoro już tak wyszło Basiu, idę do wojska. Jak wrócę, pobierzemy się. Obiecałem ci, że zobaczysz cały świat? No Może nie od razu i nie cały, ale pingwiny na pewno! Obiecałem?
Basia skinęła głową.
To dotrzymam słowa. I nieważne, co mówią inni! Wystarczy bardzo chcieć, by cię wyleczyć. Ja chcę i znajdę lekarzy najlepszych. Oni cię przebadają i powiedzą trzeba to i tamto. Zrobimy. I urodzisz dziecko! mówił z zapałem Jan. Chciał ją pocałować, tu, w tym zbyt jasnym, pełnym ciężkich czerwonych zasłon foyer, ale bileterka patrzyła na nich jakby potrafiła czytać z ust. A Jan nie byłby sobą, gdyby się na to zgodził.
Wypij wodę, wyjdziemy na dwór! powiedział i pociągnął ją lekko, lecz Basia delikatnie wyswobodziła się z jego uścisku.
Ja nie mogę rodzić dzieci? patrząc mu w oczy, spytała cicho. W ogóle nie mogę?
Jan się zawahał. Pani Halina prosiła, by nic nie mówił, a on się wygadał
Teraz nie czas o tym rozmawiać! Zobaczymy. Po prostu musisz na siebie uważać. Chodźmy się przejść!
Basia słuchała, kiwnęła głową, pozwoliła mu narzucić na siebie płaszcz, wyszli na dwór. Potem odwróciła się, zacisnęła powieki, przygryzła wargę. Ona inwalidka, niekobieta Nie stworzy prawdziwej rodziny. Co robić? Jak żyć dalej?
Potem Jan wymyślił sposób, by poprawić jej nastrój. Zaprowadził ją do Kostka Borowskiego. Dał im pojeździć na motorze. Założyli Basi kask, posadzili ją przed Jankiem, zabronili mu się spieszyć.
Motocykl jechał równo, Basia czuła, jak chłopak obejmuje jej talię, jak dłoń delikatnie układa się na jej biodrze. Zrobiło się jej gorąco. Umknęły z głowy wszystkie smutne słowa. Była tylko szosa, Jan, jego ręce, oddech i szum silnika
Nocą, do Basi wezwano lekarza, dostała zastrzyk.
Trzeba było bardziej uważać na dziecko! powiedział w sieni. Już niedługo pewnie matura, a ona taka roztrzęsiona!
Basia próbowała tłumaczyć, że po prostu oglądała straszny film. To minie, że
Byłaś z tym swoim Jankiem? spytała surowo matka, gdy lekarz pojechał.
Tak. Jaś jest dobry! On mi zawsze mówi wszystko szczerze! O wszystkim! I o tym, że dzieci u mnie że dzieci nie mogę
Basia znów się rozpłakała
Już ja się z nim policzę! zacisnął pięści ojciec, pan tadek.
Nie wolno, tato! Nie rusz go! Jest najlepszy! Z waszym Mirkiem się nie równa!
Spać! huknął ojciec, zgasił światło, popchnął żonę do ich sypialni. Twój Jaś dostał powołanie, niedługo spokój wróci!..
Pani Halina nie wpuszczała już Janka za próg, o wszystko go obwiniała, rozmawiać nie chciała.
A ja i tak będę z nią. I szczęśliwi będziemy! Wyleczę ją, słyszycie? Po co ją zamykać i więzić? To nie wolno, tamto nie wolno! Przecież zwiędnie, jak suchar! Dajcie jej być młodą! Przed wyjazdem do jednostki Jan wpadł do domu Basi się pożegnać, ale Halina go nie wpuściła, kazała iść. Jan niemal chciał wdrapać się przez okno, tak pragnął ją zobaczyć. No wpuśćcie mnie, bo inaczej przez okno wejdę!
Na ganek wyszedł Tadeusz. W ręku Jan zobaczył strzelbę.
Będziecie strzelać, panie Tadeuszu? Proszę bardzo. Jeden chłopak więcej, jeden mniej, co za różnica. Ja nikomu nie jestem potrzebny, tylko babci Marii, prawda? Więc po co mi żyć. Basi powiedzcie, że wyjechałem. Nie będzie się martwić, dobrze?
Jan stanął naprzeciwko ojca Basi, dumnie uniósł głowę. Lufa strzelby przytknęła się do jego piersi. Pani Halina zakryła usta ręką, z przerażeniem patrzyła.
Tadeusz postał chwilę, spojrzał na upartego chłopaka i opuścił broń.
Głupek z ciebie, Jasiu. Może w wojsku zmądrzejesz. Idź już. Basia śpi, nie pozwolę ci jej budzić. Idź dla babci swojej powiedział przez zęby.
On i Halina uznali, że wszystkiemu winien Jan. To on ją zabrał na spacer, on nauczył jazdy na nartach, on, on, on zniknie, to i kłopoty miną!..
Nie zamartwiaj się, matka. Może mu się w wojsku spodoba, zostanie tam. Basia szybko zapomni, machnął ręką Tadeusz. Sprawdź tylko, czy Basia nic nie słyszała?
Halina na palcach podeszła do pokoju córki było cicho. Nie wiedziała, że Basia, zeskoczywszy z łóżka, bosymi stopami stała przy oknie, patrząc jak Jan odchodzi.
Obejrzyj się! No obejrzyj się! krzyczała w myślach.
I on się obejrzał, niby poprawiając czapkę, ale naprawdę pomachał jej, tylko odrobinę, ledwie zauważalnie. Zrozumiała
Janek wrócił dopiero po czterech latach. Basia nie wiedziała, rodzice nie mówili jej, ale został wysłany do Afganistanu i tam zaginął. Babcia Maria zmarła, nie doczekawszy jego powrotu. Basię na pogrzeb nie wpuścili.
Wszystkie listy, które wysyłała na numer Jankowej jednostki, gdzieś przepadały.
Co, nie odpisuje? pytała współczująco pani Anastazja na poczcie. Widocznie ma inne sprawy, a może nie chce. O, idzie Mirek! Jaki przystojny, prawdziwy naukowiec będzie! Basieńko, chyba cię szuka!
Wrócił jesienią. Dom stał ciemny, cichy, pachniał zbutwiałymi szmatami. Przeciekał dach, deszcze zalały piętro, po ścianach pełzały rude plamy. Na fotelu wciąż leżał szalik babci, na szafce w kącie stare ikony.
Jan usiadł do stołu, zamknął oczy. Wszystko jakby po staremu, ale i inne. Czy to on tak się zmienił?
Nie mógł spać w nocy, ubrał się z rana, poszedł do domu Basi. Na podwórzu Halina rozwieszała pranie.
Pani Halinko! zawołał dorzucając papierosa. Nic się pani nie zmieniła!
Janowi zdawało się, że minęła wieczność od wyjazdu.
Kto tam? zmrużyła oczy Halina.
To ja, Jan. Wejdę?
Nie czekając na zgodę, wszedł na podwórko, zerkał tylko na okno pokoju Basi. Zasłonięte szczelnie, kwiatków na parapecie brak.
Wyjechała, Jasiu. A ty Żywy? poprawiając chustkę, wymamrotała Halina. Wróciłeś? Dobrze Czasy trudne No
Gdzie wyjechała? spod byka spojrzał Jan, sięgnął po papierosa, ale zrezygnował.
Do Poznania. Mirek dostał się na studia i wyjechali razem.
A co ma do tego Mirek?
Jak to co?! Są małżeństwem. Basia nie chciała zostać tu sama, mówiliśmy jej, że nie żyjesz. Kiedy chowaliśmy twoją babcię, zupełnie się załamała Ale Mirek był blisko, pomógł nam. Więc wiesz, Jasiu, Halina podeszła bliżej, pogładziła go po ramieniu, wyraźnie postarzała. nie szukaj ich. Daj im być szczęśliwymi, dobrze?
Popatrzyła błagalnie, wzruszyła ramionami.
Basia nigdy go nie kochała! skrzywił się Janek, splunął.
To dawniej. Teraz, jak ciebie nie było, doceniła. Z nim czuje się bezpieczna, on ją naprawdę chroni. Proszę cię, nie pojawiaj się w jej życiu.
Nic nie odpowiedział, odwrócił się i odszedł. Halina ciężko westchnęła i wróciła do domu. Mąż siedział za stołem, czytał. Mirek nauczył go czytać książki
Jan, jeszcze przez kilka dni męcząc się w pustej chacie, spakował do plecaka parę rzeczy, zabił okna deskami, zawiesił kłódkę na furtce. Poszedł na cmentarz. Postał nad grobem babci Marii, słuchając, jak w krzakach śpiewa ptak, zdjął krzyżyk z szyi, położył na mogile.
Przepraszam, babciu
I wyjechał
Janek stał się ostry, zdecydowany, nie znał słowa nie i nie chciał się z niczym godzić, ciągle podpuszczał los, prowadził innych, potem nagradzał za pracę. Zaczął zarabiać pieniądze nie zawsze czyste. Był szefem, handlował wszystkim najpierw części samochodowe, potem antyki, sklepy spożywcze, w końcu dostawy surowców. I ciągle szukał.
Odnaleźć Basię było dziecinnie prosto. Poznań, uczelnia, Mirek wybitny nie da się ukryć, to zawsze ten sam typ. Ale Jan szukał szansy.
Po ośmiu latach swoich interesów Jan nawiązał kontakt z producentami sprzętu medycznego, przez nich dotarł do najlepszych specjalistów z całego świata.
A co cię tak interesuje kardiologia? spytał znajomy kardiolog, dr Ostrowski ze szpitala w Krakowie. W tych sprawach mamy świetnych lekarzy. Co się stało?
Nic Chcę pomóc jednej osobie żyć żyć dobrze.
Konkret? Jaki wiek? Ktoś z rodziny?
Nie. Po prostu znajoma. O dwa lata młodsza ode mnie. Od szesnastu lat chore serce Nie znam dokładnej diagnozy.
Musisz się dowiedzieć, bo nie gadamy tu w ciemno! Stare historie nie pomogą, trzeba aktualnych badań EKG i wyników. Dziesięć lat temu to za mało, rozumiesz?
Jan kiwnął głową, zabrał torbę, wyszedł, cicho zamykając drzwi. W korytarzu panowała cisza tylko czasem ktoś kaszlał, albo sanitariuszka szurała kapciami po podłodze
Dokąd idziesz? Iga stała w przedpokoju, zaciskając pasek szlafroka. W mieszkaniu było chłodno, Jan wiecznie wietrzył, chciał mieć świeże powietrze. Piąta rano, znowu jedziesz?
Odwrócił się, wzruszył ramionami.
Przepraszam, nie chciałem zbudzić. Muszę na dwa, trzy dni wyjechać. Nie nudź się tu a, no właśnie podszedł, objął ją gwałtownie, mocno wpił się ustami w jej usta. Stęsknij się! Jak będą dzwonić, mów, że nie wiesz kiedy wrócę. Zresztą naprawdę nie wiesz. No, puść mnie już muszę lecieć, mam samolot. Nie sprowadzaj nikogo do domu, dobrze?
Iga rozłożyła ręce, jakby się poddawała, kiwnęła głową, posłała Jankowi całusa.
Tak jest, panie kierowniku. Może jednak zjesz śniadanie?
Nie mam czasu. Wybacz.
Cicho zamknął drzwi. Iga słyszała, jak stukają jego buty na klatce schodowej
Wiedziała, że jej nie kocha. Nigdy tego nie ukrywał, nigdy nie mówił o uczuciach. Ale jakoś było im dobrze razem. Obok Jaś miał kobietę, blisko Igą był elegancki, majętny mężczyzna. Czego więcej potrzeba, jeśli świat jest skomplikowany i nieidealny?
Panie Janie, bardzo nam zależy na pańskiej propozycji, sprzęt się przyda zawsze, ale historia choroby, dane pacjentów to inna sprawa! W restauracji naprzeciw Janka siedział mały, suchy człowiek. Drżały mu ręce, a sine paznokcie miętolił zębami, zaraz potem kładł je na stole. To kontrola, tak? Skąd pan jest? Z jakich służb? Nie, nie! Ja nic nie zdradzę, uchowaj Boże! Barbara Barbara Lewandowska Nie kojarzę. Dostawy to do dyrekcji, to już sprawa szpitala
Mężczyzna bardzo się denerwował, cały w potach.
Spokojnie, panie doktorze! uśmiechnął się Jan. Nikt mnie nie przysłał, jestem sam sobie sterem. Ile chcesz za informacje? No, nie żałuj mam pieniądze. Rozumiesz, Basia to dawna znajoma, z dzieciństwa A jeszcze z chorym sercem, a mąż zamyka ją w domu, pozwala tylko na pigułki i badania, do pracy co prawda puszcza żeby nie gadali, że żona urzędnika siedzi mu na głowie Ale urlop? W domu. Teatr, kino? Nie może, bo stres. Cieszyć się nie można. Jak więc żyć? Jak, doktorze? Specjalnie przyjechałem tu, odnalazłem ją, jest cieniem. On wysysa z niej życie. A wie pan, czemu mu się dobrze powodzi? Przez chorą żonę dostał mieszkanie i samochód. Sam jeździ autem, ona autobusem. On dostaje wczasy nad morzem, ona zostaje, bo podobno podróży nie wytrzyma. Mają syna. Niby nie powinna rodzić, ale stwierdził, że potrzebny mu dziedzic. Urodziła. Teraz ciśnie syna nauką. Chłopak zdrowy, ale już wygląda jak podstarzały uczony. Ale Mirek za to okaz zdrowia, cały czas wypoczęty. Wszystko kosztem Basi. Dostali mleko, sam pije, kawę uwielbia.
Jan mówił powoli, cicho, przeciągał słowa choć aż się w nim gotowało, by krzyknąć i walić pięścią w stół. Ale to restauracja wszystko powinno być kulturalnie
Straszny z pana człowiek, panie Janie! Straszny! wyszeptał doktor, skulony, sterczący chudy palec zaczął trzepać w powietrzu. Wchodzi pan w nieswoje życie, chce burzyć świat, którego pan nie zna! To przestępstwo!
Przestępstwem jest żenić się z chorą kobietą po to, by na niej się dorobić! warknął Jan. Ludzie zaczęli się obracać, kelnerzy szeptali. Mam gdzieś jego świat, rozumiesz? Basi mi żal, dziecka też! Daj mi przeczytać kartę, albo cokolwiek. Dam ci sprzęt w terminie. Nikt się nie dowie. Zapłacę. Lubi pan pieniądze, co? A ja je mam. Układ. Po prostu układ, w którym ratujesz siebie i rodzinę. Syn zaraz ci na studia idzie, zabezpieczysz się trochę. Wyjdźmy, porozmawiajmy na dworze.
Wyszli razem. Sierpniowy deszcz i wiatr targały czapki i szaliki.
Ile? odezwał się w końcu lekarz.
Jan podał kwotę. Facet kiwnął głową, wyciągnął papier z teczki. Już wszystko miał stawiał się dla zasady. Janek to wiedział uśmiechnął się, wrzucił do torby kopertę.
Dziękuję. Dokumenty już zawiozłem do dyrekcji. Sprzęt będzie za tydzień.
Jan popukał go w plecy i wyszedł
Barbara Lewandowska wolno szła uliczką. O niczym nie myślała. Po prostu szła, patrzyła wokół. Jutro znów do przychodni, Mirek ją zapisał, ale tak niekorzystna godzina, że musiała zwolnić się z pracy. Wieczorem zebranie u Waldka w szkole, Mirek nie przyjdzie Za tydzień przyjadą jego rodzice, trzeba przygotować pokój Dużo spraw. Ale teraz tylko iść i oddychać. To dobre.
Obok przemknął motor, na nim dziewczyna mocno obejmowała chłopaka. Basia się uśmiechnęła, przypomniała sobie, jak z Jankiem jeździli, jak spod kół sypały się krople.
Basia! usłyszała głos, zatrzymała się. Basiu, cześć!
Obróciła się. Jan
Muszę z tobą porozmawiać. To ważne, bardzo pilne! odciągnął ją na bok, do ławki. Usiądźmy gdzieś i pogadajmy.
Jasiu Jasiek Jasiu! szeptała, głaskała go po ramionach, po piersi, sięgała do twarzy. Babcia Maria by nie uwierzyła
Basia rozpłakała się, Jan objął ją bardzo mocno, ale czuło. Był pewny, dobry, zawsze taki sam Basia już wiedziała to na pewno.
No to gdzie możemy pogadać? Może w kawiarni? spytał w końcu Jan.
Po co? Chodź do nas. Mirek i Waldek są w domu. Waldek to nasz syn, poznasz go powiedziała.
Nie mogę u was. Musimy tylko we dwoje.
No dobrze. Tam jest bar, chodź
Usiedli, Jan długo się wahał, w końcu zaczął:
Basia, musisz pojechać ze mną. Załatwimy papiery, pozwolenie i wszystko.
Gdzie? zdziwiona spytała.
Znalazłem, właściwie mój znajomy świetny lekarz, dr Ostrowski znalazł specjalistę, który leczy twoją chorobę. Potrzebna operacja, wtedy poczujesz się dużo lepiej! I Mirek przestanie cię więzić w domu, męczyć badaniami
On nie więzi. On po prostu bardzo się boi o mnie pokręciła głową Basia. Myślisz źle
Nie myślę. Ja wiem. Wiem też, że jeździ twoim autem, wiem wszystko. Basia, nie myśl o nim, ja już wszystko opłaciłem jedźmy. Specjaliści najlepsi na świecie, nasz lekarz, nasza opieka. Ostrowski
Poczekaj, Jasiu. Powiedz, co u ciebie. Żonaty jesteś? Czym się zajmujesz? przerwała mu Basia. Wiesz, bardzo się zmieniłeś. Ledwo bym cię poznała Ale nawet na dobre ci to wyszło
W czym? spytał zachrypnięty Jan.
No Tajemniczy jesteś, twardy, trochę groźny. Nie jesteś gangsterem, co?
Było różnie. Od brudów zaczynałem. Ale z czasem biznes, nie zawsze czysty, potem się odbiłem. Teraz jestem po prostu przedsiębiorcą. Nauczyłem się angielskiego.
To dobrze. Waldek też się uczy. Mirek sprowadził mu korepetytora. Dwa razy w tygodniu przychodzi. Byłeś w domu? Co tam?
Nic. Nie wiem. Nieważne. Basia, wszystko opłacone, czekają tylko na twoje papiery i ciebie. Weź urlop, ja wszystko załatwię.
Jan zaczynał się spieszyć, czuł, że zaraz ktoś im przeszkodzi.
Basia? Waldku, czekamy na ciebie z kolacją przy barze pojawił się Mirek. Ja się zatrzymałem w pracy, przechodziłem i zobaczyłem cię. A to To Jan? Proszę, proszę
Mirek zaciągnął żonę za rękę.
Poczekaj, Mirku. Janek mi coś proponował Basia czuła, że zaraz wydarzy się coś złego.
Idziemy do domu! Basia, powietrza potrzebujesz. Tabletka, pod język! zamartwiał się Mirek, a Jan, potakując głową, poszedł za nimi.
W domu było chłodno i pachniało zupą. Waldek wychylił się z pokoju, patrzył z zaciekawieniem na gościa.
Jan, wyciągnął chłopiec dłoń.
Chłopiec uścisnął, spojrzał pytająco na ojca.
Waldek, jedz u siebie. Muszę pogadać z wujkiem Jankiem zarządził Mirek.
Basia podała synowi kolację, pocałowała chłopca i wyszła.
No to w czym sprawa? Skąd się tu wziąłeś? Co robisz? Mirek czuł się panem domu, przechadzał po kuchni, usiadł, wyciągając nogi tak, żeby Jankowi było niewygodnie.
Basi nałóż mu kotleta. Jesteś żonaty? rzucił, sięgając po szczypiorek.
Nie. Znalazłem dla Basi klinikę za granicą. Chcą zrobić operację serca najlepsza opieka, nasi specjaliści. Po operacji zacznie się nowe życie, jak dawniej. Basia! Czemu milczysz? Jankowi rozjaśniły się oczy.
Basia, do Waldka zanieś herbatę.
Mirek poczekał, aż żona wyjdzie i mówił dalej:
I co ona powie? Przyszedłeś nie wiadomo skąd, ciągniesz ją za granicę, bogowie wiedzą, za czyje pieniądze. A potem? My z Waldkiem co? Jak, nie daj Boże, coś pójdzie nie tak? Zostanie tam, a my tu? My żyjemy dobrze, Janek, nam nie trzeba ratunku. Uszczęśliwiaj siebie! powiedział cicho, groźnie. Nie właź bez proszenia. Byłeś z bronią, prowadziłeś biznes? A my wiązaliśmy ledwo koniec z końcem. Chcesz zabrać Basię? A pierwsi nocowałeś w szpitalu, gdy rodziła Waldka? Dziecko przewijałeś? Nic. Ona cała jest moja. Ja wiem najlepiej, co jej potrzeba.
Ty Coś się chwalisz? No, no Jan wstał, stanął naprzeciw Mirka ona nie jest rzeczą. Trzeba dać jej szansę na życie. Dobrze ci się korzysta z jej auta? Po operacji sama będzie jeździć. Wstyd, Mirku, wstyd. Ona naprawdę może się zmienić, może
Ja nigdzie nie pojadę, Janek. Zostanę tu. To moje życie. Boję się, Jasiu. Boję się nie obudzić Waldek mały, przeżyje. Ja żyję dobrze, jestem szczęśliwa.
Basia objęła Janka, głowę oparła o jego plecy.
Chodźmy na herbatę, chłopcy. Mamy ciasto i cukierki! Basia się uśmiechnęła. A potem, Janek, pojedziesz do domu, dobrze?
Nie chciał już herbaty, wstał, złapał kurtkę i wyszedł. Nawet się nie pożegnał.
Idąc przez miasto, trącając ludzi ramieniem, Jan nie potrafił zrozumieć, jak można zrezygnować z lepszego życia. Już wszystko dla niej zrobił, połowę firmy sprzedał A wszystko na nic.
Załatwiał w klinikach, przekonywał lekarzy, dogadywał się latami wszystko na nic.
Po prostu chciałeś Mirka przegonić, udowodnić, że jesteś lepszy. Przegrałeś. przemknęło mu przez myśl, potem zapadła cisza, została tylko złość
Iga czekała na niego w domu, nie spała.
Cześć powiedziała cicho, stojąc w przedpokoju w tym samym flanelowym szlafroku. Ugotowałam zupę Spróbujesz? Chyba mi wyszła
Szybko podeszła do niego, duży, zimny, objęła go, przytuliła.
Co się stało? zdziwił się Jan.
Bałam się, że nie wrócisz, że zostaniesz z nią
Iga się rozszlochała, przytuliła do niego jeszcze mocniej.
Kochanie! I co ja bez ciebie bym zrobił? Głupstwa! Jankowi nagle zrobiło się lekko, jakby zrzucił z siebie tonę ciężaru. Nikomu nic nie musi, nawet sobie nic nie musi może po prostu żyć dalej, kochać Igę, wziąć z nią ślub, mieć dzieci, wychować je I to będzie jego życie, ich rodzina. A inni niech żyją, jak chcą.
To takie proste pozwolić sobie na szczęście!
Iga patrzyła, jak Jan z apetytem je zupę. Patrzyła i uśmiechała się bo w tym domu też zamieszkała mała rodzina. Iga była tego pewna.



