**Dziennik, 12 czerwca**
Zasnęłam dopiero nad ranem. Gdy otworzyłam oczy, pokój zalewało słoneczne światło, a przy łóżku stał Krzysztof z uśmiechem.
— Całą noc na ciebie czekałam. Gdzie byłeś?
— Moja mała, widzisz, nic mi się nie stało. Ubierz się, pójdziemy na śniadanie. — Głos Krzysztofa był ciepły, ale znałam ten ton.
Na dworze było ciepło jak w środku lata.
— Loda? — Nie czekając na odpowiedź, podszedł do kiosku i kupił moje ulubione — waniliowe w wafelku.
— Masz dobry humor. Wygrałeś w karty? — spytałam, zlizując wierzch lodów.
— Nie zgadłaś. Mam pewien pomysł, a do jego realizacji potrzebuję twojej pomocy.
— Ale nigdy mnie nie brałeś ze sobą. Co mam robić?
— Nic. Po prostu bądź przy mnie. Jeśli nie chcesz, poradzę sobie sam.
— Nie, idę z tobą — zgodziłam się pospiesznie.
— Wiedziałem, że się zgodzisz. Możesz już wybierać białe sukienki — rzucił pobłażliwie.
— Serio? Oświadczysz mi się? — ucieszyłam się, zapominając nawet o lodach w dłoni.
Żadna kobieta nie śmiała nawet wspomnieć o małżeństwie przy Krzysztofie. Ale ja byłam wyjątkiem. Stałam się jego talizmanem, przynosiłam szczęście. Rok temu odebrał mnie trzem rozrabiakom.
Mieszkałam z matką w małym mieście. Po odejściu ojca zaczęła pić. Gorzej się zrobiło, gdy przyprowadziła do domu jakiegoś mężczyznę. Wkrótce zaczął rzucać w moją stronę łapczywe spojrzenia, aż pewnego dnia próbował wepchnąć mnie do łóżka. Uciekłam, wsiadłam do pociągu i wylądowałam w Warszawie.
Bez pieniędzy, bez rodziny. Gdzie iść? Moja zagubiona mina przyciągnęła uwagę bandy chłopaków kręcących się po dworcu. Mogło skończyć się źle, ale na moje krzyki przybiegł Krzysztof i odgonił ich. Od tamtej pory byliśmy razem.
Zakochałam się w nim. Wysoki, wysportowany, elegancki — swoim wyglądem wzbudzał zaufanie. Było przy nim bezpiecznie, choć nigdy nie ukrywał, że zajmuje się nie do końca uczciwymi interesami. Mnie jednak trzymał z dala od swoich spraw.
Usiedliśmy na ławce nad Wisłą. Lód szybko topniał na słońcu, wafelek rozmókł, słodka woda ściekała mi po nadgarstku i kapnęła na sukienkę.
— Kurczę! — Zerwałam się, odsuwając rękę.
— Po prostu to wyrzuć — mruknął Krzysztof, przymrużając oczy jak zadowolony kot.
Rzuciłam rozmiękły wafelek do kosza. „Jeszcze dziecko” — pomyślał pewnie z czułością.
— Interes będzie łatwy, ale musimy działać ostrożnie. Nie można się pomylić. Facet z narzeczoną wzbudza większe zaufanie niż sam.
— Z narzeczoną? — powtórzyłam, siadając z powrotem.
— No przecież jesteś moją narzeczoną. — Objął mnie, a ja przytuliłam się do niego.
— Wczoraj dowiedziałem się o pewnej staruszce. Nie ma już nikogo. Mąż dawno nie żyje, a jedyny syn zginął na misji. Ciągle o tym zapomina i czeka na niego wieczorami. Na palcu nosi pierścień — nigdy go nie ściąga. Myślę, że takich skarbów ma więcej.
— Chcesz jej ukraść biżuterię? — domyśliłam się.
— Nie, nie chcemy hałasu. Odda nam ją sama. Pojawimy się jako wnuk z narzeczoną. Rozumiesz? Twoim zadaniem jest sprawić, by zapragnęła podarować ci swoje „błyskotki” na ślub.
Krzysztof miał swoje zasady. Zrobiło mi się żal tej starszej pani. Jedno to oszukiwać bogatych urzędników, a co innego — samotną, ufną kobietę. Zamyśliłam się.
— Kup skromną sukienkę, taką, która na pewno się jej spodoba — rzucił Krzysztof, ignorując moją zadumę.
— A jeśli się zorientuje? Nie pozna w tobie wnuka?
— Jej pamięć już nie ta, a i syna nie widziała od lat.
Dwa dni później staliśmy przed metalowymi drzwiami na trzecim piętrze starej kamienicy. Krzysztof ocenił mój skromny wygląd i skinął zadowolony. Sam, jak zawsze, był odprężony i elegancki.
— Mniej mówisz, lepiej.
Zadzwonił. Za drzwiami rozległy się szuranie kapci i zgrzyt klucza. Spodziewałam się schorowanej staruszki, lecz przed nami stała niska kobieta w staromodnej sukni z koronkowym kołnierzykiem. Siwe włosy spięte były spinką z czarną kokardą.
— Do kogo? — spytała, mrużąc oczy.
— Do pani, jeśli to pani Zofia Nowak. Pewnie to zabrzmi dziwnie, ale jestem pani wnukiem.
— Nie rozumiem… Mój syn nigdy się nie ożenił.
— Możemy wejść? — Krzysztof rozpromienił się jednym ze swoich czarujących uśmiechów.
W środku pokazała nam zdjęcie młodego mężczyzny w mundurze.
— U mamy jest inne, jeszcze z czasów akademii. — Krzysztof odwrócił się do niej.
Wysłuchała jego wymyślonej historii o synu, który nie wiedział, że zostanie ojcem. O moich oczach płynęły łzy — nawet ja uwierzyłam w tę opowieść.
Później Zofia wyjęła starą szkatułkę. Klejnoty lśniły w świetle lampy.
— Mąż mi je dawał. A gdzie je nosić? Weź je, dziecko.
— Nie mogę! — cofnęłam się.
— Jak umrę, zabiorą obcy. Lepiej, by zostały w rodzinie.
W nocy, gdy Zofia chrapa— To twoja decyzja — szepnęłam, chowając szkatułkę z powrotem za stos bielizny, wiedząc, że od dziś moje życie należy już tylko do Zofii.



