Mamo, co ty robisz?! głos Zofii łamał się od płaczu, patrzyła, jak matka bezlitośnie wyrzuca z szafy jej skromne rzeczy. Czerwona sukienka w groszki, jej ulubiona, wylądowała na podłodze i od razu zainteresował się nią młodszy brat. Mały Pawełek chwycił pasek i wsadził sobie do buzi. Nie rób tego, Pawełku! Oddaj!
Szkoda ci szmatki! Teresa rzuciła dżinsy Zosi na stertę i trzasnęła drzwiczkami od szafy. Wynoś się stąd!
Ale dokąd, mamo? Noc już, gdzie mam iść? Co ty wyprawiasz?
Co chcę, to robię! To mój dom! Ty tu nie masz miejsca!
A ja? Czy to nie mój dom też?
Nie, moja droga! Nic nie masz swojego tutaj! Teresa wzięła synka na ręce, otarła mu nos końcem sukienki Zosi. Dość już tego! Zamieszałaś mi całkiem w życiu, jak tylko zaczęło mi się układać. Już dość, nie pozwolę na więcej.
Mamo, co ci niszczę? Powiedz!
Przed Wojciechem podskakujesz? To nie ty?
Mamo! Zosia wykrzyknęła i Pawełek aż się rozpłakał ze strachu. Słyszysz siebie?!
Bardzo dobrze słyszę! Dość tego! Mówiłam, pięć minut i cię tu nie ma!
Teresa kopnęła drzwi i wyszła. Zosia stała bez ruchu, próbując ogarnąć, co się właśnie wydarzyło. Wyrzucono ją z domu… Jej myśli rozbiegały się na wszystkie strony, żadnej nie udało się złapać, która pokierowałaby ją dalej. Za drzwiami rozlegał się płacz Pawełka i Zosia przypomniała sobie, jak zawsze to ona go uspokajała zajmowała czymkolwiek, żeby przestał płakać. Nowy mąż matki nie znosił dziecięcych krzyków i łez, w ogóle nie cierpiał, gdy dziecko było w pobliżu. Zosi trudno było to znieść, bo wychowana była w innej atmosferze ciepła i troski rozpostartej na całą rodzinę. Matka natomiast od jakiegoś czasu, zamiast przytulić synka, od razu odsyłała go do Zosi i sama znikała do nowego męża.
Zajmij się nim! Dorosła jesteś to pomóż!
Dorosła… Wczoraj jeszcze była ukochaną córeczką, dziś nagle stała się jak mawiała teraz matka nieproszonym gościem. Przez ostatnie dwa lata wszystko zmieniało się tak szybko, że Zosia nie nadążała.
Najpierw odszedł tata po zawale, głupio i niesprawiedliwie, bo można było go uratować, gdyby znalazł się ktoś choćby jeden, komu nie byłby obojętny. Młody jeszcze, poniżej pięćdziesiątki, zadbany, leżał przy przystanku ponad godzinę. Wokół mijały go dziesiątki ludzi… Wszyscy się spieszyli… Nikt nie zapytał, czy nie potrzebuje pomocy, nie zadzwonił po karetkę. Może pomyśleli, że jest pijany lub bezdomny kto by spał na ulicy w listopadzie? Dopiero kiedy jakaś kobieta poruszyła jego ramię, było za późno.
Zosia dobrze pamiętała reakcję mamy. Jakby zastygła w czasie, obojętna, odłączona. Zosia płakała, wołała matkę, ale nie przebijała się przez mur. Teresa pożegnała męża bez łzy, po czym zamknęła się w pokoju i zapomniała o córce, która została zupełnie sama.
Rodziny nie mieli, a znajomi rodziców pojawiali się rzadko, tylko na większe święta. Z osi pamięta, jak rodzice byli dumni, że mają tylko siebie i to im wystarczy. Na początku Zosia sądziła tak samo i nie lubiła, gdy ktoś wpadał w gości. Po co? Przecież jest dobrze, nawet lepiej bez nich.
Tak myślała, aż trafiła do pierwszej klasy. Tam usadzili ją z ruchliwą, drobną dziewczynką Agnieszką. Długie, czarne jak węgiel warkocze grube niemal jak ręka, ciężkie, więc dziewczynka chodziła z dumą, z podniesioną głową. Zosia marzyła o takich włosach, bo swoich jasnych, delikatnych loczków nie znosiła. Mama starała się ją uczesać, ale kędziory zawsze układały się w aureolkę, więc już pierwszego dnia Zosia zyskała w klasie przezwisko: Mniszek.
Warkoczy Agnieszki Zosia odważyła się dotknąć dopiero po dwóch dniach, kiedy ta, rzucając warkoczem za plecy, mruknęła, że ma już dość i zetnie je, nawet jeśli mama się wkurzy.
Oszalałaś? Przecież to takie piękne… szepnęła Zosia, gładząc połyskujący czarny lok.
Od tego dnia zaczęła się ich przyjaźń. Wszyscy wołali na Agnieszkę Agulka.
Agulka była czwartą córką w dużej rodzinie Nowaków. Gdy Zosia pierwszy raz trafiła do ich rozbudowanego domu na obrzeżach miasta, ogłuszył ją tłum dzieci, dorosłych i babć. Próby uporządkowania tej genealogii na nic się nie zdały. Znała mamę Agulki, która zaraz po wejściu sadzała każdego przy stole i karmiła tak, że później można było się tylko czołgać. Znała jej rodzeństwo pomagali sobie, choć dzieliła ich duża różnica wieku i zainteresowań. Starszy brat, widząc ich męki z matematyką, tłumaczył wszystko w moment, starsza siostra uczyła gotować. Nawet najmłodsze dziewczynki w minutę zagniatały ciasto i piekły pyszne ciasta, podczas gdy Zosię mama nigdy do kuchni nie dopuszczała.
Będąc w domu Agulki, Zosia pojęła, że rodzina i znajomi potrafią być skarbem. Dostrzegła, jak tam dzieci dostają prezenty na każde święto, nie tylko na urodziny a okazji było mnóstwo. Nagradzano dzieci za byle co nawet przy urodzinach babci dostawało się słodycze i kokardki.
Dlaczego? Przecież to nie twój dzień! dziwiła się Zosia Agulce, ta z równym zdziwieniem patrzyła na nią.
Czemu trzeba czekać na okazję, żeby ucieszyć tych, których kochasz? Zobaczysz na Nowy Rok będzie dopiero górka prezentów!
Matka Zosi nie pochwalała tej przyjaźni. Agulka jej nie odpowiadała, a gdyby zobaczyła jej dom, pewnie zakazałaby Zosi tam chodzić. Na szczęście mama pracowała dużo i Zosia mogła szybciutko wpaść po szkole na obiad, żeby nikogo nie alarmować, i uciekała do Nowaków, gdzie w pachnącej kuchni witano ją z czułością, karmiono ciastem i uczono, jak je zrobić. Tych spotkań Zosia potrzebowała jak powietrza tylko tam czuła się spokojna i zaopiekowana.
To właśnie Agulka i jej rodzina, gdy dowiedzieli się, co się stało w domu Zosi, przywieźli dwóch starszych braci z pieniędzmi i pomagali ze wszystkim. Teresa nawet nie chciała wychodzić z pokoju, a gdy już musiała ze złością słuchała chłopaków, którzy nie zwracali uwagi na jej humory i pomagali tyle, ile trzeba. Agulka próbowała pocieszyć Zosię, płakały razem, ugniatając ciasto na pierogi tak, że miejsca w lodówce zabrakło i trzeba było poprosić sąsiadkę o pomoc.
Następnego dnia mężczyźni z rodu Nowaków nie opuszczali Zosi na krok. Towarzyszyli jej i mamie, pomagając w codzienności i chroniąc przed załamaniem. Teresa udawała, że ich nie widzi, ale Zosia pamiętała każdy odruch.
Ktoś musiał ci pomóc, u was nie ma już mężczyzn. Dla nas jesteś jak rodzina powiedziała potem Agulka rzeczowo.
Po pół roku Agulka wyszła za mąż, zupełnie niespodziewanie.
Oszalałaś? Już za mąż? Przecież chciałaś zostać lekarką! Zmieniłaś zdanie?
Nie, czemu? Będę się dalej uczyć. Tata z narzeczonym już wszystko ustalili.
Nie rozumiem tego… To nie jest średniowiecze, dlaczego rodzice mają wybierać ci męża?
Tak u nas bywa. Tylko dobrze ci życzą, nie chcą źle wybrać odpowiedziała Agulka ze spokojem.
Na weselu Zosia prawie płakała, lecz się trzymała. Po ślubie Agulka wyjechała na studia do Warszawy, gdzie już mieli własne mieszkanie od rodziny narzeczonego. To dla Zosi był cios.
W tym czasie w życiu Teresy pojawił się Wojciech, a Agulka z niepokojem patrzyła, jak Zosia coraz częściej zostaje w pracy lub na uczelni, nie spiesząc się do domu.
Nowy mąż matki coraz częściej zachowywał się nie w porządku wobec Zosi. Matka po urodzeniu drugiego dziecka była nie do zniesienia. Zosia musiała zamykać drzwi, choć matka się złościła, bo przecież w każdej chwili mogła podrzucić jej Pawa.
Brata kochała i pomagała, ile mogła, ale noce bez snu, spędzone na noszeniu płaczącego bobasa, odczuła mocno. Dwa razy zemdlała na uczelni, co rozniosło się plotkami.
Jeszcze przed końcem nauki podjęła pracę w szpitalu i odetchnęła mogła mieć nocne dyżury i nie wracać przez kilka dni do tego domu.
Gdy Agulka z mężem wyjechali, Zosia wróciła do rodzinnego mieszkania i zastała największą awanturę z matką w historii ich relacji. Konflikt narastał i dziewczyna nie wiedziała, jak temu zaradzić.
Teresa nie słuchała już nikogo. Pewien dzień przesądził o wszystkim, kiedy sąsiadka pogłaskała na klatce Pawa po policzku i rzuciła:
Ależ masz piękne dzieci, Teresa! Takie dorodne i ładne! Szkoda, że tata nie dożył, by się nacieszyć taką panną. Zosia już prawdziwa panna! Musi mieć jakiegoś chłopaka? Chociaż nigdy nikogo tu nie widuję, ciągle lata to tu, to tam. Dziecku trzeba by było jakiejś własnej ścieżki poszukać!
Coś wtedy w Teresie pękło. To było tuż po tych słowach, gdy wyrzuciła Zosię z domu. Dziewczyna szykowała nerwowo rzeczy, nie wiedząc, gdzie pójść. Czy jeśli tu nie jest jej miejsce, to gdzie powinno ono być? Mogła zadzwonić do Agulki ale przecież ona za chwilę miała rodzić, poza tym musiała studiować i pracować…
Zosia zabrała zdjęcie taty z biurka, wrzuciła do torby i otarła łzy. Może to lepiej. Od dawna czuła, że jest tu obca. Pokój przeleciała wzrokiem raz jeszcze, po czym zamknęła drzwi.
W kuchni grał głośno telewizor, a matka trzaskała naczyniami. Zosia stanęła w korytarzu i zawahała się. Co jeszcze mogłaby jej powiedzieć? Czy warto wybaczać takie rzeczy? Dość. To już nie jej dom, mama już nie jej matka.
Na dworze było ciemno i zimno. Zosia opatuliła się szczelnie szalikiem. Jesień z impetem przyszła do Krakowa, nie czekając na zaproszenie. Dziewczyna śmiała się przez łzy, widząc jednych w szortach, drugich już w czapkach i kurtkach. Owijając się w ulubiony szalik (prezent od Agulki pod ostatnią choinkę), czuła ulgę, że nie musi już wracać. Żal był jak dziki zwierz gryzący duszę, ale Zosia odpędzała go od siebie, rozglądając się za rozwiązaniem.
Przy przystanku było tylko dwoje ludzi i duży kundel tyle. Odłożyła torbę na ławkę, wtykając zgrabiałe dłonie głęboko w kieszenie.
Samochód, który się zatrzymał, sprawił, że cofnęła się o krok. Czasy niepewne… Ale zaraz zza szybki wyjrzał znajomy cień i… ulga.
Zosia?
Artur?!
To był starszy brat Agulki, ten sam, który kiedyś tłumaczył jej algebrę, a potem pomagał przy pogrzebie ojca.
Co ty tu robisz tak późno? Idziesz do pracy?
Nie… A właściwie… do szpitala, tak.
Coś kręcisz, Zosia. Co się stało? Czemu jesteś z rzeczami?
Patrzył tak szczerze, że Zosia bezwiednie wylała z siebie wszystko. O mamie, o Wojciechu, o tym, że teraz najwyraźniej została bez dachu nad głową.
Wsiadaj. Artur nie był człowiekiem wielu słów.
Ruszyli, a Zosia odpłynęła, w ciszy czerpiąc spokój z wnętrza rozgrzanego auta. Słowa matki dźwięczały jej w uszach: Tu nie masz miejsca!
Zorientowała się, że nie jadą w stronę szpitala.
Artur, dokąd my jedziemy? Przecież muszę do szpitala…
Chciałaś tam nocować? A dalej co? Dzisiaj się przemęczysz, a dalej?
Nie wiem…
To już wiem. Jedziemy gdzie indziej.
Gdzie?
Zobaczysz.
Dojechali pod blok na jednym z cichych osiedli. Ochrona machnęła Arturowi, skręcili do wejścia.
Chodź.
Piętro trzecie. Długo czekali pod drzwiami. Zosia nerwowo przestępowała z nogi na nogę. W końcu drzwi otwarły się i w progu stanęła imponująca kobieta.
Artur, czemu właściwie nie zadzwoniłeś? roześmiała się serdecznie matronowatą posturą, w podomce w pawie pióra.
To ona? uśmiechnęła się szeroko. Znam cię, jesteś przyjaciółką mojej Agulki! Na weselu cię widziałam! No wejdź, dziewczyno, u mnie nie ma obcych!
Zosia przekroczyła próg. Oblało ją ciepło, korytarz lśnił marmurem, a ogromny żyrandol iskrzył się mnóstwem sopelków. Artur szepnął staruszce coś z boku i zniknął, machając jeszcze Zosi.
Stoisz na progu, a tu przecież dom! Zdejmij płaszcz i chodź. Zrobię ci kawę, pogadamy, opowiesz mi, czemu taka ładna dziewczyna musiała siedzieć na ulicy. Nie masz domu? Nie masz matki?
Chyba już nie… odpowiedziała Zosia na autopilocie, opadając na puf i wybuchając płaczem, jakiego serce jeszcze nie znało. Gospodyni objęła ją mocno.
Oj, moja ty mała! Tak nie można! Gdzie Niebo patrzyło? Nie płacz już, będzie dobrze! Posłuchaj mnie, bo dużo już widziałam… Tobie nic nie dam zrobić złego! I ja, i kawa dobrze ci zrobią.
Zosia siedziała potem w kuchni, popijała kawę z malutkiej filiżanki, gorzką bardziej niż własne łzy i słuchała historii pani Stanisławy, którą wszyscy zwali Stasia.
Wołaj na mnie Stasia. Tak mówili, kiedy byłam jeszcze jak ty. Młoda, naiwna, o swojej ziemi… Nasz dom był gdzie indziej. Dla mnie na zawsze. Ale ja już nie pojadę, nie wrócę. Najgorsza jest strata tych, co grobów nie mają. Nigdzie…
Dlaczego?
Wiesz, co to znaczy pogrom? Żebyś nigdy nie musiała wiedzieć. To straszne. Przyjeżdżali obcy mówili, że nie ma tutaj dla nas miejsca, nie wolno nawet mówić, jak mówili dziadkowie… Takich rzeczy człowiek nie zdoła zapomnieć.
Opowieść płynęła, Zosia wyciągała pytania, próbowała pojąć, jak w ogóle można po tym żyć. Stasia mówiła o ostrych przeżyciach, utracie wszystkiego, domu, najbliższych, o dzieciach rodzeństwa, którymi się zajęła. To nie ona była odważna, przekonywała Stasia, to siła tych wszystkich, którzy ją trzymali, którzy nie pozwolili się poddać.
Teraz moja siła jest w tobie, rozumiesz? Tu jest miejsce dla ciebie, dopóki nie oddam cię w ręce dobrego człowieka. Ale nie płacz znów, bo zrobię z ciebie porządną żonę tak jak wszystkie w naszej rodzinie.
Obietnic dotrzymała. Zosia przez dwa lata nauczyła się gotować, prowadzić dom lepiej niż Agulka. Gdy przyjeżdżała, wszyscy zbierali się w kuchni.
Twoje lepsze! Co dodałaś do farszu? Agulka zajadała małe pierożki.
Dziękuję babci Stasi Zosia śmiała się do niej.
Stasia żartowała, że nie pozwoli jej się rozleniwić, bo w raju nie wpuszczą z pychą. Ale gdy poważniała, było już wiadomo, że coś wisi w powietrzu.
Co się dzieje? dopytywała Agulka, gdy zostały same.
Zosia nie chciała wyjawiać, jak od dwóch miesięcy nosi ciężar matka choruje. Było źle, bardzo źle.
Nie odwiedziłaś jej?
Nie umiem… Po tym wszystkim… Wiesz, gdyby wtedy Artur mnie nie znalazł, gdyby nie Stasia…
Ale Pawełek gdzie?
W domu dziecka. Nie chcieli mi go dać. Mam pracę, ale bez meldunku i mieszkania nie ma szans. Matka wypisała mnie z mieszkania.
Agulka zerwała się.
Chodź, idziemy do szpitala!
Po co?
Jej już tam nie ma?
Nie. Wypisana.
To do domu. Nie musisz się godzić, niech ona się godzi z tobą! Pomyśl o Pawle! Sama mówiłaś nikt o ciebie nie dbał, jak się czułaś? No właśnie!
Ostatecznie Zosia się pogodziła z matką, dwa dni przed jej odejściem. Matka poprosiła o przebaczenie, a Zosia przez dwa miesiące opiekowała się chorą, walczyła o papiery dla brata, schowała żale do szuflady. Gdy spoglądała w wyczerpane oczy matki, myślała tylko o tym, jak ją, małą Zosię, karmiła czereśniami, kiedy miała pięć czy sześć lat. Duża, złocista czereśnia słodka jak pocałunek mamy. Tylko to się liczyło. I wybaczenie przyszło naturalnie.
Wybaczam ci, mamo…
Słowa Stasi dźwięczały w niej długo:
Trzeba żal wypuścić jak złą sukę za bramę. On cię zniszczy, nie ją, nie pozwoli ci widzieć światła i radości. Tyle wiem. I tobie potrzebne jest bardziej niż jej.
Tydzień później Paweł trzymający mocno dłoń siostry zapytał, patrząc z powagą w jej oczy:
Już na zawsze będę w domu?
Tak, malutki, jesteśmy już w domu. To jest nasze miejsce, rozumiesz?
I wtedy Zosia już wiedziała, że wszystko w końcu znalazło się na swoim miejscu.


