Własne miejsce

Własne miejsce

Mamo, co ty robisz?! Przestań! Wiola ledwo powstrzymywała łzy, patrząc, jak mama wyrzuca jej skromny dobytek z szafy. Czerwona sukienka w groszki, ulubiona Wioli, wylądowała na podłodze. Oczywiście natychmiast zainteresował się nią młodszy brat, Michaś, który siedział na dywanie. Uczepił się paska i… wziął do buzi. Nie rób tego, Michaś! Oddaj!

Tkaniny ci żal?! pani Bożena cisnęła jeszcze dżinsami Wioli do kupki rzeczy i zatrzasnęła szafę. Wynoś się!

Gdzie mam iść, mamo?! Dokąd?! I jeszcze wieczorem?! Zwariowałaś?!

Co zechcę, to zrobię! To mój dom, więc rządzę! Ty tu już miejsca nie masz!

Jak to?! Myślałam, że to też mój dom

Nie, kochanie! Tutaj nic nie jest twoje! Bożena wzięła syna na ręce, chwyciła końcem sukienki Wioli, wytarła mu nos i powędrowała do kuchni. Ani trochę! Przestań mi zawracać głowę! Tyle pracy musiałam włożyć, żeby sobie życie ułożyć, a ty mi wszystko niszczysz. Nie będzie tego!

Mamo, czego ja ci niby psuję?! Co?!

Kto się podlizuje Wojtkowi? Nie ty?

Mamo! Wiola aż się wydarła, aż Michaś się przestraszył i rozpłakał. Co ty wygadujesz?! Słyszysz siebie w ogóle?!

Bardzo dobrze słyszę! Koniec dyskusji! Wynoś się zanim minie pięć minut!

Bożena trzasnęła drzwiami i wyszła z pokoju, a Wiola stała zdezorientowana, nie mogąc pojąć, co właśnie się wydarzyło. Chyba właśnie wyrzucili ją z domu… Mózg odmawiał posłuszeństwa. Myśli turkotały jak walizki na peronie, ale żadna nie chciała się zatrzymać na dłużej. Przez drzwi doleciał płacz Michała i Wiola ocknęła się choć odrobinę. Brat płakał tak żałośnie, że odruchowo poderwała się do drzwi. To przecież ona zwykle go uspokajała, odwracała jego uwagę, robiła teatrzyk, byle nie płakał. Nowy mąż mamy nie znosił dziecięcego płaczu i, szczerze mówiąc, nie znosił samego dziecka. Wiola, wychowana w rodzinie, gdzie czułość była na porządku dziennym, nie umiała zrozumieć, co stało się z jej matką. Ta zamiast przytulić i ukołysać synka, wściubiała mu go w ręce Wioli i znikała.

Zajmij się! Jesteś dorosła teraz pomagaj!

Dorosła… Jeszcze wczoraj była ukochaną córką, oczkiem w głowie mamy i taty, a dziś nagle została odcięta jak suchy chleb. Przez ostatnie dwa lata wszystko działo się z taką prędkością, że Wiola nie nadążała za zmianami.

Najpierw zmarł tata. Zawał. Absurdalnie i niesprawiedliwie, bo wystarczyłby jeden życzliwy człowiek na przystanku, jedna osoba, która zauważy, że coś jest nie tak. Ojciec Wioli nie miał nawet pięćdziesiątki, zadbany pan, porządnie ubrany, zmarł, leżąc na ławce, a ludzie mijali go w biegu pewnie spieszyli się gdzieś. Nikt nie podszedł, nikt nie zapytał, nikt nie wezwał pogotowia może myśleli, że jest pijany, skoro śpi na ulicy w listopadzie. Kiedy któraś pani go potrząsnęła, było za późno.

Reakcja mamy zapadła Wioli głęboko w pamięć: kompletny odruch wyłączenia, zero słów, zero łez. Wiola płakała, próbowała do niej dotrzeć, bez skutku. Bożena pochowała męża bez łzy, potem zamknęła się w swoim pokoju, zapomniała o córce, zamknęła się na świat.

Rodziny nie mieli, znajomi rodziców z czasem rozpłynęli się jak sen. Wiola pamiętała dobrze, jak rodzice powtarzali z dumą, że rodzina to najważniejsze, wspierali się nawzajem, nie zapraszali gości zbyt często. I Wioli wydawało się to lepsze przecież i bez nich było dobrze.

Wszystko zmieniło się w pierwszej klasie. Okazało się, typowe: chłopaków w klasie trzy, dziewczyn piętnaście. Wiolę posadzili z ruchliwą dziewczynką o imieniu Jagoda. Jej warkocze czarne, grube jak urosły z ogrodu, wywoływały w Wioli głęboki żal bo jej loczki były jasne i wiecznie sterczały na wszystkie strony, za co od razu została ochrzczona Dmuchawcem.

Prawdziwa przyjaźń z Jagodą zaczęła się przypadkiem. Po dwóch dniach, gdy Jagoda warkocze, ubrane w kokardy, rzuciła za siebie, warcząc, że zaraz je zetnie. Wiola nie wytrzymała, pogłaskała warkocz i szepnęła:

Zwariowałaś? Takie piękne masz!

I tak się zaczęło.

Jagoda była czwartym dzieckiem w rodzinie Nowaków. Kiedy Wiola pierwszy raz gościła w ich domu, zbudowanym chyba z kilku domów naraz i otoczonym gromadą ludzi małych i dużych nie mogła się w tym odnaleźć. Znała mamę Jagody, która z marszu sadzała gościa przy stole i karmiła do nieprzytomności. Pomocne rodzeństwo chłopców i dziewcząt to była dla Wioli nowość; najstarszy brat pomagał łamać algorytmy matematyki, starsza siostra uczyła gotować, a najmłodsze już piekły pączki.

Wiola chłonęła to jak powietrze i głód znikał, nie tylko ten po jedzeniu. Tutaj ją zapraszali, czekali na nią. Gdzie mama nie była zachwycona tą przyjaźnią, tutaj Wiola czuła, że przynależy.

Nowakowie byli tymi, którzy pomagali Wioli, gdy zmarł ojciec to oni posłali starszych chłopaków, by pomogli z formalnościami i pogrzebem. Mama Wioli nie kiwnęła nawet palcem. Jagoda próbowała ją pocieszać, potem rozpłakała się razem z nią, dodając łez do ciasta, z którego zrobiła tyle pierogów, że musiała prosić sąsiadkę o miejsce w lodówce.

Przyjaciele rodziny Nowaków byli przy Wioli i jej mamie przez kolejne tygodnie, pomagając w sprawach dużych i małych. Wiola to pamięta do dziś.

Pół roku później Jagoda wyszła za mąż. Wiola była w szoku:

Nie żartuj! W takim wieku ślub?! Przestaniesz się uczyć? Przecież miałaś zostać lekarką!

I zostanę odparła spokojnie Jagoda, rozwijając ślubny welon. Tata już wszystko ustalił z narzeczonym.

Tłumaczenia typu: po prostu tak się u nas robi, rodzice decydują przelatywały Wioli przez głowę jak szklanka zimnej wody w upał.

Po ślubie Jagody jej nauka odbywała się już w Krakowie, gdzie rodzina męża kupiła jej mieszkanie. Wiola płakała, bo czuła, że traci najważniejszą osobę. No i co ja teraz zrobię bez ciebie? jęczała.

W tym czasie nowy mąż Bożeny, Wojtek, pojawił się na stałe, a mama Wioli coraz częściej bywała nieznośna, zwalała wszystko na córkę, włącznie z opieką nad Michałem. Wiola nie dzieliła się z nikim szczegółami: jak Wojtek zaczaja się w korytarzu, jak mama zaczyna patrzeć na nią spode łba po urodzeniu Michała, jak musi zamykać drzwi do swojego pokoju, co matkę doprowadzało do szału (bo, przecież zawsze może podrzucić jej młodszego brata). Brata kochała, ale ile razy nie spała nocami, bujając płaczącego Michała, kończyło się to omdleniem w szkole plotki rozchodziły się błyskawicznie.

Jeszcze ucząc się, Wiola zaczęła pracować w szpitalu dorywczy dyżur ratował ją przed pobytem w domu.

Po wyjeździe Jagody znów wybuchła awantura tym razem z mamą tak ostra, że Wiola do końca nie wiedziała, jak to przerwać. Bożena nie słuchała już nikogo nawet siebie.

Wszystko przelała sąsiadka: Ależ piękne masz dzieci, Bożenka. Michaś, Wiolcia ładna panna z niej! Szkoda, że ojciec nie dożył. Pewnie już narzeczony się znalazł, a ja nigdy nie widziałam jej z żadnym młodzieńcem. Dobrze by było, żeby dziewczyna trochę życia zaznała Co tam wtedy zabolało mamę nie wiadomo. Ale od tego właśnie zaczęła się eksmisja.

Wiola gorączkowo pakowała rzeczy do torby, połykając łzy skoro tu miejsca jej nie ma, to gdzie jej miejsce? Gdzie ma pójść? Dzwonić do Jagody? Ale co ta jej, ciężarna i zabiegana studentka, zdziała? Na razie nie miała odpowiedzi, a mama w kuchni już waliła garnkami i nastawiała telewizor na cały dom.

Ostatni raz spojrzała na pokój, zdjęła ze stolika zdjęcie ojca, wsunęła do torby i otarła łzy. Trudno! Może rzeczywiście tak lepiej od dawna tu nie pasowała.

Wyszła przed blok już było ciemno i chłodno. Jesień w tym roku przyszła gwałtownie, przechodnie w T-shirtach spotykali tu pary w puchówkach i czapkach. Sama Wiola już dzień temu wyciągnęła z szafy ulubiony szal; jeszcze jej prezent od Jagody z ostatnich wspólnych świąt. Do domu już po niego wracać nie trzeba (dzięki Bogu!), bo nie miała na to najmniejszej ochoty.

Na przystanku prawie nikogo tylko jakaś para i duży pies. Wiola usiadła na ławce, chowając zmarznięte ręce w kieszenie kurtki.

Samochód, który zatrzymał się tuż obok, przestraszył ją nie na żarty. Nie była już w Warszawie, tylko w mieście, które mogło być wszędzie poczuła się bezbronna.

Wiola?!

O Jezu, Arek!

Arek starszy brat Jagody ten, który kiedyś tłumaczył algebrę, a potem pomógł przy pogrzebie.

Co ty tu robisz o tej porze? Na nocny dyżur?

W sumie do szpitala idę!

Przestań, nie zmyślaj. Co się stało? Czemu z torbami?

Wystarczyły dwie minuty współczucia w jego oczach i Wiola, sama nie wiedząc kiedy, wygadała wszystko co leżało jej na duszy o mamie, o Wojtku, o byciu na lodzie, braku domu.

Dobra, wsiadaj rzucił Arek zwięźle. Pewnie podwiezie ją pod szpital.

Jechali przez rozświetlone nocą miasto, milcząc. Było ciepło i Wiola czuła się dziwnie spokojna. Ale gdy tylko zauważyła, że nie jadą do szpitala, ocknęła się.

Arek, a dokąd my jedziemy? Ja naprawdę muszę do szpitala

Chcesz tam spać?

Na razie to tak

A dalej?

Nie mam pojęcia

Ja mam. Dlatego jedziemy gdzie indziej.

Gdzie?!

Zobaczysz.

Prywatne osiedle, domofon, ochrona Wrocław, Ochota, Praga, co za różnica wszystko wyglądało podobnie. Zajechali pod blok. Okazało się, że Arek mieszka tuż obok babci. Bez słowa ruszył z Wiolą na trzecie piętro i zadzwonił do drzwi.

Otworzyła im kobieta, którą Wiola znała tylko z opowieści o niedzielnych obiadach w rodzinie Nowaków.

Areczku! Bez uprzedzenia wpadasz? A to kto?

Babcia Apolonia była duża i szeroka, ale za to uśmiech rozświetlał jej twarz. Spostrzegła Wiolę:

To ty jesteś przyjaciółką mojej Jagódki, prawda? Na zdjęciach cię widziałam! No dalej, kochanie, wchodź, co się tak wstydzisz? Co ty, obca jesteś? Nie rób kłopotu babci!

Wiola weszła, czując, jak ciepło domu ją otula. Korytarz jak z amerykańskich filmów: marmurowa posadzka, żyrandol, że głowa boli od ilości kryształków. Arek przemycił coś babci na ucho i ruszył w stronę drzwi jeszcze machając Wioli na pożegnanie.

Arek, czekaj! zanim zdążyła zaprotestować, zniknął.

To co ty na progu stoisz, dziecko? Rozbieraj się i chodź! Napijesz się kawy, pogadasz z babcią, a potem mi opowiesz, jak to się stało, że taka ładna dziewczyna została na ulicy o tej porze. Domu nie masz? Mamy też nie?

Chyba już nie I wtedy Wiola poczuła, że z niej wszystko zeszło, usiadła na pufie w korytarzu i wybuchła płaczem. Babcia Apolonia tylko przez moment stała, potem usiadła obok, mocno ją przytuliła i pogłaskała po głowie.

Ot, moja kruszyno. Tak być nie może nie wolno ci płakać, będę pilnować. Ktoś tam na górze musiał się zagapić, skoro tak ci się los poukładał. Ale będzie lepiej! Zobaczysz! Słuchaj mnie! Ja wiem! Przeżyłam wszystko, co życie mogło zrzucić na kark.

Babcia ukoiła Wiolę jak własne dziecko, potem zaparzyła kawę na kuchni tak mocną, że już po pierwszym łyku zapomniała, co to smutek.

Wołaj mnie Pola mówiła babcia. Tak mówili na mnie, jak byłam mała. Miałam dom, rodzinę, brata, siostry. Wszystko dawno temu, daleko stąd. To był nasz świat nasze miejsce. A potem przyszli tacy, co mówili, że już go nie mamy.

Wiola słuchała z szeroko otwartymi oczami o pogromach i wojnie, o tym, jak Pola uciekała z rodzeństwem z płonącej wioski jej historia brzmiała jak z podręcznika do historii, a była prawdziwa.

Najwięcej siły miałam od innych tłumaczyła Pola. Gdyby nie dzieciaki, rodzeństwo, sąsiedzi i krewni, to bym nie podniosła się z kolan. A teraz twoja kolej teraz ja się tobą zaopiekuję. Będziesz ze mną, póki nie zamieszkasz we własnym domu. Przyszykuję cię na żonę i matkę, jak kiedyś moje dziewczyny. Tylko żeby mi wstydu nie było! śmiała się babcia Pola chropowatym głosem.

I słowa dotrzymała. Po dwóch latach Wiola gotowała tak, że Jagoda padła z wrażenia w odwiedziny: Ty robisz to lepiej niż ja! Co dodałaś do mięsa?

To tajemnica babci Poli! śmiała się Wiola.

Pewnego dnia Jagoda poczuła dziwny nastrój u Wioli. Powiedz mi, co się dzieje.

Wioli nie chciało się mówić, lecz wyrzuciła z siebie, że mama jest ciężko chora, leżała nawet w jej szpitalu jest odcięta, bywa, że nie śpi po nocach, bo zamartwia się o brata. Mieszkanie po mamie przepisane na Wojtka, papiery zagubione, Michał w domu dziecka, bo bez własnego lokum nie mogła go wziąć pod opiekę.

To co cię tu trzyma, w szpitalu nawet nie byłaś?! zawołała Jagoda.

Nie potrafię wybaczyć mamie Gdyby Arek wtedy nie przejeżdżał, a Pola nie przygarnęła, to nie wiem, gdzie byłam

Ale ona cię zostawiła, a ty zostawisz Michała? Jagoda już wyciągała Wiolę z kuchni. Jedziemy!

Gdzie?!

Do szpitala. Trzeba się zmierzyć z tym, co było. Pomóż mamie, zabierz Michała.

I tak właśnie się stało. Pogodziła się z mamą na dwa dni przed jej śmiercią. Przez dwa miesiące opiekowała się, załatwiała dokumenty, układała sobie serce z rozpaczy na nowo. Gdy wszystko się kończyło, jej ulubione wspomnienia z dzieciństwa mama w czerwonej sukience, karmiąca ją czereśniami wróciły samoistnie, a ona wyszeptała:

Wybaczam ci, mamo

I w końcu zrozumiała, co powtarzała jej przez te wszystkie lata babcia Pola: żal trzeba odpuścić bo jeśli nie, zamieni nas w cień i nie pozwoli zobaczyć niczego jasnego w życiu.

Tydzień później odebrała Michała z domu dziecka i gdy wieczorem dotarli do mieszkania, chłopiec zapytał, spoważniały:

To już na zawsze w domu?

Tak, Michałku uśmiechnęła się Wiola. Teraz to nasze miejsce, rozumiesz?

Malec przytaknął bardzo poważnie, a Wiola zrozumiała, że wszystko jest już na swoim miejscu.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

trzy + dwa =

Własne miejsce