Własne miejsce

Własne miejsce

Mamo, co ty wyprawiasz?! Co robisz?! Pola była na skraju łez, patrząc, jak matka wyrzuca z szafy jej nędzne rzeczy. Czerwona sukienka w białe groszki, ulubiona Poli, upadła niedbale na podłogę i natychmiast wzbudziła zainteresowanie młodszego brata, siedzącego po turecku między kapciami i porzuconą torbą treningową. Kuba złapał za paseczek i wpakował go do buzi. Nie wolno, Kubusiu! Oddaj!

Szkoda ci szmatki! Teresa rzuciła jeansy Poli do reszty rzeczy i zatrzasnęła szafę. Wynocha!

Ale gdzie ja pójdę, mamo? Przecież jest ciemno! Oszalałaś?

Mogę robić, co mi się podoba! To mój dom! Nie masz tu czego szukać!

A ja? Czy to już nie jest też mój dom?

Nie, moja złota! To nie jest twoje miejsce! Teresa wzięła synka na ręce i otarła mu nos końcem sukienki Poli. Nic tutaj nie jest twoje! I przestań mnie dręczyć! Dopiero co zaczęłam układać sobie życie, a ty wszystko psujesz! Nie pozwolę na to!

Mamo, co ja niby psuję? Co?!

Dla Wojtusia się stroisz, nie ty?

Mamo! Pola krzyknęła tak głośno, że Kuba aż podskoczył przestraszony i rozpłakał się. Co mówisz?! Słyszysz się?!

Słyszę doskonale! Starczy! Powiedziałam, żeby cię tu za pięć minut nie było!

Teresa kopnęła drzwi i wyszła z pokoju, a Pola została w bezruchu, nie mogąc uwierzyć, co się właśnie wydarzyło. Chyba wyrzuciła ją z domu… Jej myśli rozbiegały się bezładnie, nie było się czego uczepić ani za co zacząć układać plan. Za drzwiami Kuba ryczał coraz głośniej. Pola, ocknąwszy się, drgnęła w stronę wyjścia. To przecież ona zawsze uspokajała brata, wymyślała coś, żeby przestał płakać zupełnie nie rozumiała, co dzieje się z matką w takich momentach. Zamiast przytulić synka i ukoić, Teresa natychmiast zostawiała go Poli i znikała do swojego nowego męża.

Zajmij się nim! Jesteś już dorosła, to pomóż!

Dorosła… Jeszcze wczoraj była słodkim oczkiem w głowie taty i mamy, a dziś została odcięta, jak powtarzała matka… Wszystko zmieniało się w ostatnich dwóch latach szybciej, niż Pola nadążała śledzić.

Wszystko zaczęło się od tego, że zmarł jej ojciec. Złapał go zawał, niesprawiedliwie i bez sensu. Może by żył, gdyby przy przystanku był choćby jeden człowiek, któremu chciałoby się podejść, a nie zostawić go, eleganckiego, jeszcze młodego faceta, na ławce przez godzinę… Ludzie spieszyli się do swoich spraw, pewnie ważnych… Nikt nie sprawdził, nikt nie zadzwonił po pogotowie, może uznali, że pijany albo chory, skoro tak śpi w listopadowy poranek pod gołym niebem. Kiedy przypadkowa kobieta wreszcie go dotknęła, było już za późno…

Znakomicie Pola pamiętała, jak zareagowała wtedy mama. Jakby zamarzła i czas wokół niej stanął. Pola płakała, krzyczała do niej, ale nigdy nie usłyszała. Bez jednej łzy Teresa pożegnała męża, potem zamknęła się w sypialni, jakby w domu nie było już nikogo poza nią.

Nie mieli rodziny, a przyjaciele rodziców już dawno zamienili się w świąteczne nazwiska na kartkach, nie interesując się ich życiem. Pola pamiętała, jak rodzice szczycili się tym, że nikogo im nie potrzeba mają siebie. Pola też tak myślała; nie lubiła wizyt i gości. Po co, jak i bez nich dobrze?

Tak było, dopóki Pola nie poszła do pierwszej klasy. Chłopców w klasie jak na lekarstwo, więc usadzili ją z ruchliwą dziewczynką z czarnymi warkoczami grubymi jak liny, tak ciężkimi, że chodziła z zadartą dumnie głową. Pola z miejsca jej zazdrościła sama swoich jasnych kędziorków nie znosiła. Mama codziennie próbowała je uczesać, a one i tak sterczały jak u dmuchawca, więc już pierwszego dnia dostała w klasie ksywę Mniszek.

Cudowną śliską grubość warkoczy Patrycji Pola odważyła się dotknąć dopiero dwa dni później, kiedy ta odrzuciła je gniewnie z pleców i syknęła:

Odetnę! Niech się mama złości.

Pola pogładziła je bezmyślnie i szepnęła:

Zwariowałaś? Przecież one są piękne!

Od tej chwili zaczęła się przyjaźń z Patką tak mówili na Patrycję w klasie.

Patka była czwartą z siedmiorga dzieci dużej rodziny Malinowskich. Kiedy Pola pierwszy raz pojawiła się w ich rozrosłym, chaotycznym domu na przedmieściach Poznania, oszołomiła ją liczba ludzi na metr kwadratowy dorosłych, dzieci, staruszków, niemowląt; głosy, śmiech, gwar, zapach jedzenia i ciasta. Długo starała się połapać, kto komu jest kim, w końcu machnęła ręką. Znała tylko mamę Patki, która każdemu gościowi zjawionemu na progu natychmiast misę klusek czy sernika na stół stawiała. Siostry Patki nauczyły Polę piec i gotować, starszy brat matematyki wszystko robiło się tu wspólnie albo przynajmniej dla siebie nawzajem. Małe dziewczynki już lepiły pierogi, podczas gdy Pola nie wiedziała, co to wałek, bo jej mama uznawała, że na wszystko przyjdzie czas.

W domu Patki Pola odkryła, że rodzinne więzi nie muszą być ciężarem. Dziwiła ją liczba prezentów i świąt, kiedy Patka dostawała mnóstwo cukierków, nową bluzę czy wstążki nie tylko na swoje urodziny, ale przy każdej okazji, o której Pola wcześniej nawet nie słyszała. A tych świąt było mnóstwo!

Dlaczego ty coś dostajesz, skoro nie masz dziś święta?

Jak coś się kocha, to nie trzeba czekać na powód śmiała się Patka srebrnie dźwięcznie.

Mama Poli nie przepadała za tą przyjaźnią. Gdyby zobaczyła dom Malinowskich, na zawsze zakazałaby odwiedzin. Ale pracowała sporo i Pola umiała się wymknąć po szkole, by potem, siedząc w dużej kuchni u Malinowskich, dostać kawałek ciasta lub łyżeczkę brzoskwiniowego dżemu i czuć się chcianą.

W chwilach największej samotności bliscy Patki właśnie byli tymi, którzy przynieśli pieniądze i pomogli przy sprawach urzędowych po śmierci ojca. Teresa przez cały czas nie odzywała się słowem, tylko złościła się na braci Patki nie obchodziło jej, że bez nich Pola byłaby całkiem sama. Patka próbowała pocieszać Polę, aż i jej łzy zaczęły kapać do ciasta na bułeczki; napiekła wtedy tyle, że nie zmieściło się w lodówce musiały prosić sąsiadkę o pomoc.

Przez kolejne dni Pola zawsze była pod opieką któregoś z Malinowskich. Mamę to wcale nie zajmowało.

A jak inaczej? Jesteś nam bliska, a mężczyzn u was w domu już nie ma rzuciła Patka, gdy Pola pytała o pomoc.

A potem, pół roku później, i Patka została wydana za mąż Pola nie mogła się z tym pogodzić.

Oszalałaś?! Jak to zamążpójście? A lekarzem już być nie chcesz?

Chcę. Ale rodzice już wszystko ustalili…

Nie rozumiem! Gdzie tu sens? Przecież musisz kogoś kochać, by wyjść za mąż!

Jeszcze nie kocham. Ale u nas tak jest. Rodzice wiedzą, co dla mnie dobre, wierzę im.

Pola nie umiała już nic powiedzieć. Na weselu powstrzymała łzy, ale gdy dowiedziała się, że Patka wyjeżdża na studia do Warszawy, nie wytrzymała i popłakała się naprawdę.

Jak ja będę bez ciebie?

A co ja?

Przecież jesteś żoną…

Słuchaj, jeśli będzie źle, przyjeżdżaj. Wymyślimy coś.

Wtedy w życiu Teresy pojawił się Wojtek. Pola coraz rzadziej wracała do domu, nie opowiadając nikomu o tym, jak nowy mąż matki czai się na nią w kuchni, o gniewnych spojrzeniach matki, o samotnych nocach przy płaczącym bracie. Kochając Kubę, nie dawała już rady zdarzyło jej się nawet zemdleć raz na korytarzu w szkole, co rozpętało falę plotek.

Nie kończąc jeszcze szkoły, zatrudniła się w szpitalu. Dyżury nocne dawały jej ucieczkę od domu.

Po wyjeździe Patki wróciła pewnego dnia do mieszkania i trafiła na awanturę taką, że aż ją zatkało. Ta bomba kłębiących się emocji wybuchła po sąsiedzkim komentarzu:

Piękne dzieci ci się udały, Teresko, i Kuba, i Pola! Śliczna dziewczyna! Szkoda, że tata nie dożył, żeby się nacieszyć takim kwiatem! Chłopaków się przy niej nie pokazuje, ciekawe?

Co wtedy tknęło matkę? Nie wiadomo. Ale właśnie po tej uwadze wyrzuciła Polę na bruk i dziewczyna gorączkowo pakowała się, nie wiedząc dokąd pójdzie. Jeśli tu jej miejsca nie ma, to gdzie niby jest jej miejsce? Gdzie ma iść? Nie wiedziała, nie chciała alarmować Patki ciężarna, na studiach, pełna roboty!

Rozejrzała się po swoim pokoju, zabrała zdjęcie ojca, wcisnęła w najgłębszą kieszeń torby i starła łzy. Cóż, może to lepiej od dawna czuła się tu obca. Matka znowu hałasowała gdzieś w kuchni garnkami i Pola na moment zawahała się, stojąc już w korytarzu, lecz zaraz ruszyła na klatkę schodową.

Na dworze było już ciemno. Pola opatuliła się w szeroki szalik, prezent od Patki z ostatnich wspólnych świąt. Jesień przyszła w tym roku późno, ale gdy już zdecydowała się zawładnąć Poznaniem, przyszła gwałtownie. Cały dzień Polę zadziwiały pary: ktoś w krótkich spodenkach, inny w wełnianej czapce. Sama była zmarzluchem i dobrze, że torbę spakowała od razu nie musi wracać po ciepłe rzeczy.

Przystanek tramwajowy prawie pusty. Dwóch przechodniów i kudłaty kundel. Pola położyła walizkę na ławce i schowała ręce w kieszeniach.

Samochód, który zatrzymał się obok, sprawił, że odsunęła się odruchowo.

Pola?

Arek!

Pola omal nie zaczęła płakać z ulgi brat Patki, ten, co kiedyś uczył ją matematyki i pomagał chować ojca.

Co ty tu robisz tak późno? Do pracy?

Nie… Chociaż… Do szpitala. Tak, tam idę.

Oj, chyba coś kręcisz, Pola. Pokłóciłaś się w domu? Widzę, że z walizką…

Arek patrzył na nią tak ciepło, że Pola, sama nie wiedząc kiedy i jak, opowiedziała mu wszystko: o matce, o Wojtku, o tym, że chyba została na ulicy, bo nie ma dokąd pójść.

Rozumiem. Wsiadaj.

Jak zawsze oszczędny w słowach, wskazał na drzwi samochodu. Pola długo się nie zastanawiała wsiadła. Myślała, że podwiezie ją pod szpital. Milczeli, oświetlone miasto przesuwało się za szybą. Było jej ciepło i dziwnie spokojnie, jakby to była chwila zawieszenia, w której można zapomnieć o wszystkim.

Słowa matki dźwięczały jej w głowie: To nie jest twoje miejsce!

Ocknęła się, gdy zorientowała się, że nie jadą w stronę szpitala.

Arek, dokąd jedziemy? Ja muszę do pracy.

Tam chcesz nocować?

No… tak.

A potem? Co dalej?

Jeszcze nie wiem…

Ja wiem. Jedziemy w inne miejsce.

Gdzie?

Zaraz zobaczysz.

Osiedlowy blok w cichej dzielnicy miał piękne, kute ogrodzenie. Strażnik przepuścił samochód Arka na podwórko. Arek zaparkował.

Chodź.

Pola z walizką szła za nim na trzecie piętro. Arek zadzwonił do drzwi mieszkania.

Czekały długo. Wreszcie otworzyła najpotężniejsza kobieta, jaką Pola widziała.

Aruś! Czemu bez telefonu?

W rzeczywistości nie była aż taka wielka po bliższym spojrzeniu miała po prostu obszerne ubranie i była wysoka.

A to kto? Zaraz, ja cię znam! Ty od Patki! Widziałam cię na weselu! No, dawaj, moje dziecko, tu nie jesteś nikim obcym! Nie stój na progu!

Pola przestąpiła próg, spowiła ją fala ciepła. Przestronny korytarz z marmurem, ogromny żyrandol z kaskadą kryształków, aż w oczach się mieniło. Arek coś szepnął babci, dostał odpowiedź spojrzeniem, rzucił Poli do zobaczenia i zniknął.

Ej, czemu stoisz? Rozbieraj się, chodź, opowiesz mi, co się stało, że taka ładna dziewczynka została sama na ulicy w nocy? Nie masz domu? Nie masz matki?

Chyba już nie… Pola nagle poczuła, że nie ma już sił. Siadła na puszystą pufę i rozryczała się tak żałośnie, że babcia, która otworzyła jej drzwi, zamarła, po czym podeszła, objęła ją mocno i przygarnęła.

Oj, biedulko ty moja! Co te niebiosa wyprawiają, że takie rzeczy cię spotkały? Maleńka, nie płacz, wszystko się ułoży, zobaczysz. Posłuchaj mnie wiem, z czego składa się życie i już nic złego ci nie pozwolę zobaczyć.

Powołała się Poli na kuchnię i zrobiła jej kawę w malutkiej filiżance. Była tak gorzka, że własne łzy smakowały przy niej jak cukier, ale Pola nie przestawała popijać i słuchać, co mówi babcia Roma tak jej się przedstawiła.

Wołaj na mnie Roma. Tak mnie kiedyś nazywali, kiedy byłam młoda i naiwna jak ty… Nasz dom był daleko, na Podlasiu. Zostały tam tylko mogiły przodków, ja już tam nie pojadę. To boli, ale nie jest najgorsze…

A co jest najgorsze? zapytała cicho Pola.

Najgorsze, jak nie ma się gdzie wracać. Jak przychodzą obcy i mówią, że nie masz tu już swojego miejsca. I życia już nie masz… Nie każdy ma wtedy kogo się uczepić. Ja miałam. Brata, siostry… Moich rodziców zniszczył koniec wojny, mnie wywieźli, resztę rozbiło. Ale opowiem ci o sile, która zostaje po takich losach. Bo to nie moja siła była, tylko siła tych, co mnie trzymali. Dzieci, rodziny… Teraz ta siła idzie do ciebie. Rozumiesz? U nas tak jest pomagamy sobie.

Przez dwa lata Pola nauczyła się u Romy więcej niż w życiu dotąd: gotować roladę na czosnku, piec takie serniki, że nawet Patka pytała o przepis i z dumą próbowała wszystkiego podczas rzadkich wizyt.

Twoje są lepsze! Co dodajesz do farszu? Patka wcinała paluszki pierogów i patrzyła w przyjaciółkę. Jak się trzymasz?

Dobrze! Dzięki babci Romie.

Oj, dziecko, nie komplementuj, bo obrosnę w piórka i mnie nie wpuszczą do nieba! śmiała się Roma nad parującą kawą.

Pola nie zdradziła, że od dwóch miesięcy świat jej się wali mama jest chora, poważnie, to już ostatnia prosta. W szpitalu, w którym pracowała Pola. Bała się ją odwiedzić…

Nie możesz sobie potem wybaczyć. Zobaczysz!

Patka jej nie odpuszczała. W końcu się zgodziła, choć całą drogę milczały. Kiedy Teresa, zupełnie zmieniona przez chorobę, spojrzała Poli w oczy, wszelkie dawne żale straciły sens. Pola pamiętała tylko, jak mama w czerwonej sukience karmiła ją żółtą czereśnią w ogrodzie, i to poczucie bycia czyimś, kochanym; i powiedziała na głos:

Wybaczam ci, mamo…

W końcu tylko wtedy zrozumiała, co znaczy współczucie i wybaczanie, o których mówiła Roma.

W tydzień po pogrzebie Pola trzymała mocno za rękę Kubę, wchodzili do mieszkania, a chłopak spojrzał uważnie i zapytał:

Już jesteśmy na zawsze w domu?

Tak, Kubuś. Już jesteśmy u siebie. Tu jest nasze miejsce.

I w tym momencie Pola poczuła, że wszystko ustawiło się w końcu dokładnie tam, gdzie zawsze miało być.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

jeden × jeden =

Własne miejsce