Wojciech siedzi właśnie przy swoim biurku przed nim laptop i kubek świeżo zaparzonej kawy. Trzeba dokończyć kilka spraw do pracy. Gdy zaczyna się skupiać, nagle dzwoni telefon. Numer nieznany.
Halo, słucham.
Czy rozmawiam z Wojciechem Damazym? Telefonuję ze szpitala na Karowej. Czy zna pan Annę Ratajczak? pyta starszy, sądząc po głosie, mężczyzna.
Nie, nie znam żadnej Anny Ratajczak. O co chodzi? Wojciech jest wyraźnie zaskoczony.
Sprawa jest poważna. Anna zmarła wczoraj podczas porodu. Skontaktowaliśmy się z jej matką. Dowiedzieliśmy się, że to pan jest ojcem dziecka w tej chwili w słuchawce zapada cisza, słychać tylko ciężki oddech rozmówcy, czeka na odpowiedź.
Jakiego dziecka? Ojcem? Nic nie rozumiem! Wojciech zaczyna się denerwować.
Anna urodziła dziewczynkę. Wczoraj. Jest pan ojcem tej dziewczynki. O ile rzeczywiście jest pan Wojciechem Damazym. Proszę jutro przyjechać do szpitala na Karowej. Musimy ustalić, co dalej… mężczyzna mówi wolno, wyraźnie i stanowczo.
Ale co dokładnie mam ustalać? Wojciech coraz bardziej gubi się w tej historii.
Przyjedzie pan, proszę pytać o doktora Mikołaja Pietrzykowskiego. To ja. Omówimy wszystko na miejscu.
Wojciech odkłada słuchawkę i próbuje zrozumieć, co usłyszał.
Anna… Jaka Anna? mamrocze, niespokojnie krążąc po mieszkaniu. Kompletnie nie kojarzę… Trzeba pomyśleć inaczej. Ile trwa ciąża? Dziewięć miesięcy. Teraz mamy maj… Czyli to był wrzesień… Co ja robiłem we wrześniu?
Patrzy na zimną już kawę w kubku. Odkłada ją na bok. Ma ochotę na coś mocniejszego, choć zaraz się powstrzymuje.
We wrześniu byłem w Gdańsku nagłe olśnienie przychodzi wraz ze wspomnieniami. Dwa tygodnie nad morzem… To była Anka!
Twarz dziewczyny zaczyna powoli wyłaniać się z mgły wspomnień. Blondynka, niebieskie oczy… Ile takich dziewczyn poznał Wojciech w swoim życiu? Nigdy się nie ożenił, do czterdziestki nie planował dzieci, nie zamierzał zmieniać swojego świata dla żadnej kobiety
Ale ona przecież nie żyje, wbija się w myśl jak stalowy gwóźdź.
Jak mogła umrzeć? wypowiada półgłosem, patrząc gdzieś w sufit, jakby tam miał znaleźć odpowiedź. Ile mogła mieć lat? Dwadzieścia, może trochę więcej
Zachciało mu się zapalić, chociaż przecież rzucił. Gdzieś w środku kiełkuje nieznane uczucie: żal, niedowierzanie, a może żałość?
Dziecko powtarza, jakby rozmawiał z kimś niewidzialnym. Niech matka Anki je zabierze. Ona jest babcią. Poza tym może to nawet nie moje
Wojciech już uznał sprawę za zamkniętą. Pojedzie jutro, spotka się z lekarzem, podpisze odpowiednie dokumenty, zrzeknie się praw i wróci do starego życia.
Mimo tej decyzji nie może zasnąć. Myśli wirują mu w głowie, a w piersi coś uwiera, nie daje spokoju
To nie może być Anka szepcze w myślach. Ale widzi jej śmiech, jak biegała brzegiem Bałtyku, jak patrzyła na niego zakochanym wzrokiem. Głupia dziewczyna, o której zapomniał zaraz po powrocie do Warszawy Teraz to jej ciało leży na stole w prosektorium. To jej ciało widzi
Wojciech wychodzi na szpitalny korytarz. Skinieniem prosi doktora Pietrzykowskiego o chwilę prywatności.
Zaczepia kogoś i prosi o papierosa. Łapczywie zaciąga się na schodach przed wejściem, wyrzuca niedopałek i szybkim krokiem wraca do gabinetu ordynatora.
Nie chce pan zobaczyć córki? pyta Mikołaj Pietrzykowski.
Nie. Najpierw chcę porozmawiać z mamą Anki. Gdzie ona jest? Wojciech patrzy pytająco na lekarza.
Czeka na korytarzu. Proszę, tuż przy windzie.
Zaraz wrócę Wojciech wychodzi.
Od razu zauważa drobną kobietę w czarnej chustce. Siedzi zgarbiona na krześle.
Dzień dobry z trudem wydusza z siebie.
Mama Anki podnosi wzrok. Wojciech o mało co nie utopił się w tym bólu, który widzi w jej oczach.
Jak ona przypomina Anię Jedno i to samo spojrzenie”.
Mam na imię Elżbieta. Elżbieta Damazyna mówi cicho. Jestem mamą Anki.
Wojciech. Także Damazy dodaje bezwiednie.
Wiem. Anka mi o panu opowiadała. Teraz już jednak nigdy więcej nie opowie Elżbieta łka bezgłośnie.
Wojciech nie wie, co zrobić. Stoi niezręcznie obok, nie wie, gdzie spojrzeć, co powiedzieć.
Elżbieta ociera łzy i mówi:
Proszę, nie wyrzekaj się córki! Błagam, nie pozwól, by moja wnuczka trafiła do domu dziecka!
Ale Pani przecież jest babcią. Oddadzą ją pani Wojciech próbuje ją uspokoić, jednocześnie myśląc w duchu: Jaka z niej babcia? Chyba moja rówieśniczka
Nie oddadzą Mam grupę inwalidzką, wadę serca. Proszę tylko ją uznać Ja będę się nią zajmować, nie będziemy przeszkadzać, obiecuję! Elżbieta wyciąga do niego ręce.
Chodźmy prowadzi ją do gabinetu ordynatora.
Doktor Pietrzykowski odrywa się od papierów.
Co jest potrzebne do uznania ojcostwa? pyta Wojciech, bardzo zdenerwowany.
Badanie DNA odpowiada ordynator. Jak chcecie nazwać dziecko?
Nazwać? Wojciech znów nie nadąża.
Nadać imię córce odpowiada z uśmiechem Pietrzykowski. Może jednak chce pan ją zobaczyć?
Wojciech spogląda na Elżbietę i kręci głową:
Nie chcę
Formalności poszły zadziwiająco szybko. Test potwierdził, że to jego dziecko. Wojciech sam nie wie, jak sobie teraz poradzić. Nie był gotowy na pojawienie się dziecka. Ale nie potrafi też po prostu zostawić córki z Elżbietą i wymazać tego fragmentu życia. Wciąż nie może przyzwyczaić się do słowa CÓRKA. Ot, po prostu dziecko.
Będę pomagał, ile zdołam. Przeleję pieniądze, kupię wózek, to, co potrzeba, obiecał sobie tuż przed wypisem dziecka ze szpitala.
Kiedy pojawia się pielęgniarka z maleństwem, zawiniętym w różowy becik w koronkach i kokardkach, w gardle Wojciecha natychmiast zasycha.
Elżbieta bierze zawiniątko, delikatnie odsłania koronkę.
Chcesz zobaczyć małą?
Nie zdąży odpowiedzieć. Drzwi gabinetu ordynatora otwierają się gwałtownie, dokror Pietrzykowski prosi Elżbietę na chwilę.
Elżbieta podaje zawiniątko Wojciechowi i wychodzi.
Wojciecha paraliżuje. Nie jest w stanie mówić, nawet drgnąć. Becik jest ciepły, pachnie słodko. Nagle dziecko porusza się, wydaje ciche miauknięcie, po czym zaczyna płakać na cały głos. Przerażony Wojciech spogląda i widzi siebie! Córka jest jego dosłowną kopią.
Osuwa się na krzesło, delikatnie kołysze dziecko, które nagle przestaje płakać, otwiera szeroko oczy i patrzy mu prosto w twarz, jakby się uśmiechała.
Po chwili Elżbieta wraca.
Proszę, oddaj ją, wezmę wnuczkę mówi wyciągając ręce.
Sam ją poniosę! wyrzuca z siebie Wojciech. Ona się do mnie właśnie uśmiechnęła! i po raz pierwszy od dawna na jego twarzy pojawia się prawdziwy uśmiech. Chodźmy do domu, Elżbieto mówi cicho. I dodaje z przekonaniem: Jedziemy razem do domu!



