Wojciech siedział wygodnie przy biurku z laptopem i filiżanką kawy zbożowej. Musiał dokończyć parę spraw z pracy, choć świat wokół cicho się rozmywał, jakby mgła kładła się na klawiszach. Nagle zaczął dzwonić telefon. Numer całkiem obcy, zupełnie nie z tego świata.
Halo, słucham wymówił półgłosem, rozkojarzony.
Wojciechu Dymitrze? Z tej strony szpital przy Karolkowej. Czy zna pan Zofię Anielską? zapytał starczy, zachrypnięty głos, z pogłosem, jakby przyszedł z radia z przeszłości.
Nie znam żadnej Zofii Anielskiej. Ale o co właściwie chodzi? zdziwił się Wojciech, słysząc, jak dźwięki rozmowy raz cichną, raz stają się tak głośne, że musiał odsunąć telefon od ucha.
Zofia zmarła wczoraj podczas porodu. Udało się nam skontaktować z jej matką. Powiedziała, że jest pan ojcem dziecka głos zawisł w przestrzeni i narastał, jakby zaraz miał powrócić echem.
Jakiego dziecka? Ojcem? Nic nie rozumiem Wojciech poczuł, jak sen wślizguje mu się pod skórę i nie chce wyjść.
Zofia urodziła córkę. Wczoraj. Wygląda na to, że to pana córka. Jeśli oczywiście jest pan Wojciech Dymitr Lorenc. Prosimy, żeby przyjechał pan jutro do szpitala na Karolkowej. Trzeba będzie coś postanowić mężczyzna mówił powoli, jakby przestawiał mechaniczne tryby.
Ale co postanowić? Wojciech nie rozumiał niczego, a wszystko wokół stężało i wygięło się jak w lustrze.
Zapraszamy jutro na Karolkową. Pyta pan o doktora Mikołaja Piotrowicza. To ja. Tam omówimy resztę głos ucichł, roztopił się niczym śniegowego bałwana nos w marcowym słońcu.
Wojciech stał ze słuchawką w ręku, a świat zaczął wirować powoli jak kieliszek spirytusu w szkole magii. Próbował zrozumieć, co się wydarzyło.
Zofia Jaka Zofia? zaczął mówić do siebie, wędrując bez celu po pokoju.
Gdzieś na granicy snu dostrzegł filiżankę kawy w niej dryfował paproszek, niczym okręt na Bałtyku. Odstawił kubek. Teraz przydałoby się coś mocniejszego, ale rzeczywistość nie pozwalała na ucieczkę.
Wrzesień wtedy jeszcze liście trzymają się drzew Co było we wrześniu? Gdzie ja byłem? łowił wspomnienia jak ryby na metalowy haczyk.
Zdanie urwało się w głowie jak nielogiczny rym. Byłem wtedy w Trójmieście Dwa tygodnie. Tak, już wiem! Zosia!
Wojciech ledwie pamiętał jej twarz chyba jasne włosy, śmiejące się oczy Ale ileż tych Zosiek przewinęło się przez jego życie, przez kuchenne drzwi, przez bramy nocnych tramwajów? Żadna nie zawładnęła jego światem na dłużej niż czas, w którym gotuje się jajko na miękko. Był czterdziestoletnim, wiecznym kawalerem. Dzieci? Nigdy nie chciał. Jego świat nie zawierał dziecięcych kocyków, tylko wieczorne seriale i poranne niedopite kawy.
Ale przecież ona nie żyje kołatało w czaszce jak echo z niedokończonej rozmowy.
Jak mogła umrzeć? spytał sufitu. Ile mogła mieć lat? Dwadzieścia Dwadzieścia z hakiem.
Chciał zapalić, ale od dawna zerwał z nałogiem. Coś nowego rodziło się w jego wnętrzu może to była litość, może niepokój, a może tylko echo utraty?
Dziecko wymamrotał i spojrzał w pustkę, jakby pytał znikającego cienia. Niech matka Zosi zabierze ją do siebie. W końcu to jej wnuczka Zresztą skąd wiadomo, czy to na pewno moje dziecko?
Wojciech już podjął decyzję. Jutro pojedzie do szpitala, porozmawia z lekarzem, podpisze odmowę i wróci do życia sprzed tej dziwnej nocy. Jak gdyby nic się nie wydarzyło.
Mimo to nie mógł zasnąć. Myśli krążyły po pokoju, dziwne, mgliste, a w piersi coś bolało, coś, co przypominało niestrawność po śledziach wigilijnych.
Martwe, zimne ciało nie mogło należeć do Zosi. Coś w nim pękło, jakaś bańka mydlana, i wylała się fala wspomnień: śmiech Zosi, gonitwa po plaży, spojrzenie kochającej dziewczyny. Dziewczyna, o której zapomniał w sekundę po powrocie z nadmorskiego miasta. To właśnie ona leży teraz na stole w chłodni. On patrzył na jej ciało
Wojciech wybiegł na ciemny szpitalny korytarz i machnął ręką doktorowi Mikołajowi Piotrowiczowi: „Proszę dajcie mi moment”.
Poprosił papierosa od przypadkowego przechodnia i zaciągnął się głęboko na schodach przy wejściu. Wrzucił niedopałek do rynny i ruszył szerokim krokiem do gabinetu ordynatora.
Nie chce pan spojrzeć na córkę? zagadnął doktor.
Najpierw chciałbym porozmawiać z matką Zosi. Gdzie ona jest? Wojciech spojrzał uważnie na lekarza.
Czeka na korytarzu. Minął ją pan przed chwilą.
Zaraz wrócę rzucił Wojciech i wybiegł.
Zobaczył szczupłą kobietę w czarnym chustce zaraz obok drzwi wyjściowych. Siedziała niewzruszona, wpatrzona w podłogę. Trzy kroki, które dzieliły ich, zamieniły się dla Wojciecha w kilometrową wędrówkę.
Dzień dobry wykrztusił z wysiłkiem.
Matka Zosi podniosła na niego wzrok w jej oczach pływał ból tak wielki, że można się było w nim utopić
Jaka ona podobna do Zosi, przemknęło Wojciechowi.
Nazywam się Irena. Irena Dymitrówna, mama Zosi powiedziała ledwo słyszalnym szeptem.
A ja Wojciech, też Dymitr, odpowiedział bezwiednie.
Wiem. Zosia dużo mi o panu opowiadała. Ale już nigdy mi nic nie opowie Irena zalała się łzami.
Wojciech poczuł się jak podróżnik zgubiony w obcym mieście, z mapą napisaną w nieznanym języku. Stał w milczeniu, nie wiedząc, co zrobić z własnym ciałem i życiem.
Irena ociera łzy i prosi niemal bezgłośnie:
Proszę, nie odrzucaj córki. Proszę! Nie dam rady, jeśli moja wnuczka trafi do domu dziecka! Rozumiesz pan?
Dlaczego do domu dziecka? Przecież jest pani babcią! Oddadzą ją pani Wojciech próbował ją pocieszyć, nie mogąc wyjść z podziwu, że wygląda niemal jak jego równolatka.
Nie oddadzą Mam grupę inwalidzką. Serce mi siada Tylko niech pan ją uzna! Wychowam ją samodzielnie. Nie będziemy przeszkadzać, przysięgam! Irena wyciągnęła do niego ręce jak żebraczka marząca o słońcu.
Chodźmy powiedział i pociągnął ją do gabinetu ordynatora.
Doktor Mikołaj odłożył papiery i spojrzał poważnie.
Co trzeba zrobić, żeby uznać ojcostwo? spytał drżącym głosem Wojciech.
Badanie DNA, odpowiedział spokojnie doktor, a oczy miał jak jeziora bez końca. A jakie wybrać imię?
Kogo nazwać? Wojciech był coraz bardziej zagubiony.
Jak nazwiemy córkę? uśmiechnął się główny lekarz. Nie chce pan zobaczyć dziewczynki? zaproponował jeszcze raz.
Wojciech zamknął oczy, spojrzał na Irenę i odparł cicho:
Nie chcę jeszcze nie.
Formalności stały się cieniami, które nie rzucały światła. Wynik przyszedł szybko to była jego córka. Wojciech sam nie wiedział, czy świat zwęził się do tej jednej myśli, czy rozciągnął jak gumka w starych majtkach. Nie był gotów, by dziecko weszło do jego życia. Ale nie mógł też po prostu wymazać tego z pamięci i pozwolić, by inni zdecydowali za niego. Słowo CÓRKA wciąż nie przechodziło mu przez gardło. Dla niego to było po prostu dziecko.
Będę pomagał na ile się da. Przeleję pieniądze, kupię wózek, co będzie trzeba postanowił w sobie, tuż zanim przyszło wypisanie dziewczynki ze szpitala.
Kiedy zobaczył pielęgniarkę, niosącą pakunek w obrzydliwie różowym materiale z falbanką i kokardkami, ścisnęło go w gardle jak po połknięciu śliwki z pestką.
Irena wzięła zawiniątko w ręce, odchyliła skrawek materiału i zapytała:
Chcesz zobaczyć maleńką?
Wojciech nie zdążył odpowiedzieć. Naraz drzwi gabinetu rozwarły się na oścież, a doktor Mikołaj poprosił Irenę Dymitrównę na moment.
Irena podała Wojciechowi zawiniątko. On znieruchomiał, trzymając w ramionach ciepły pakunek, z którego sączył się słodki zapach maku i wanilii. Nagle zawiniątko zaskrzeczało, wydało z siebie przerażający dźwięk podobny do miauku kota i zaniosło się płaczem. Ze strachu Wojciech spojrzał na niemowlę i zobaczył własną twarz, odbicie jak w krzywym zwierciadle. Dziewczynka była jego lustrzanym odbiciem! Patrzył na nią, a ona patrzyła mu prosto w głąb duszy i na sekundę nawet się uśmiechnęła.
Wojciech poczuł, że podłoga faluje jak Bałtyk zimą, więc usiadł na krześle i delikatnie rozkołysał małą. Zamilkła i patrzyła, jakby chciała mu opowiedzieć całą swoją historię z poprzednich wcieleń. Może nawet obiecała mu wtedy coś bardzo ważnego. Może tylko mu się zdawało.
Młoda babcia wróciła po chwili.
Proszę, podaj mi ją Irena wyciągnęła ręce.
Sam ją poniosę, wypalił Wojciech, nie wiedząc, skąd w nim te słowa. Przed chwilą się do mnie uśmiechnęła! i pierwszy raz w życiu uśmiechnął się od ucha do ucha. Jedziemy do domu, Irena powiedział cicho. I z uporem dodał: Jedziemy wszyscy razem do domu.


