Witalij siedział wygodnie przy biurku z laptopem i filiżanką kawy, kiedy nieznajomy telefoniczny gło…

Wojciech wygodnie usiadł przy biurku z laptopem i filiżanką kawy. Musiał dokończyć kilka spraw służbowych. Niespodziewanie zadzwonił telefon z nieznanego numeru.

Halo, słucham?
Pan Wojciech Dariusz? Dzwonię ze Szpitala Klinicznego w Warszawie. Czy zna pan Barbarę Nowak? odezwał się w słuchawce starszy mężczyzna o spokojnym głosie.
Nie, nie znam żadnej Barbary Nowak. O co chodzi? zdziwił się Wojciech.
To przykra sprawa. Pani Barbara zmarła wczoraj podczas porodu. Udało nam się skontaktować z jej matką. Powiedziała, że jest pan ojcem dziecka zapadła cisza.
Jakiego dziecka? O co tu w ogóle chodzi? Wojciech poczuł niepokój.
Barbara urodziła wczoraj córeczkę. Jeżeli pan to Wojciech Dariusz Kamiński, prosimy przyjechać jutro do szpitala na ulicy Banacha. Musimy to wszystko wyjaśnić głos był poważny i stanowczy.
Co wyjaśnić? Wojciech całkiem zgłupiał.
Proszę jutro zjawić się w szpitalu i poprosić o doktora Jerzego Piotrowskiego. To ja. Na miejscu wszystko omówimy.

Rozmowa się zakończyła. Wojciech długo trzymał telefon przy uchu, nasłuchując już tylko sygnału rozłączenia. Powoli odłożył komórkę, starając się zrozumieć, o czym przed chwilą usłyszał.

Barbara? Jaka Barbara? mruczał, przechadzając się po mieszkaniu. Przecież nie znam żadnej Barbary… Ale chwila, ile trwa ciąża? Około dziewięć miesięcy. Teraz jest maj… więc wrzesień! Gdzie byłem we wrześniu?

Spojrzał na osamotnioną kawę. Skrzywił się i odstawił ją z powrotem na stół. Najchętniej sięgnąłby po coś mocniejszego, ale powstrzymał się.

We wrześniu byłem w Gdańsku nagle miał przed oczami konkretny obraz. Dwa tygodnie. Zaraz, Barbara!

Twierz jej widział teraz niewyraźnie, pamiętał tylko, że miała jasne włosy i niebieskie oczy. Ile już było takich znajomości? Każdą miał zapamiętywać? Nigdy się nie ożenił, a i nie planował zakładać rodziny, nie marzył o dzieciach. Miał swoje uporządkowane życie i nie chciał nic zmieniać dla żadnej Barbary.

Ale przecież ona nie żyje…” kołatała w myślach coraz mocniej.

Jak to umarła? Ile mogła mieć lat? Może dwadzieścia…

Przyszła mu ochota na papierosa, ale przecież rzucił. W środku pojawiło się dziwne uczucie; czy była to litość, zagubienie, żal?

Dziecko… powtórzył cicho, jakby rozmawiał z kimś obok. Niech matka Barbary weźmie do siebie to dziecko, ona jest babcią. I w ogóle, kto wie, czy to naprawdę moje?

Już podjął decyzję pojedzie, spotka się z lekarzem, podpisze rezygnację z ojcostwa i będzie żył jak dotąd. Mimo determinacji nie mógł długo zasnąć. W głowie przewijały się różne myśli, a w sercu coś nie dawało mu spokoju.

To martwe ciało nie mogło być tą Barbarą! Usilnie próbował przełknąć kluchę w gardle, lecz ta narastała, aż wypełniła go całego. Łzy stanęły mu w oczach. Wspominał, jak się śmiała, jak biegała po brzegu Bałtyku, jak patrzyła na niego zakochanym wzrokiem. Ta zabawna dziewczyna, o której zapomniał tuż po powrocie do domu to ona teraz leży w kostnicy…

Wojciech wyszedł na korytarz szpitala. Dał znak doktorowi Piotrowskiemu, by poczekał chwilę. Podszedł do przypadkowego człowieka, poprosił o papierosa i zaciągnął się łapczywie na schodkach przed wejściem. Zaraz potem szerokim krokiem wrócił do gabinetu ordynatora.

Czy chce pan zobaczyć córkę? zapytał lekarz.
Nie, najpierw chciałbym porozmawiać z mamą Barbary. Gdzie jest? Wojciech wyczekująco spojrzał na doktora.
Czeka w korytarzu. Przeszedł pan obok niej.

Chuda kobieta w czarnym szalu siedziała nieco dalej na krzesełku. Kilka kroków wystarczyło, by do niej podejść.

Dzień dobry z trudem wydusił Wojciech.

Matka Barbary podniosła na niego zapłakane oczy i Wojciech niemal utonął w ich bólu. Jaka ona podobna do Barbary… Te same rysy” pomyślał.

Jestem Cecylia. Cecylia Marianna, mama Basi powiedziała cicho.
A ja Wojciech. Dariusz dodał niepotrzebnie.
Wiem, Basia mi o panu opowiadała. Teraz już nigdy o niczym nie opowie… i znów popłynęły łzy.

Wojciech stał bezradnie. Co miał teraz zrobić?

Cecylia otarła oczy i wyszeptała:
Niech pan jej nie zostawia, błagam. Nie mogę pozwolić, żeby jej los rozstrzygnęły urzędnicze papiery! Rozumie pan?
Dlaczego miałaby trafić do domu dziecka? Przecież jest pani babcią próbował zapanować nad sytuacją Wojciech, choć zaskoczyło go, jak młodo wygląda babcia.
Nie oddadzą mi wnuczki. Sama mam chorą grupę serca. Proszę, uznaj ją. Obiecuję, nie będziemy pana niepokoić, tylko ją uznaj Cecylia rozłożyła przed nim drżące dłonie.

Chodźmy powiedział nagle stanowczo i zaprowadził ją do gabinetu ordynatora.

Doktor Piotrowski podniósł wzrok znad papierów.
Co potrzeba do uznania ojcostwa? zapytał zdenerwowany Wojciech.
Badanie DNA odpowiedział lekarz, wpatrując się w niego. Imię już wybraliście?
Imię? Wojciech był zdezorientowany.
Jak nazwiecie córkę? uśmiechnął się lekarz.
Nie chce pan zobaczyć dziewczynki? dopytywał doktor.
Wojciech tylko pokręcił głową, patrząc na Cecylię.
Nie teraz.

Formalności poszły zaskakująco szybko. Test potwierdził, że dziewczynka to jego córka. Wojciech był całkowicie zagubiony. Nie był gotów na dziecko, nie umiał nawet wymówić słowa córka”. Dziecko tylko tyle. Będę im pomagał, przeleję pieniądze, kupię wózek, co potrzeba” postanowił przed wyjściem ze szpitala.

Gdy po nią przyszła pielęgniarka, niosąc zawiniątko w różowych koronkach i kokardkach, Wojciechowi zaschło w ustach.

Cecylia odebrała maleństwo, odchyliła róg kocyka i zapytała:
Chcesz ją zobaczyć?

Nie zdążył odpowiedzieć, bo doktor Piotrowski poprosił Cecylię na chwilę do gabinetu. Kobieta podała zawiniątko w ręce Wojciecha i zniknęła za drzwiami.

Wojciecha ogarnął paraliż. Nie był w stanie się ruszyć ani nic powiedzieć. Dziecko pachniało słodko. Po chwili dziewczynka zaskomlała cicho jak kociak, a potem zapłakała. Przestraszony, spojrzał jej w oczy i zobaczył samego siebie. To była jego kropka w kropkę!

Nogi się pod nim ugięły. Usiadł na krześle, delikatnie kołysząc dziewczynkę. Uspokoiła się i odwróciła ku niemu błyszczące oczy, jakby się uśmiechnęła.

Po chwili Cecylia wróciła.
Daj, wezmę ją wyciągnęła ręce po wnuczkę.
Nie, sam ją poniosę! wypalił. Uśmiechnęła się do mnie! i zalała go prawdziwa fala szczęścia. Jedźmy razem do domu, Cecylio powiedział cicho i zdecydowanie. Wszyscy razem jedziemy do domu!

Czasem w życiu los każe nam się zatrzymać, a to, co wydawało się problemem, okazuje się wielkim darem. Dopiero wtedy rozumiemy, co naprawdę znaczy być odpowiedzialnym i co znaczy kochać.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

19 + trzy =

Witalij siedział wygodnie przy biurku z laptopem i filiżanką kawy, kiedy nieznajomy telefoniczny gło…