STÓJKA
Stary autobus, zostawiając za sobą woń spalin, turkocze dalej, a kobieta zostaje sama. Rozgląda się wokół nic się tu nie zmieniło. Ta sama wiejska droga, rozmiękła od błota, czarna i tłusta po całym dniu. Te same krzaki oblizane deszczem. Z daleka widać wioskę, ciągnącą się wąskim pasem wzdłuż ściany lasu; już widać w półmroku żółte kwadraciki okien, słychać szczekanie psów i niezadowolone gęganie gęsi.
Tak, tu się przez sześć lat prawie nic nie zmieniło, myśli Wiktoria. Tylko na wzgórzu po prawej nie świeci się już rząd ciągników tam teraz zieje ciemność. Nie wie, co się stało z gospodarstwem Rolniczym Kowalskiego. Pewnie spadkobiercy je rozsprzedali.
Wiktoria wchodzi na główną ulicę wsi. Nie zdziwiłaby się, gdyby zza rogu ktoś cisnął w nią kamieniem. Ma wrażenie, że z każdego okna patrzą na nią surowe, oceniające oczy. Naciąga chustę głębiej na twarz, próbuje stać się niewidoczna. Co ją czeka? Czy coś zostało z jej domu? Ale nie ma dokąd iść, tylko tutaj do swojej wsi, wróciła mimo wrogości mieszkańców. Przez nią połowa ludzi z wsi straciła wtedy pracę.
Z tamtych lat zmieniła się bardzo, z zewnątrz i wewnątrz. Nie została z niej lekkomyślna, niebieskooka Wiktoria. Dawniej była zgrabną szatynką o wielkich oczach, mieszkała samotnie w starym domku na skraju wąwozu. Ludzie czcili wtedy Kowalskiego. Pracowała u niego większość mieszkańców. Gdy Wiktoria się do niego wprowadziła, myślała, że złapała szczęście za nogi.
Skończyło się jednak inaczej. Kowalski uważał się za lokalnego pana zwykły despota. A ona była dla niego zabawką, dziewczyną na własność. Długo tego nie dostrzegała, oślepiona jego zainteresowaniem. Najpierw oddzielił ją od koleżanek, potem zakazał ubierania się odważnie, malowania się. Jej życie stało się jednym wielkim zakazem.
Siedziała tylko w domu, gotowała zupy i sprzątała. O pracy nie było mowy. Kowalski wiecznie podejrzewał ją o zdradę choć tłumaczyła, że nie ma nikogo. Wreszcie zrozumiała, że nie chodzi o nią, lecz o niego nic by nie zmieniła. Był zawsze niezadowolony. Gdy doszło do bicia, uciekła do własnego domu, próbując zapomnieć wszystko jak koszmar. Jednak życie dopiero szykowało jej cios.
Kowalski przyszedł dzień po jej odejściu. Gdy sprzątała kuchnię, czuć było świeżość i powiew wiatru. Wiktoria lubiła monotonną pracę, bo przynosiła ukojenie. On kopnął wiadro woda zalała całą kuchnię. Wtedy już wiedziała, że po wiadrze przyjdzie jej kolej.
Nie pamięta później nic. Umysł chronił ją przed wspomnieniami tamtego dnia. Ocknęła się, gdy wokół pełno było policji, która zadawała jej pytania, machając przed nosem torebką z kuchennym nożem. Za płotem tłoczyli się sąsiedzi, na kuchni wszystko powywracane, a pośrodku leżał Kowalski.
Doprowadziła chłopa! słychać zza płotu. Kręciła biodrami, to ma! Wiodło się jej jak pączkowi w maśle, a zgubiła porządnego człowieka! Co teraz z nami wszystkimi będzie? Jak żyć bez pracy? szemrze tłum.
Wiktoria dostała sześć lat pozbawienia wolności, odbyła karę w zakładzie karnym. To były ciężkie lata, choć nie aż tak, jak się spodziewała. Dzięki łagodnemu charakterowi i umiejętności słuchania znalazła przyjaciółki, z którymi łatwiej jej było przetrwać. Tyle tylko, że z zewnątrz już nie przypominała siebie spoważniała, w włosach pojawił się siwy pasmo, nie miała już ochoty się stroić. Nigdy by nie pomyślała, że trafi do więzienia. Wydawało jej się, że siedzą tam tylko ci, którzy się całkiem stoczyli. Życie jednak uczy, że od biedy i więzienia nie należy mówić nigdy. Wszystko może rozlecieć się w okamgnieniu. Teraz jest więźniarką.
Idzie, chowając twarz w chustę, a serce jej wali ze strachu. Czy jej dom w ogóle stoi? Może rozebrano go już na opał… Jednak na skraju wąwozu, między dwoma rozłożystymi brzozami, wyraźnie widać ściany rodzinnego domu. Z wąwozu ciągnie zimno, w dole szemrze strumień i rechoczą żaby. Ile razy wyobrażała sobie tę chwilę! Ile razy śniła o tym miejscu! Po drugiej stronie wąwozu zaczyna się las pełen grzybów: maślaki, podgrzybki, borowiki… Aż chciałoby się od razu pobiec tam z koszykiem!
Po cichu przemyka przez furtkę, znajduje schowany klucz. Otwiera drzwi, czekając na stęchłą woń, ale ta jej nie wita. Zapala światło po kuchni rozlewa się ciepły, żółty blask. Wszystko czyste, a na parapecie kwitnie różowa pelargonia. Wiktoria patrzy na kwiat z niedowierzaniem. Przechodzi przez kolejne pokoje, wszystko na swoim miejscu, nic nie tknięte. Ktoś się opiekował domem podczas jej nieobecności.
Wiktoria, Wikcia! dobiega głos z sieni i szybko wpada sąsiadka Franciszka. O kurczę, jak się zmieniłaś! Zobaczyłam światło, to przyleciałam, mówi zamiast przywitania. Przyniosłam ci trochę jedzenia, bo pewnieś głodna po podróży. Stawia na stole słoik mleka i z miłością zawinięty chleb. Dziękuję uśmiecha się Wiktoria, to wy pilnowałyście domu? A jakże, samopas nie można domu zostawić odpowiada sąsiadka. Jesteś aniołem! wzrusza się Wiktoria, a łzy stają jej w oczach. Już idę, bo chłopy cię jeszcze mają za złe, a mój jak się dowie, że przyszłam, to mnie opieprzy!
Wiktorii robi się cieplej na sercu ktoś ją wsparł. Nalewa szklankę jeszcze ciepłego mleka i wtedy ostrożnie ktoś puka do drzwi. Na progu stoi trzynastoletni chłopak, niezgrabnie podaje jej paczkę. Mmmama kazała przekazać! jąka się, wtykając Wiktorii zawiniątko. Podziękuj mamie, odpowiada, a chłopak już biegnie z powrotem. Nie zna go przez te sześć lat dzieci urosły i się pozmieniały. Z paczuszki pachnie wędzona słonina, aż ślinka cieknie.
Nagle bez pukania wpada Tamara i rzuca się Wiktorii na szyję. Kiedyś, jeszcze przed Kowalskim, były bliskimi przyjaciółkami. Wiktoria płacze: Myślałam, że nikt nie będzie chciał ze mną rozmawiać Przestań, wzdycha Tamara, kobietom łatwiej się dogadać. To była samoobrona, co by ludzie nie mówili! Faceci nie zrozumieją naszych spraw, dlatego są źli. Franciszka powiedziała, że wróciłaś. Przyszłam na chwilę, a tu przynoszę trochę warzyw z ogrodu. Dzisiaj wypocznij, jutro pogadamy!
Wiktoria jest tak wzruszona, że nie może nic przełknąć. Zrozumiała, że za surowo oceniała sąsiadów kobiety jednak ją zrozumiały i wsparły. Z rozkoszą kładzie się w czystej pościeli. Lecz nie zdąży zamknąć oczu, gdy ktoś puka jej w okno. Nawet w nocy poznaje postawną sylwetkę Olgierda nieoficjalnego sołtysa, szanowanego przez wszystkich.
Nie wychodź mówi pogadamy przez okno. Pogadaliśmy z chłopakami i doszliśmy do wniosku, że głupio mieć do ciebie żal. To może dziewczyny czegoś nie pojmują, ale ty niczemu winna nie jesteś. Ciężko jest bez roboty, ale Kowalski sam sobie winien Zresztą, był jaki był… Kaszle. Zebraliśmy ci trochę grosza na początek. Weź, nie protestuj! Wiktorii wstyd, ale Olgierd rzuca do środka paczkę banknotów i znika w noc.
Autorka: Antonina SawickaRano budzi ją śpiew ptaków i zapach świeżego chleba. Przez okno wpada złote światło, niosąc ze sobą nadzieję. Wiktoria wstaje powoli, jakby obawiając się, że wszystko okaże się snem. Jednak dom stoi, ściany są ciepłe, a kawałek świata na nowo otwiera przed nią ramiona.
Wyciąga z kieszeni banknoty od Olgierda i przez chwilę patrzy na nie w milczeniu. Gospodarstwo Kowalskiego już przepadło, stare układy się rozpadły świat się zmienił, choć wieś wciąż pamięta. Ona jednak wie już, że da sobie radę. Zacznie od małych rzeczy. Przyszyje urwaną zasłonkę, przejrzy ziemniaki w piwnicy, pójdzie do sklepu po drożdże. I posieje kwiaty pod oknem, nie tylko pelargonię, ale też nagietki, które zawsze lubił jej ojciec.
Tego dnia Wiktoria wychodzi przed dom i pierwszy raz od dawna uśmiecha się do ludzi mijających jej furtkę. Nie wszyscy odpowiadają, niektórzy odwracają głowy, ale dzieci krzyczą radośnie, a Tamara macha do niej z ogrodu. Wiktoria czuje, że narodziła się na nowo z kawałków bólu, tęsknoty i odrobiny odwagi, która pozwoliła jej przetrwać.
Wieczorem za domem rozlega się śmiech to Franciszka z Tamarą i kilkoma innymi kobietami przyszły z ciastem. Przynoszą nowiny, plotki i cichą zgodę na nowy początek. Tego Wiktoria najbardziej się bała, a jednak przyszło samo otwartość, nieśmiały uścisk dłoni i zwykłe, codzienne słowo.
Wreszcie, gdy wieś kładzie się spać, Wiktoria staje na progu domu. Patrzy w rozgwieżdżone niebo, gdzie każda gwiazda jest wyraźna i bliska. Zamykając drzwi, wie już, że chociaż została na stójce życia już nie boi się, że za oknem czeka ciemność. Po drugiej stronie nocy rozkwita przecież nowy dzień a ona, choć już inna, potrafi na niego czekać z nadzieją.


