Więźniarka

Stary autobus, rozprzestrzeniając wokół siebie zapach spalin i benzyny, powoli odjechał w dalszą trasę, pozostawiając mnie samotnie na przystanku. Rozejrzałem się dookoła tu praktycznie nic się nie zmieniło przez te lata. Ta sama rozmyta wiejska droga zbryzgana tłustym, czarnym błotem, przy niej szare, zachlapane krzaki. W oddali zarysowywała się wieś, rozciągnięta jak wstążka wzdłuż ściany lasu. Żółte kwadraciki okien już błyszczały w półmroku, słychać było szczekanie psów i niezadowolone gęganie gęsi.

Tak, pomyślałem, wszystko tu stoi w miejscu, mimo że minęło sześć lat. Prawie wszystko. Tylko po prawej, na pagórku, nie widać już rzędów maszyn rolniczych, za którymi świeciły się kiedyś matowe latarnie. Tam teraz zieje ciemność i cisza pewnie gospodarstwo Żurawskiego rozpadło się, dziedzice rozsprzedali je lub wyjechali.

Wszedłem na główną ulicę wioski. Nie zdziwiłbym się wcale, gdyby ktoś zaraz rzucił we mnie kamieniem zza płotu. Czułem na sobie wzrok, wydawało mi się, że z każdego okna wyglądają pary potępiających oczu. Szedłem z naciągniętym głęboko kaszkietem, próbując ukryć twarz chciałem zostać niezauważony. Co mnie tu czeka? Czy z mojego domu coś jeszcze zostało? Ale nie miałem gdzie indziej iść, tylko do rodzinnej wsi, więc wróciłem tu mimo gniewu, którego wobec mnie nie szczędziło wielu ludzi. W końcu to przez moją historię połowa mieszkańców sześć lat temu straciła pracę.

Zmieniłem się bardzo, nie tylko z wyglądu, ale i wewnętrznie. Nic z dawnej, wesołej i naiwnej Weroniki kiedyś mieszkanki starego domku na skraju wąwozu, uroczej szatynki o wielkich, niebieskich oczach. Nie miałem nikogo, mieszkałem sam. Wtedy mieszkańcy prawie czcili Żurawskiego większość u niego pracowała. Kiedy Weronika przeprowadziła się do jego domu, była przekonana, że los się do niej uśmiechnął.

Rzeczywistość okazała się inna. Żurawski uważał się za coś w rodzaju lokalnego pana, typowego despotę. Weronika była dla niego tylko zabawką. Na początku byłem ślepy na wszystko przez to zainteresowanie, ale wkrótce i przyjaciółki odsunął, i stroje ograniczył, a makijażu zakazał całkiem. Życie Weroniki zamieniło się w pasmo zakazów. Siedziała w domu, gotowała rosół, sprzątała. O pracy nawet nie było mowy. Żurawski ciągle ją o coś podejrzewał, oskarżenia go pożerały. Broniła się, udowadniała lojalność, lecz wiedziała, że to nie jej wina po prostu nie dało się go usatysfakcjonować. Aż w końcu zaczęła się przemoc wtedy wróciła do własnego domku, mając nadzieję, że to tylko zły sen.

Następnego dnia Żurawski się pojawił. Weronika zmywała podłogę na kuchni, drzwi otwarte, świeży powiew wpadał do środka. Uwielbiała to uczucie zwykła monotonna praca ją uspokajała. Nagle kopnął wiadro, woda wylała się szeroko. Wiedziała, co zaraz nastąpi.

Reszty nie pamięta. Pamięć odmówiła współpracy, może dla ochrony. Ocknęła się dopiero, gdy podwórze było pełne policji, ktoś zadawał jej pytania, przed nosem przesuwali torebkę z kuchennym nożem. Za płotem tłum sąsiadów, w kuchni bałagan i pośrodku leżał Żurawski.

Zajechała chłopa! rozlegało się zza ogrodzenia. Trzeba było mniej kokietować! Czego jej zabrakło? Jak pączek w maśle żyła! Dobrego człowieka zabiła! Co teraz będzie z nami? Dzięki niemu było życie! Głos tłumu się wzmagał: Jak żyć teraz będziemy? Z czego?

Weronika dostała sześć lat w więzieniu o zwykłym rygorze. Było jej ciężko, ale nie aż tak, jak wyobrażała sobie na początku. Dzięki łagodnemu charakterowi i chęci pomocy zyskała sobie sympatię kilku kobiet, więc te więzienne lata nie były całkiem samotne. Lecz z dawnej piękności nie pozostało nic przybyło jej kilogramów, pojawiły się siwe włosy. Nie dbała już o stroje, makijaż. Nigdy nie wyobrażała sobie, że tam trafi. Ale jak mówi polskie przysłowie: Nigdy nie mów nigdy, bo nie wiesz, co cię spotka. Życie może runąć jednego dnia. Teraz była skazaną.

Szedłem w głąb wsi z twarzą ukrytą w kaszkiecie, a serce waliło mi jak młot. Czy mój dom jeszcze w ogóle istnieje? Może rozebrano go na opał Jednak na skraju wąwozu, między dwoma szerokimi brzozami, wyraźnie rysowały się ściany starego domu. Od wąwozu czułem znajome zimno, w dole szeleścił potok i kumkały żaby. Ile razy wyobrażałem sobie ten powrót? Ile razy śniłem o tej chwili? Za wąwozem zaczynał się las, pełen grzybów: podgrzybki, maślaki, kozaki Najchętniej już teraz chwyciłbym koszyk i pobiegł!

Przekradłem się przez furtkę, znalazłem klucz w tajnej dziurze pod parapetem. Otworzyłem drzwi, z lękiem czekając na zapach stęchlizny ale nie, było czysto. Przełączyłem światło, kuchnia rozjaśniła się żółtawą lampą, wszystko było na swoim miejscu, na parapecie kwitła pelargonia w różowych kiściach. Ruszyłem dalej nic nie tknięte, wszystko jak dawniej. Ktoś ewidentnie się tym domem opiekował.

Weronika, Weroniko! rozległ się głos z sieni i do środka wbiegła sąsiadka Edyta. No, powiem ci, zmieniłaś się Zobaczyłam światło i zaraz tu wpadłam. Przyniosłam ci coś do jedzenia, pewnie jesteś głodna po podróży. Postawiła na stole słoik z mlekiem i zawinięty w serwetę bochenek chleba. Dziękuję to ty się domem opiekowałaś? No a kto inny? odparła Edyta. Domu bez opieki zostawić nie można Dziękuję ci bardzo! ledwie powstrzymałem wzruszenie, łzy zaszkliły mi się w oczach. Ja już idę mówi bo chłopy jeszcze długo pamiętają i narzekają. Jak się mój dowie, że tu byłam, to mi zajrzy!

Poczułem ulgę. Choć jedna osoba się za mną wstawiła. Nalałem sobie szklankę jeszcze ciepłego mleka, gdy nagle do drzwi zapukał nieśmiało chłopak miał może trzynaście lat. Nieporadnie podał mi paczkę. Mmmama kazała przekazać wydukał, oddając zwitek. Pozdrów ją powiedziałem, a nieśmiały dzieciak zaraz zniknął. Nie poznałem go, przez sześć lat dzieci bardzo się zmieniają. Z paczki zapachniało apetycznie wędzonym boczkiem i ślinka pociekła mi mimowolnie.

Bez pukania wpadła do środka Tola kiedyś byliśmy bliskimi przyjaciółmi, jeszcze zanim pojawił się Żurawski. Weronika się popłakała. Myślałem, że nikt nie będzie ze mną rozmawiać! Daj spokój odparła Tola babska solidarność istnieje! To była samoobrona, niech chłopy swoje gadają. Edyta mówiła, że wróciłaś. Weszłam tylko na chwilę, przyniosłam ogrodowe warzywa. Odpocznij dziś, a jutro sobie pogadamy!

Wzruszenie odebrało mi apetyt. Zrozumiałem, że nie powinienem był źle myśleć o sąsiadkach. Kobiety mnie rozumiały, wsparły. Leżąc w świeżej pościeli czułem w końcu spokój, ale ledwo zamknąłem oczy, ktoś w okno zaczął pukać. Nawet w półmroku poznałem szeroką sylwetkę Olka. Był nieoficjalnym sołtysem, korzystającym z szacunku mieszkańców.

Nie wychodź powiedział pogadajmy przez okno. My, chłopy z wioski, trochę pogadaliśmy i doszliśmy do wniosku, że to bez sensu mieć do ciebie żal. To może baby nie wiedzą wszystkiego, ale w tej sprawie nie masz winy. Ciężko nam teraz bez pracy, fakt, ale to Żurawski był winien. Ot, taki to był człowiek No nie będę przy tobie głośno gadał. Zebraliśmy z chłopami parę złotych na początek weź, przydadzą się. Zawstydziłem się, ale Olek wrzucił plik banknotów przez okienko i zniknął w noc.

Dziś wiem, że nie liczy się, ile upadniesz, a ilu ludzi potrafi cię podnieść. Wróciłem tam, gdzie moja historia się urwała i choć wiele się zmieniło, zrozumiałem: dom nie jest tylko miejscem. To ludzie, którzy mimo wszystko potrafią okazać serce, nawet jeśli milczą przez wiele lat.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

trzy × cztery =

Więźniarka