Wędrówka Dusz.

PRZESIEDLENIE DUSZ

Zosia nie potrafiła tego wytłumaczyć, ale miała przeczucie, że w tej dziewczynce zamieszkała dusza jej matki. Choć zwykle nie wierzyła w mistyczne sprawy, było tu tyle zbiegów okoliczności, że trudno było to zignorować. Dziewczynka urodziła się osiem miesięcy po śmierci jej mamy – to jakby dusza błąkała się, a potem wróciła na ziemię. Co więcej, urodziła się dokładnie w dzień urodzin jej matki, czterdzieści sześć lat później.

Zbiegów okoliczności było więcej. Zosia została zatrudniona jako opiekunka do tej dziewczynki. Była to jej druga praca w tym zawodzie – wcześniej opiekowała się młodszą siostrą koleżanki, a teraz trafiła tutaj. Nie planowała całe życie pracować jako opiekunka, chciała studiować psychologię, ale za pierwszym i drugim razem nie dostała się na studia, zabrakło jej niewiele. Miała nadzieję, że za trzecim razem się uda. Nie chciała pracować jako sprzedawczyni czy kelnerka – opieka nad dziećmi była dla niej przyjemnością. Dzięki świetnym referencjom, zatrudniła ją młoda kobieta, choć z okresem próbnym. Zosia uczciwie przyznała, że za rok planuje pójść na studia. Matka dziewczynki, Kasia, była o kilka lat starsza od Zosi i od razu zaproponowała przejście na ty.

– Świetnie, wtedy Ania pójdzie do specjalnego przedszkola – uspokoiła ją Kasia. – Jest bardzo rozwinięta, mogłaby już dawno, ale ciągle się martwię, ma codziennie specjalne zajęcia. Ma pewną przypadłość, o której nie mówiłam wcześniej, ale mam nadzieję, że nie będzie to problemem. Wiele opiekunek przestrasza się statusu dziecka z niepełnosprawnością albo żądają takiej pensji, na którą mnie nie stać.

Zosia wyobrażała sobie najgorsze, na przykład rozszczepienie podniebienia lub epilepsję.

– Ania ma niedosłuch nerwowo-sensoryczny, to choroba dziedziczna… – zaczęła Kasia, ale Zosia przerwała jej z uśmiechem.

– Nie musisz wyjaśniać, znam to – w naszej rodzinie też się zdarzało.

– Dlatego cię zaprosiłam, nasza wspólna znajoma mówiła, że twoja mama też na to cierpiała, więc pewnie nie przestraszysz się tego.

Zosia się nie przestraszyła. Dla niej nie było to trudne – nowoczesne aparaty słuchowe niemal całkowicie przywracały słuch. Z jej mamą było trudniej, komunikowali się językiem migowym.

Ostatnim zbiegiem było to, jak bardzo dziewczynka przypominała jej matkę – te same ciemne oczy, uniesione brwi, jakby ciągle była zdziwiona, kręcone, niesforne włosy. Zosia poszła nawet do ojca po stare albumy mamy – dziewczynka wyglądała dokładnie jak mama w dzieciństwie! Kiedy powiedziała o tym tacie, ten ją tylko zganił.

– Skarbie, po prostu tęsknisz za mamą. Co za mistyczne historie? Powinnaś mieć własne dzieci!

Zosia się zawstydziła – poznała na kursie przygotowawczym chłopaka, Pawła, z którym była już na trzech randkach. O dzieciach było jednak za wcześnie myśleć. Tata chyba wszystko zrozumiał po jej rumieńcach.

– Pytałaś, czy w jego rodzinie nie było niedosłuchu?

– Oj, tato!

Rodzice od zawsze zadręczali ich tym tematem – i ją, i brata uświadamiając, że jeszcze na etapie poznawania, trzeba się dowiadywać, czy potencjalny partner nie jest nosicielem recesywnego genu prowadzącego do niedosłuchu, bo i Zosia, i jej brat Filip, byli nosicielami tego genu.

– Co ojciec…?! – pytać przecież nic nie kosztuje.

Zosia szybko się wycofała. Czy to z powodu tej wymyślonej koncepcji przesiedlenia dusz, czy faktycznie z powodu rozwoju i uroku dziecka, Zosia bardzo się do Ani przywiązała i nie chciała myśleć o rozstaniu. Może tata miał rację, że czas na własne dzieci? Ale ona była jeszcze młoda, chciała się uczyć… W końcu poruszyła ten temat z Kasią, która cały dzień spędzała w pracy, by zapewnić sobie i córce godne życie.

– Musisz się kształcić! – nalegała Kasia. – Ja musiałam rzucić studia przez ciążę, a teraz nie mogę awansować powyżej pewnego stanowiska. Mimo że mam więcej doświadczenia i wiedzy, przyjmują kogoś prosto po studiach, kto tylko potrafi przekładać papiery.

– A ojciec dziecka? – zapytała ostrożnie Zosia. Przez cztery miesiące, które pracowała jako opiekunka, ojciec dziecka nigdy się nie pojawił.

– Nie ma go – odpowiedziała Kasia.

– Jak to nie ma?

– Po prostu go nie ma. Nawet nie wie, że ma córkę. Poznaliśmy się w innym mieście, pojechałam na tydzień do przyjaciółki, spotkałam go w barze. To była miłość od pierwszego wejrzenia! Umówiliśmy się na spotkanie – albo on przyleci do mnie, albo ja do niego. Ale nic z tego nie wyszło – zerwał ze mną przez emailem, pisząc, że to nie może się udać, że zasługuję na kogoś lepszego i tym podobne.

– Straszne… I nie wiedziałaś, że jesteś w ciąży?

– Nie wiedziałam. Dowiedziałam się tydzień później. I postanowiłam urodzić – uśmiechnęła się Kasia. – Nigdy tego nie żałowałam.

– Tak, Ania jest wspaniała. Bardzo przypomina mi moją mamę – powiedziała nagle Zosia.

Kasia roześmiała się.

– Macie z Anią jakąś karmiczną więź, dawno to zauważyłam.

– Powiedziałam o tym tacie, a on mnie wyśmiał. Powiedział, że potrzebuję własnych dzieci.

– Najpierw skończ studia, potem dzieci – przypomniała Kasia. – Inaczej skończysz jak ja.

Na Nowy Rok Zosia wraz z tatą wybierała się w odwiedziny do brata do sąsiedniego miasta – ten kierował działem w firmie turystycznej i nie mógł na długo wyjeżdżać. Zosia była u brata tylko raz, ale bardzo jej się tam podobało – miał piękne mieszkanie na piętnastym piętrze z niesamowitym widokiem. Kupiła dla Ani prezent – długo szukała misia podobnego do tego, jakiego miała jej mama, i znalazła. Dziewczynka była zachwycona i powiedziała, że będzie z nim spać. Gdy siedziała wieczorem w przytulnej kuchni brata, rozmawiając, Zosia dostała wiadomość od Kasi – Ania słodko spała, tuląc pluszowego misia. Zosia rozczuliła się i pokazała zdjęcie Filipowi, opowiadając mu całą historię o karmicznej więzi i przesiedleniu dusz.

– Zosiu, poważnie mówisz? Jakie przesiedlenie dusz?

– Ale posłuchaj – Ania bardziej przypomina naszą mamę niż własną! Zobacz.

Znajdując w telefonie zdjęcie, które zrobiły dzień wcześniej – ona, Ania i Kasia, podała je bratowi. Filip patrzył na nie dłuższą chwilę, a potem zapytał obcym głosem:

– Jak ona ma na imię?

– Ania, przecież mówiłam. No tak, nie jak nasza mama.

– Nie. Dziewczyna.

– Kasia. A czemu?

Filip przełknął ślinę.

– A Ania… Wszystko z nią w porządku?

– Dzięki, pół godziny o tym opowiadałam? Przecież mówiłam – dziewczynka ma aparat słuchowy! Nawet tu się zgadza! Ojciec Kasi ma tę samą chorobę co nasza mama, więc to nie przesiedlenie dusz, tylko geny, ale pomyśl…

Filip zerwał się jak oparzony i zaczął krążyć po pokoju.

– Ile ona ma lat? Kiedy się urodziła?

– Dlaczego pytasz? – zaczęła Zosia, po czym zmrożona domysłem zasłoniła usta dłonią. Cicho, chcąc powstrzymać emocje, szepnęła: – Kasia mówi, że on zerwał z nią emailem i nie wiedział o dziecku. To byłeś ty???

Następnego dnia cała trójka leciała z powrotem, cudem zdobywając ostatnie bilety. Tata ocierał łzy, oglądając zdjęcia nowo odnalezionej wnuczki, Filip przygryzał wargi, jak za dawnych lat, stale przepytując Zosię o Kasię i Anię. Zosia była jedyną spokojną – wiedziała, że wszystko będzie dobrze. A przesiedlenie dusz i tak nikt nie mógł wykluczyć.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

czternaście + osiem =

Wędrówka Dusz.