Wczorajszy rodzinny wieczór, czyli jak perfekcyjna kolacja w polskim mieszkaniu zamieniła się w pole…

Wczoraj

No gdzie stawiasz tę salaterkę? Przecież zasłaniasz dojście do wędlin! I szklanki przesuń, za chwilę Paweł przyjdzie, on przecież lubi się rozsiadać i wymachiwać rękami, gdy opowiada.

Wiktor nerwowo przesuwał kryształ po stole, prawie strącając widelce. Jadwiga westchnęła ciężko, wycierając dłonie w fartuch. Stała w kuchni od rana; nogi miała jak z ołowiu, a krzyż bolał w swoim typowym miejscu, tuż pod łopatkami. Ale nie było czasu na narzekania. Dziś miał przyjechać gwiazdorski gość młodszy brat męża, Paweł.

Witek, uspokój się powiedziała, starając się, by głos brzmiał spokojnie. Stół jest perfekcyjnym dziełem. Lepiej powiedz, czy kupiłeś razowy chleb? Paweł ostatnio marudził, że mamy tylko bułkę, a on przecież dba o linię.

Kupiłem, kupiłem, żytni z kminkiem, wszystko jak lubi Wiktor rzucił się do chlebaka. Jadzia, a mięso? Mięso na pewno gotowe? Przecież wiesz, że on się wyznaje w kuchni, restauracje, degustacje kotletem go nie zaskoczysz.

Jadwiga zacisnęła usta. No jasne, że wiedziała. Paweł, czterdziestoletni singiel, nazywający siebie wolnym artystą, a w rzeczywistości żyjący z dorywczych fuch i wsparcia starszej matki, uważał się za wielkiego konesera. Każda jego wizyta była dla Jadwigi egzaminem, którego, już na starcie, była skazana nie zdać.

Upiekłam schab w miodowo-musztardowej glazurze odparła spokojnie. Mięso świeże, z targu, siedemdziesiąt złotych za kilogram. Jeśli tego nie doceni, umywam ręce.

Nie miej od razu pretensji skrzywił się Wiktor. Brata nie było pół roku, stęsknił się. Chce pogadać po rodzinie, takie zwykłe spotkanie. Postaraj się, dobrze? Teraz mu ciężej, szuka siebie i swojego miejsca…

Szukania pieniędzy, a nie siebie, pomyślała Jadwiga, ale nie powiedziała tego na głos. Wiktor wielbił młodszego brata, uważał go za nieodkrytego geniusza i obrażał się na każdą krytyczną uwagę pod jego adresem.

Dzwonek zabrzmiał punktualnie o siódmej. Jadwiga szybko zrzuciła fartuch, poprawiła fryzurę i przywdziała uśmiech. Wiktor już otwierał drzwi, promienny niczym warszawski zachód słońca.

Pawełek! Bracie! Nareszcie!

W drzwiach stanął Paweł. Trzeba przyznać, że wyglądał efektownie: modny płaszcz rozpięty, szalik nonszalancko rzucony na ramię, lekki zarost, który miał dodawać mu szorstkiego uroku. Rozłożył ramiona, dał się objąć bratu, sam poklepał go tylko po plecach.

Jadwiga szybko spojrzała na jego ręce. Puste. Ani reklamówki, ani pudełka z ciastem, ani nawet zapomnianego kwiatka. Przyszedł do domu, którego nie odwiedzał pół roku, do stołu uginającego się od jedzenia, i nie wniósł nic. Nawet dzieciom na szczęście dziś u babci nie zostawił czekoladki.

Cześć, Jadwiga kiwnął jej, wchodząc i nie zdejmując od razu butów, tylko rozglądając się po korytarzu. Nowe tapety? Kolor taki… szpitalny. Ale grunt, że wam się podoba.

Dobry wieczór, Paweł odpowiedziała chłodno. Myj ręce. Tu są nowe kapcie.

Nie wziąłem swoich, cudze to grzybica burknął. Wejdę w skarpetach, podłoga czysta?

Jadwiga poczuła, jak zaczyna się w niej gotować. Myła podłogę dwa razy na jego przyjazd.

Czysta, Paweł. Zapraszamy do stołu.

Zebrali się w salonie. Stół naprawdę wyglądał świątecznie: biała, wykrochmalona serweta, eleganckie serwetki, trzy rodzaje sałatek, wędliny, sery, czerwona ikra, marynowane grzyby przepyszne, które Jadwiga sama zbierała i ukisiła jesienią. Pośrodku pyszniło się gorące danie.

Paweł rozparty na krześle oglądał to wszystko. Wiktor krzątał się, otwierając butelkę koniaku kupioną tego dnia specjalnie dla brata drogi, pięcioletni.

Za spotkanie! zawołał Wiktor, rozlewając trunek.

Paweł wziął szklankę, obracał ją w dłoni, powąchał.

Ormiański? skrzywił się. Ja właściwie wolę francuski, tam aromat subtelniejszy. Ten czuć spirytusem. No ale… darowanemu koniowi nie patrzy się w zęby.

Wypił od razu i sięgnął do talerza z wędlinami. Jadwiga zauważyła, że wybrał najdroższy kawałek polędwicy.

Poczęstuj się, Paweł powiedziała, podając mu sałatkę. Tu sałatka z krewetkami i awokado, nowy przepis.

Paweł dźgnął widelcem krewetkę, obejrzał ją jak jubiler diament.

Mrożone były? zapytał z wyższością.

Oczywiście, przecież nie mieszkamy nad Bałtykiem zdziwiła się Jadwiga. W sklepie kupiłam, królewskie.

Gumowate orzekł Paweł, rzucając krewetkę z powrotem. Jadwigo, rozgotowałaś je. Krewetka potrzebuje tylko dwóch minut w wrzątku. A tu… włókna twarde. I awokado niedojrzałe, chrupie.

Wiktor, który już nakładał sobie sałatkę, zastygł z łyżką w powietrzu.

Nie przesadzaj, Paweł, jest pysznie! powiedział, próbując ratować atmosferę.

Witek, smak trzeba ćwiczyć odparł pouczająco brat. Jeśli całe życie jesz imitacje, nigdy nie poznasz prawdziwej kuchni. Byłem ostatnio na otwarciu restauracji, podali ceviche z przegrzebków. To była tekstura! A tu… Majonez chociaż domowy?

Jadwiga poczuła rumieniec. Majonez był zwykły, ze sklepu Kielecki. Po prostu zabrakło już czasu, by ukręcić go w domu.

Sklepowy odpowiedziała chłodno.

Jasne westchnął Paweł z miną, jakby usłyszał własny wyrok. Ocet, konserwanty, skrobia czysta trucizna. No trudno. Daj schab. Może chociaż on dobry.

Bez słowa położyła mu na talerzu soczysty kawałek schabu, polała sosem, dodała pieczone ziemniaki z rozmarynem. Zapach był taki, że normalnemu człowiekowi ślinka ciekła. Ale Paweł nie był normalnym człowiekiem, był koneserem.

Odciął kawałek, żuł długo patrząc w sufit. Jadwiga i Wiktor czekali w ciszy na werdykt. Wiktor pełen nadziei, Jadwiga coraz bardziej niechętna.

Suchy rzekł wreszcie. A sos miód dominuje wszystko. Zbyt słodko. Mięso to mięso, nie deser, Jadzia. I pewnie za krótko marynowane. Włókna nie rozluźnione. Trzeba było w kiwi potrzymać albo choć w mineralnej.

Marynowałam całą noc, w przyprawach i musztardzie rzuciła cicho Jadwiga. Wszyscy zawsze chwalą.

Wszyscy to względne. Twoim koleżankom z biura może i smakuje, one słodziej niż marchew nie znają. Ja mówię obiektywnie. Zjeść się da, z głodu, ale przyjemności żadnej.

Odsunął talerz z niemal nietkniętym mięsem, warte siedemdziesiąt złotych, i sięgnął po grzyby.

Grzyby chociaż polskie czy chińskie z puszki?

Polskie wycedziła Jadwiga. Sami zbieraliśmy, sami soliliśmy.

Paweł zjadł grzyba, skrzywił się.

Za dużo octu. Żołądek wykończysz. I za słone. Jadzia, zakochałaś się, skoro tak solisz? zaśmiał się z własnej błyskotliwości. Witek, uważaj na ciśnienie, przy takim menu daleko nie zajdziesz.

Wiktor starał się nerwowo załagodzić sytuację śmiechem.

Przestań, Paweł zaklinał. Grzyby są świetne! Pod wódkę jak ulał. Dolewam!

Pili. Paweł spoważniał, rozwiązał szalik, ale płaszcza nie zdjął, jakby pokazując, że siedzi tu chwilę i robi wielką łaskę tym spotkaniem.

A ikra porządna była? Ta tu jakaś drobna. Promocja?

Paweł, to ikra z łososia, sześćset złotych za kilogram nie wytrzymała Jadwiga; głos jej zadrżał. Kupiłam specjalnie dla ciebie słoiczek. Sami nie jadamy, oszczędzamy.

Oszczędzanie na jedzeniu to najgorsze zauważył filozoficznie Paweł, wciskając kolejną złą kanapkę z ikrą. Jesteśmy tym, co jemy. Ja nigdy nie kupię taniej szynki. Lepiej być głodnym niż jeść byle co. A wy zapychacie lodówkę wszystkim z promocji, a potem nie wiecie skąd zmęczenie, szara cera.

Jadwiga spojrzała na męża. Wiktor grzebał w talerzu, żując z uporem, udając że nic się nie dzieje. Ta cisza bolała ją bardziej niż słowa Pawła. Znowu wybrał pozycję strusia, byle tylko nie naruszyć światka z ukochanym braciszkiem.

Witek odezwała się do męża też uważasz, że schab jest suchy?

Wiktor zakrztusił się.

E no nie, Jadziu, jest świetny. Naprawdę świetny. Tylko Paweł on ma taki wyrobiony smak, wyższy poziom

Taki wyższy, tak? Jadwiga odłożyła widelec. Metal brzęknął o porcelanę jak strzał. Więc ja mam gruby i prymitywny smak? I kiepskie ręce? I gotuję truciznę?

Jadzia, nie rób dramatu skrzywił się Paweł. Przecież daję ci konstruktywną krytykę. Żebyś się rozwijała. Powinnaś podziękować. Przyzwyczaiłaś się, że Witek wszystko chwali, to się rozleniwiłaś. Kobieta musi się doskonalić.

Podziękować…? Jadwiga powtórzyła. Chcesz, żebym podziękowała?

Wstała od stołu. Krzesło zaskrzypiało okrutnie.

Jadzia, gdzie idziesz? przestraszył się Wiktor. Ledwo zaczęliśmy wieczór.

Zaraz wrócę powiedziała dziwnym tonem. Przyniosę deser. Paweł przecież lubi słodkie.

Wyszła do kuchni. Na blacie czekał jej popisowy Napoleon, pieczony do drugiej w nocy. Dwanaście cienkich warstw ciasta, krem na żółtkach, wanilia… Spojrzała na tort, potem na pusty kosz.

Ręce jej drżały. Złość, gromadzona latami, nagle się przelała. Ile razy ten człowiek przychodził, jadł, pił, pożyczał pieniądze i nigdy nie oddawał? Ile razy krytykował jej remont, ubrania, dzieci? I Wiktor zawsze milczał, zawsze usprawiedliwiał: On jest wrażliwy, artysta. Ja, Jadwiga, jestem żelazna?

Nie ruszyła tortu. Wzięła duży półmisek i wróciła do pokoju.

A, już deser? ucieszył się Paweł, wyciągając szyję. Oby nie marketowy przekładaniec?

Jadwiga podeszła do stołu i spokojnie zaczęła zbierać naczynia. Najpierw zabrała mięso. Potem sałatkę z gumowymi krewetkami. Potem wędliny.

Ej, co robisz?! zdziwił się Paweł, gdy zniknęły mu spod nosa kanapki. Nie skończyłem!

Po co ci to jeść? zapytała spokojnie, patrząc mu w oczy. To wszystko niejadalne. Mięso suche, sałatki z majonezową trucizną, krewetki gumowe, ikra kiepska. Nie mogę pozwolić, by gość się trul. Nie jestem twoim wrogiem.

Wiktor zerwał się z krzesła.

Jadzia! Przestań! Zostaw jedzenie!

Nie, Witek, to nie cyrk. Cyrk zaczyna się, gdy ktoś przychodzi z pustymi rękami do czyjegoś domu, zjada ćwiartkę twojej wypłaty za jednym posiedzeniem, a potem szydzi z gospodyni.

Ja ci nie szydziłem! wybuchł Paweł, twarz mu płonęła. Po prostu wyraziłem opinię! Mamy wolność słowa!

Mamy kiwnęła Jadwiga, pakując talerze na półmisek. Dlatego ja wolna decyduję, kogo gościć w swoim domu. Powiedziałeś, że wolisz być głodnym niż jeść słabe dania. Szanuję twój wybór. Bądź głodny.

Odwróciła się i wyniosła kupę jedzenia do kuchni. W salonie zapadła cisza.

Zwariowałaś? syknął za nią Wiktor, w ślad do kuchni. Robisz mi wstyd przed bratem! Zwrot jedzenie! Przeproś go!

Jadwiga odstawiła półmisek na blat i spojrzała mu w oczy. Nie miała łez, tylko zimną determinację.

Wstydzę się? A ty, gdy siedziałeś cicho, kiedy mnie poniżał, nie wstydziłeś się? Jesteś mężczyzną czy szmatą, Witek? On zjadł ikry za sto złotych w pięć minut, a potem stwierdził, że zła. Choć raz kupiłeś mi taką ikrę, tak po prostu, dla mnie? Nie. Wszystko najlepsze dla gości. A gość po nas depcze.

To mój brat! Krew!

A ja twoja żona! Od dziesięciu lat piorę ci, gotuję, sprzątam. Wczoraj siedziałam pół nocy przy garach. Po co? Żeby usłyszeć, że mam dwie lewe ręce? Jeśli nie zamkniesz się i nie przestaniesz mnie obwiniać, założę ci ten Napoleon na głowę. Nie żartuję.

Wiktor się cofnął, zaskoczony. Jadwiga zawsze była łagodna, ustępliwa, wygodna. Teraz stała jak rozjuszona sowizdrzałka, gotowa do walki.

Do kuchni zajrzał Paweł. Już nie taki pewny siebie, raczej zagubiony i urażony.

No wiecie… zaczął. Nigdy nie byłem tak potraktowany. Przyszedłem z sercem, a tu wypominanie chlebem?

Z sercem…? uśmiechnęła się Jadwiga. A gdzie to serce? W pustych dłoniach? Choć raz coś przyniosłeś? Paczkę herbaty? Przychodzisz tylko jeść i krytykować.

Ja mam kłopoty! Tymczasowe!

Tymczasowe już dwadzieścia lat, a płaszcz i szalik masz nowe, chodzisz na premiery. Ale pożyczyć pięć setek od brata i nie oddać zawsze możesz.

Jadzia, dość! krzyknął Wiktor. Nie licz cudzych pieniędzy!

To nie cudze, to nasze! Środki rodziny, które odejmujemy od siebie i dzieci, żeby karmić tego konesera!

Paweł teatralnie złapał się za serce.

To koniec. Nie zostanę tu ani chwili dłużej. Witek, nie sądziłem, że ożenisz się z taką zołzą. Noga moja tu nie postanie.

Odwrócił się na pięcie i poszedł do korytarza. Wiktor pobiegł za nim.

Pawełek, zaczekaj! Nie słuchaj jej, ma humory dziś, w pracy się męczy! Uspokoi się!

Nie, bracie dramatycznie rzucił Paweł, wkładając buty na skarpetki. Tego nie przebijesz przeprosinami. Odchodzę. Nie dzwoń, póki nie przeprosi.

Drzwi trzasnęły.

Wiktor stał w przedpokoju, patrząc jak na bramę nieba. Potem wrócił wolno do kuchni, gdzie Jadwiga przekładała mięso do pojemników.

Zadowolona? zapytał ponuro. Poróżniłaś mnie z bratem.

Odcięłam nam pasożyta prychnęła, nie patrząc na niego. Siadaj, jedz. Mięso ciepłe. Albo też za suche?

Wiktor usiadł i złapał się za głowę.

Jak mogłaś? Przecież to był gość…

Gość powinien być gościem, nie sanitaryjny inspektorem. Witek, posłuchaj nigdy, przenigdy nie będę już szykować dla niego stołów. Chcesz z nim się spotykać idź do niego. Albo w kawiarni. Ale za swoje. Mój budżet i wysiłek nie są na niego.

Zrobiłaś się okrutna mruknął.

Stałam się sprawiedliwa. Jedz. Chyba że mam wynieść?

Wiktor spojrzał na apetyczny schab. Żołądek burczał, zapach kusił. Sięgnął nieśmiało po widelec. Odciął kawałek, spróbował.

Mięso było delikatne, rozpływało się w ustach, sos idealny, musztarda i miód w doskonałej równowadze. Perfekcyjne.

I jak? spytała Jadwiga, widząc, że zamknął oczy z przyjemności.

Pyszne wyjąkał. Naprawdę pyszne, Jadziu…

No właśnie. Twój brat to sfrustrowany nieudacznik, który czuje się lepiej, gdy kopie innych. Zrozum to w końcu.

Wiktor żuł i myślał. Po raz pierwszy w życiu wpadła mu do głowy myśl, że żona może mieć rację. Przypomniał sobie puste ręce Pawła, jego pogardę, niezręczność własną przy stole.

A tort? zapytał nagle. Zjemy tort?

Jadwiga uśmiechnęła się. Pierwszy raz tego wieczoru szczerze.

Zjemy. I zrobię herbatę z tymiankiem, jak lubisz.

Wyjęła Napoleona, piękny, dumny. Pokroiła na duże kawałki. Siedzieli w kuchni we dwójkę, pili herbatę, jedli tort napięcie powoli znikało.

Wiesz powiedział Wiktor, kończąc drugi kawałek on nawet mamie miesiąc temu nic nie kupił na urodziny. Powiedział, że najlepszym prezentem jest jego obecność.

No widzisz Jadwiga potwierdziła. Otwierasz oczy.

Zadzwonił telefon Wiktora. SMS od Pawła: *Mogłeś dać chociaż dwie kanapki na wynos, wyszedłem głodny. Zwróć 500 zł na konto za stratę moralną*.

Wiktor przeczytał wiadomość na głos. Zapanowała cisza. Jadwiga pytająco uniosła brwi.

I co odpisujesz?

Wiktor spojrzał na żonę, na ciepłą kuchnię, na doskonały tort. Potem na telefon. Powoli wystukał: *Zjedz w restauracji, jesteś przecież smakoszem. Kasy nie mam* i kliknął blokuj.

Co napisałeś? spytała Jadwiga.

Że idziemy spać.

Jadwiga uśmiechnęła się, choć kątem oka widziała ekran. Objęła go od tyłu.

Jesteś dzielny, Witek. Choć czasem się ociągasz.

Tego wieczoru zrozumieli coś ważnego o sobie. Czasem, by ratować rodzinę, trzeba wygonić z niej niepotrzebnych ludzi. Nawet jeśli to krewny. A schab był naprawdę wyborny, choćby co mówili znawcy z pustym portfelem.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

trzy × 1 =

Wczorajszy rodzinny wieczór, czyli jak perfekcyjna kolacja w polskim mieszkaniu zamieniła się w pole…