Nazywam się Bartek, mam trzydzieści cztery lata i od pięciu miesięcy mieszkam w domu teściowej na obrzeżach Radomia, przy ulicy, gdzie asfalt kończy się jakieś sto metrów przed bramą. Piszę to, bo ktoś musi wreszcie powiedzieć, jak to wygląda z mojej strony, a nie tylko z jej.
Zacznę od tego, co widać przez okno kuchni: stos drewna, prawie trzy metry sześcienne, leżący od marca przy szopie. Gmina przywozi je za darmo raz w roku dla gospodarstw z dziećmi do lat osiemnastu — u nas kwalifikuje się Kuba, mój syn, ma dziewiętnaście, więc to ostatni rok, kiedy nam się to jeszcze należało, wniosek złożyła teściowa jeszcze zimą. Drewno leżało, schło, a ja nie miałem czasu go porąbać, bo od poniedziałku do soboty jeżdżę busem do Warszawy na budowę, wracam koło dwudziestej pierwszej, czasem później, jak korki na S7.
Ona tego nie widzi. Widzi tylko siekierę opartą o pieniek i to, że drewno leży. I mówi to głośno — nie do mnie, tylko obok mnie, do sąsiadki, do syna, do telefonu, kiedy dzwoni siostra z Kielc. „Nie umie rąbać, nie chce mu się, może za mało kaszy jadł w dzieciństwie" — to akurat cytuję prawie dosłownie, bo słyszałem to przez ścianę we wtorek wieczorem, kiedy myślałem, że śpię, a ona rozmawiała na tarasie.
Rzecz w tym, że próbowałem. Dwa razy. Za pierwszym razem złamałem toporzysko o sęk w brzozowym klocu — kupiłem je w markecie budowlanym na Wolskiej za sto dziewięćdziesiąt złotych, dobra stal, ale trzonek był z jakiegoś słabego drewna, pękł jak zapałka. Za drugim razem rąbałem prawie dwie godziny w niedzielę, spociłem koszulkę na wylot, naciągnąłem coś w plecach tak, że przez tydzień siadałem na krześle jak dziewięćdziesięciolatek — i wtedy właśnie ona wyszła z domu, spojrzała na kupkę może ośmiu porąbanych szczap i powiedziała: „no i tyle przez dwie godziny?"
Nie odpowiedziałem. Poszedłem do łazienki, spuściłem wodę głośniej niż trzeba, i stałem tam z rękami opartymi o umywalkę, dopóki się nie uspokoiłem.
Problem nie jest w drewnie. Problem zaczął się rok temu, kiedy zmarł mój ojciec i zostawił mi po sobie warsztat samochodowy przy ulicy Kieleckiej w Skarżysku — trzydzieści osiem lat prowadzenia interesu, klienci, którzy przyjeżdżali jeszcze z czasów, kiedy jeździło się fiatami 126p. Teściowa od razu zaczęła pytać, kiedy przepiszę warsztat na Kubę, „żeby chłopak miał na start, bo przecież ty i tak jeździsz do Warszawy". Powiedziałem, że jeszcze nie teraz, że Kuba ma dziewiętnaście lat i kończy dopiero pierwszy rok w technikum samochodowym, że warsztat trzeba prowadzić, nie rozdawać. Od tamtej rozmowy coś się między nami zmieniło. Drewno to tylko pretekst — ona wybiera sobie codziennie jakiś drobiazg, żeby mi pokazać, że się nie sprawdzam.
Moja żona, Ola, w tym wszystkim milczy. Nie staje po mojej stronie otwarcie, ale też nie krytykuje mnie razem z matką — po prostu wychodzi z kuchni, kiedy zaczyna się ta rozmowa, i zajmuje się czymś w ogrodzie. Rozumiem ją. Trudno żyć między matką a mężem, kiedy mieszka się pod jednym dachem, bo teściowa zaprosiła nas „na chwilę", odkąd sprzedaliśmy nasze mieszkanie w Kielcach, żeby spłacić kredyt po tacie — i ta chwila trwa już piąty miesiąc.
We wtorek, dwudziestego dziewiątego września, wróciłem z Warszawy wcześniej niż zwykle, bo brygadzista puścił nas o piętnastej z powodu deszczu. Zastałem teściową w kuchni z sekatorem do gałęzi w ręku — akurat przycinała jakieś pędy z doniczki na parapecie — i od progu usłyszałem: „a, przyjechałeś. To może w końcu to drewno się ruszy, bo za tydzień przyjeżdża komisja z gminy sprawdzić, czy dobrze wykorzystaliśmy dotację, a u nas leży jak leżało."
Postawiłem torbę, wziąłem z szopy nową siekierę — kupioną tydzień wcześniej, tym razem z całą stalową rękojeścią, sto sześćdziesiąt złotych w Castoramie na Wjazdowej — i zacząłem rąbać przy niej, w milczeniu, kawałek po kawałku. Nie dlatego, że nagle nabrałem siły. Dlatego, że postanowiłem, że tym razem ona zobaczy każdy cios, a nie tylko wynik.
Po czterdziestu minutach, kiedy miałem już porządny stos, przyszedł Kuba z technikum, zobaczył mnie spoconego, wziął drugą siekierę z szopy i stanął obok, bez słowa. Rąbaliśmy razem do zmroku. Teściowa stała przez chwilę w drzwiach, patrzyła, potem wróciła do kuchni.
Wieczorem, kiedy Kuba poszedł spać, usiadłem z Olą przy stole i powiedziałem jej to, czego nie mówiłem wcześniej: że jeśli mamy dalej mieszkać u jej matki, potrzebuję jasnych zasad — albo teściowa przestaje komentować każdy mój ruch przy synu i przy sąsiadach, albo szukamy własnego kąta, nawet wynajętego, nawet małego. Ola milczała długo, kręciła w palcach łyżeczkę od herbaty, w końcu powiedziała, że sama już dzwoniła w zeszłym tygodniu w sprawie kawalerki przy ulicy Chrobrego, blisko dworca PKP, dwa tysiące dwieście złotych miesięcznie plus czynsz, i że umówiła obejrzenie na sobotę.
W sobotę pojechaliśmy we trójkę — ja, Ola i Kuba. Mieszkanie było małe, trzydzieści dwa metry, ale suche i z osobną kuchnią. Podpisaliśmy umowę na miejscu, dałem kaucję w wysokości jednego czynszu, właściciel podał rękę i powiedział, że wprowadzić się można już od piętnastego października.
Kiedy wróciliśmy i powiedzieliśmy teściowej, że za dwa tygodnie się wyprowadzamy, spojrzała na nas znad garnka z rosołem i zapytała, kto teraz będzie rąbał drewno na zimę dla niej samej, skoro zostaje sama w domu. Powiedziałem jej wtedy spokojnie, że mogę przyjeżdżać raz w tygodniu i pomóc, ale mieszkać pod jej dachem i słuchać codziennie, że się nie nadaję, dłużej nie będę. Nie krzyczałem, nie trzaskałem drzwiami — po prostu wyjąłem z teczki kopię umowy najmu, położyłem na stole obok solniczki i powiedziałem, że od piętnastego mamy już inny adres do korespondencji z gminy w sprawie warsztatu po ojcu.
Teściowa nic nie odpowiedziała. Odwróciła się do garnka i mieszała rosół, dłużej niż było trzeba.



