W Sylwestra do mieszkania weszła sąsiadka:
Mogę u was posiedzieć chwilę?
Nie wypłacili mi pensji.
W domu pustka, nawet dzieciom nie mam co do herbaty podać.
Siedzę sama z chłopcami, a przecież oni też chcą świętować
Ludwika stała przy kuchni i z satysfakcją oglądała pieczoną kaczkę z pomarańczami, dopiero co wyjętą z piekarnika.
Zapach był tak intensywny, że chciało się zamknąć oczy i po prostu oddychać.
Od rana czarowała nad ptakiem polewała sokiem, pilnowała temperatury, nie odstępowała na krok.
Efekt był doskonały.
Olek, chodź zobacz!
zawołała męża.
Olek wyszedł z pokoju, zagwizdał i przytaknął z uznaniem:
Ludka, to jak z najlepszej restauracji!
A jakże, uśmiechnęła się dumnie.
Zaraz przełożę na półmisek, udekoruję, będzie prawdziwa uczta.
Z ostrożnością przeniosła kaczkę na dużą ceramiczną tacę, ułożyła wokół pomarańczowe cząstki, dodała gałązki rozmarynu.
Wszystko wyglądało jak z okładki kulinarnego magazynu.
Stół był już zastawiony trzy sałatki: jarzynowa, śledziowa i grecka, kanapki z czerwonym kawiorem, wybór drogich serów i wędlin, waza z owocami winogrona i kiwi.
Osobno stał półmisek z domowymi kotletami i ziemniakami.
Może otworzymy salę bankietową?
zażartował Olek.
Nie, odparła spokojnie Ludwika.
Po prostu chcę uczcić Nowy Rok jak należy.
Pracowaliśmy całą rok, możemy sobie pozwolić.
Mąż objął ją ramieniem:
Zgadzam się.
Dawno tak nie świętowaliśmy.
Rzeczywiście, w ostatnich latach wszystkiego sobie odmawiali oszczędzali na remont.
Remont miał już za sobą, pensje stałe, można wreszcie pozwolić sobie na prawdziwe świętowanie.
Ludwika starannie układała sztućce, wyciągała kryształowe kieliszki, które zazwyczaj stały w szafie.
Wszystko musiało być piękne, prawdziwie świąteczne.
O dziesiątej wszystko było gotowe.
Małżonkowie przebrali się, usiedli naprzeciw siebie.
Olek rozlał napoje.
Za nas?
Za nas.
Stuknęli się kieliszkami.
Ludwika spróbowała sałatki wyszła świetnie.
Olek nabrał sobie kaczkę i przewrócił oczami z zachwytu:
Ludka, to czysta magia!
Było jej miło.
Ten stół, ten ciepły wieczór, spokój i możliwość nigdzie się nie spieszyć to wszystko wydawało się prawdziwym szczęściem.
Dokładnie o jedenastej rozległ się dzwonek do drzwi.
Małżonkowie wymienili spojrzenia.
Kto mógł przyjść tak późno?
Olek poszedł otworzyć.
Na progu stała sąsiadka Irena z dwoma synami.
Wyglądała na zdezorientowaną, miała zaczerwienione oczy.
Olek, przepraszam, że tak zaczęła niepewnie.
Czy mogę na chwilę?
Czuję się fatalnie
Co się stało?
zapytał ostrożnie.
Wszystko naraz szepnęła Irena.
Nie dali pensji.
Pracowałam na czarno zostawili nas bez złotówki przed świętami.
W domu pustki, nawet dzieciom nie mam co podać.
Przyjaciółki obiecały wpaść nie przyszły.
A chłopcy też chcą świąt
Synowie stali za jej plecami chudzi, w znoszonych swetrach, milczący.
Olek się zawahał.
Wygonienie sąsiadki z dziećmi w sylwestrową noc wydawało się okrutne.
Wejdźcie, powiedział.
Zawołam Ludkę.
Kiedy Ludwika weszła do kuchni i zobaczyła gości, od razu wiedziała: ich spokojny wieczór skończył się.
Cześć, Ireno chłopcy.
Ludka, wybacz, że tak wpadliśmy, sąsiadka nerwowo ocierała oczy.
Naprawdę nie mamy gdzie pójść.
Może tylko dwadzieścia minut?
Ludwika spojrzała na dzieci.
Milczeli, ale ich wzrok był utkwiony w kuchni, skąd rozchodziły się zapachy.
Siadajcie do stołu, westchnęła ciężko.
Goście weszli i wszystko potoczyło się w okamgnieniu.
Mama, popatrz!
zagwizdał starszy.
Ile jedzenia!
A można kawior?
od razu sięgnął młodszy.
Siadajcie, rzuciła sucho Ludwika.
Chłopcy zasiedli.
Starszy chwycił nogę kaczki prosto w ręce:
Ciociu Ludko, można?
Nie czekając na odpowiedź, odgryzł kawałek.
Młodszy pochłaniał kanapki z kawiorem.
Pyszne!
zakrzyknął z radością.
Mamo, jeszcze można?
Irena nie powstrzymywała synów, wręcz sama nakładała im jedzenie:
Jedzcie chłopcy, jedzcie.
W domu były tylko makaron, trzeba się najeść porządnie.
Nastolatki jadły szybko, łapczywie.
Starszy zjadł połowę sałatki jarzynowej, młodszy wykończył cały kawior.
Potem przyszła kolej na wędliny, sery, szynkę.
Po kilku minutach wszystko zniknęło.
Ludwika patrzyła na to jak na zły sen.
Olek próbował rozładować napięcie:
Ale macie apetyt, chłopaki!
Nikt go nie usłyszał.
Już brali się za kaczkę.
Duże kawałki znikały jeden po drugim.
A jest chleb?
zapytał starszy.
Ludwika bez słowa przyniosła pieczywo.
Chłopcy od razu robili kanapki.
Irena również nie miała skrupułów nabierała sałatki, próbowała kaczki, brała kotlety.
Przepraszam, że tak, mówiła z pełnymi ustami.
Ale wiecie sami dzieci są głodne.
Po dwudziestu minutach na stole nie zostało praktycznie nic.
Sałatki zniknęły, kaczkę rozebrano, kawior, sery, wędliny i owoce wszystko zjedli nieproszeni goście.
Ludwika siedziała nieruchomo, z zastygłym wyrazem twarzy.
Dwa dni spędziła w kuchni, wydała niemal całą pensję i serce, marząc o cichym święcie z mężem.
W końcu dostała coś zupełnie innego.
Gdy zegar wskazał za piętnaście dwunastą, Irena wstała:
No, już chyba czas, idziemy.
Ogromne dzięki!
To była wielka pomoc dla nas!
Chłopcy też zaczęli się zbierać.
Młodszemu udało się jeszcze chwycić ciastko i spytać:
A mogę zabrać ze sobą?
Weź, odburknęła Ludwika, nawet nie patrząc w jego stronę.
Goście wyszli, rzucając zdawkowe życzenia.
Drzwi się zamknęły.
Ludwika i Olek zostali sami w kuchni, patrząc milcząco na to, co jeszcze niedawno było świątecznym stołem.
Na talerzach zostały tylko okruszki, miski po sałatkach puste, owoce zniknęły całkowicie.
Ostało się kilka mandarynek w wazie.
Widziałeś to?
wyszeptała Ludwika.
Widziałem, odpowiedział Olek równie cicho.
W pół godziny zjedli wszystko.
Całość, nad którą pracowałam dwa dni.
Ludka
Nawet porządnie nie podziękowali.
Ani razu.
Tylko łapali, żuli i prosili o więcej.
Olek objął żonę.
Ludwika nie płakała patrzyła na puste talerze, próbując zrozumieć to, co się wydarzyło.
Gdy wybijała północ, stuknęli się kieliszkami.
Ale święto zostało beznadziejnie zepsute, razem z nastrojem.
Nazajutrz Ludwika sprzątała kuchnię: myła naczynia, zbierała to, co zostało.
A raczej to, co można było nazwać resztkami.
Wiesz, Olek, powiedziała, rozumiem, że ludzie mają trudności.
Rozumiem, że nie wypłacili.
Ale czemu ona nie zatrzymała chłopców?
Czemu nie powiedziała: Dość, to nie nasze?
Nie wiem, wzruszył ramionami mąż.
Może naprawdę byli głodni.
Głód to jedno, odpowiedziała spokojnie Ludwika.
A chciwość coś zupełnie innego.
Oni nie jedli.
Oni łapali, jakby nigdy w życiu więcej nie zobaczą jedzenia.
Olek milczał, więc kontynuowała:
I ta Irena siedzi, wzdycha, gra ofiarę, a sama podsuwa dzieciom talerze: Jedzcie chłopcy.
A o nas pomyślała?
Co my będziemy jeść?
Wieczorem pierwszego stycznia Ludwika spotkała Irenę na klatce schodowej.
Tamta uśmiechnięta, promienna:
Ludka, wszystkiego najlepszego jeszcze raz!
Dziękuję za wczoraj!
Ludwika spojrzała na zadowoloną twarz sąsiadki.
W środku coś się w niej przełamało.
Cześć, odparła chłodno, przechodząc obok.
Irena zaskoczona, patrzyła za nią.
Ludwika wyrzuciła śmieci i wróciła do mieszkania.
Spotkałaś Irkę?
spytał Olek.
Tak.
I jak?
Już nie będę się z nią zadawać.
Niech szuka innych sponsorów.
Minął tydzień.
Ludwika kilka razy mijała sąsiadkę w windzie i na klatce.
Za każdym razem odwracała się, udając, że jej nie widzi.
Irena próbowała zagadać napotykała tylko ciszę.
Ludka, może już przestań się obrażać?
powiedział kiedyś Olek.
Nie obrażam się, odpowiedziała spokojnie.
Po prostu zrozumiałam: litość jest złym doradcą.
Wpuściliśmy dostaliśmy pusty stół i zniszczone święto.
Ale oni mieli naprawdę trudną sytuację
Olek, spojrzała poważnie na męża Ludwika, kłopoty nie usprawiedliwiają braku sumienia.
Można prosić o herbatę, trochę jedzenia.
Ale zjedli wszystko.
Nawet nie przeprosili szczerze.
Mąż westchnął ciężko dyskusja była skończona.
Miesiąc minął.
Relacje z sąsiadką nie wróciły do normy.
Ludwika witała się krótko i bez uśmiechu, czasem w ogóle przechodziła mimo.
Irena żaliła się innym, że Ludwika się wywyższyła, ale ona miała to gdzieś.
Tamtego sylwestra zapamiętała na zawsze.
Pusty stół, zadowolone twarze nieproszonych gości i własne poczucie pustki.
I zdecydowała jedno: nigdy więcej nie wpuszczać do domu tych, którzy mylą gościnność z okazją do żerowania.


