Wrzesień był ciepły, suchy i słoneczny. Niskie jesienne słońce raziło w oczy, szczególnie wieczorem. Tomek opuścił przed sobą osłonę przeciwsłoneczną. Jako wysoki mężczyzna, chroniła go przed oślepiającym blaskiem, ale Zosia…
Ile razy proponował, żeby zostawiła samochód pod domem. Sam by ją odwiózł do pracy, a wieczorem przyjechał po nią. Tyle że ich godziny pracy się nie pokrywały.
– Bardzo mi miło, że się o mnie troszczysz. Ale jeżdżę ostrożnie, sam to widziałeś. Nie wyobrażam sobie życia bez samochodu – mówiła Zosia, przytulając się do Tomka.
– Dobrze, ale przynajmniej obiecnij, że będziesz nosić okulary przeciwsłoneczne. W przyszłym tygodniu zaczną się deszcze, zrobi się zimniej. Chociaż mokry asfalt z kałużami jest równie niebezpieczny co oślepiające słońce. W obu przypadkach ryzyko wypadku jest duże.
– Jakiś ty troskliwy. Wszystko będzie dobrze. Obiecuję – powiedziała uroczyście Zosia.
Tomek zaparkował samochód pod blokiem i z przyzwyczajenia spojrzał na okna ich mieszkania na trzecim piętrze. Słońce odbijało się w szybach – nie mógł dojrzeć, czy rolety są opuszczone. Jeśli nie, to w mieszkaniu musiało być gorąco jak w piekarniku po kilku godzinach upału.
Od razu zauważył, że samochodu Zosi nie ma pod domem – jeszcze nie wróciła z pracy. Dziwne, nie zadzwoniła, nie uprzedziła, że się spóźni. Na wszelki wypadek Tomek sprawdził telefon. Faktycznie, ani jednego nieodebranego połączenia ani SMS-a. Zosia kończyła pracę godzinę wcześniej niż on. Zazwyczaj zdążyła przygotować kolację przed jego powrotem.
Tomek schował telefon do kieszeni, zamknął samochód i wszedł do klatki.
***
Poznali się z Zosią półtora roku temu. Tomek wracał z pracy i zobaczył na poboczu samochód z otwartymi drzwiami, a obok niego drobną, zdezorientowaną dziewczynę. Od razu zrozumiał, że ma przebitą oponę. Zatrzymał się i zaoferował pomoc. Tak się poznali i zaczęli się spotykać.
Zosia mieszkała w wynajętym mieszkaniu. Delikatna, niewysoka, dumna i niezależna. Przy niej czuł się silnym, doświadczonym mężczyzną. Chciał ją chronić przed wszystkim, a Zosia się złościła, uważając się za dorosłą i samodzielną. Wkrótce zaproponował jej wspólne mieszkanie. Po co płacić za wynajem, skoro i tak nocowała u niego?
Mieszkanie Tomka, typowy męski barłóg, Zosia przemieniła niepostrzeżenie. Skądś wzięły się koce, kolorowe poduszki na sofie, przytulne lampki. Mieszkanie stało się przytulnym, rodzinnym gniazdkiem. W powietrzu unosiły się apetyczne zapachy czegoś pieczonego, duszonego i waniliowego. To już nie było zwykłe kawalerka, tylko dom – przytulne gniazdko.
Pewnego dnia Zosia przyniosła z ulicy brudnego szczeniaka. Chował się przed deszczem pod obdartym krzakiem przy wejściu do klatki.
– Zosia, po co go przyniosłaś? Jest brudny, śmierdzący i pewnie pełen pcheł. Może nawet chory. Zaleje nam całe mieszkanie – irytował się Tomek. Nie znosił psów ani żadnych innych zwierząt domowych.
– Tomek, co ty mówisz? Spójrz, jaki słodki. I żadnych pcheł, tylko zmarzł. Zginie na ulicy. Umyję go, a jutro zabiorę do weterynarza. Nie martw się, sama będę sprzątać za nim. No powiedz, że jest uroczy? – Zosia przycisnęła brudnego, mokrego, drżącego szczeniaka do piersi.
– Przecież wiesz, że nie lubię kotów, a co dopiero psów. Zostaw go jutro u weterynarza – powiedział Tomek, udzielając swego rodzaju zgody.
Zosia spojrzała na niego w taki sposób, że zrozumiał – jeśli będzie się upierał przy oddaniu szczeniaka, ona wyjdzie razem z nim. A tego nie mógł dopuścić. Tomek był zakochany. Żadnej kobiety nie kochał tak jak tej drobnej, subtelnej dziewczyny. Nie pozostało mu nic innego, jak się pogodzić z losem.
Nieszkodliwemu szczeniakowi Zosia nadała bojowe imię Burek. I szczeniak od razu się zgodził, podniósł głowę i nastawił oklapnięte uszy.
– Patrz, podoba mu się – ucieszyła się Zosia.
– Burek! – zawołał Tomek, ale pies nawet nie odwrócił głowy, tylko poruszył uchem, jakby mówił „daj spokój”.
Dzięki dobrej karmie Burek szybko przybrał na wadze. Po pół roku zamienił się w porządnego psa średniej wielkości o rudym, jedwabistym futrze. W jego żyłach płynęła mieszanka wielu ras. Jedno było pewne – wśród jego przodków znalazł się na pewno jakiś retriever.
Choć Tomek go głaskał i się z nim bawił, Burek uznawał za swojego przywódcę Zosię – słuchał tylko jej, ignorując komendy Tomka, i chodził za nią krok w krok. Tomek nawet trochę o nią zazdrościł.
Tak żyli we trójkę. Tomek był ze swojego życia zadowolony, nawet z Burkiem się pogodził i wyprowadzał go rano na spacery. O dzieciach nie myślał. Kiedyś na pewno, ale na razie im we trójkę było dobrze.
***
Jeszcze zanim podszedł do drzwi mieszkania, Tomek usłyszał wycie i szczekanie Burka. Ledwo otworzył drzwi, a pies prześlizgnął się obok niego i pomknął w stronę klatki schodowej.
Tomek westchnął z rezygnacją, zamknął mieszkanie i ruszył za psem.
– Nie śpiesz się tak, kolego – mruknął Tomek do drapiącego drzwi wejściowe Burka.
Zazwyczaj pies cierpliwie czekał, aż założy mu smycz, ale dziś zachowywał się dziwnie i nerwowo. Wybiegł na ulicę, odbiegł kilka metrów, spojrzał się i zaszczekał, jakby zachęcał Tomka, by za nim podążył.
– Idę już, idę. Gdzie ty się wybierasz? – mamrotał Tomek, doganiając psa.
Burek zaniepokojony poruszył uszami, a potem nagle ruszył pędem w dal.
– Stój! – krzyknął Tomek. – No nie, serio? Dokąd ty lecisz?
Burek co jakiś czas się zatrzymywał, oglądał się, sprawdzając, czy Tomek za nim biegnie, i pędził dalej, kierowany jakimś wewnętrznym nawigatorem.
Tomek rozumiał, że pies nie biegał bez powodu – coś go gnało. Tak się spieszył tylkoBurek doprowadził go do małego szpitalnego parku, gdzie pod starym dębem leżał zniszczony różowy szalik Zosi – ostatni ślad, który pozostał z ich wspólnego życia.



