Mój mąż podczas studiów dorabiał na produkcji mebli. Nie byliśmy wtedy małżeństwem, tylko się spotykaliśmy. Pracował w najlepszej firmie w mieście. Zamówienia były rozpisane na pół roku naprzód. Były to meble najwyższej jakości, jakie można było zdobyć. Jego szef był człowiekiem dość niezwykłym. Wszyscy nazywali go „Juras”.
Sam pochodził z sierocińca. Nauczył się wszystkiego od jakiegoś mistrza, jak pracować z drewnem. Najpierw wszystko robił sam w domu ręcznie. Jednak baza klientów stale rosła. Następnie wynajął powierzchnię, zatrudnił pracowników, a personel stale się powiększał z powodu dużej ilości zleceń. „Juras” pamiętał każdego pracownika i każdą pracę, którą wykonywali. Płacił hojnie, rozpieszczając swoich pracowników, często premiami.
Po ukończeniu studiów mój mąż zrezygnował jakoś niechętnie z pracy w tym miejscu i przeszedł do firmy, która zapewniała mu możliwość pracowania w swoim zawodzie. Od czasu do czasu odwiedzał Jurasa. Jednak potem wszystko jakoś nagle się skończyło. Produkcja została zamknięta, a właściciel firmy zniknął. W mieście krążyły różne plotki. Najpopularniejszą wersją było to, że konkurenci wygryźli go z biznesu.
Dwa lata później przypadkowo wpadliśmy na Jurasa i jego żonę w supermarkecie. Powiedział, że sam wszystko sprzedał, ponieważ jego żona zachorowała, doradzono jej, aby mieszkała bliżej morza, ze względu na dobre powietrze. Teraz mieszkają w odległej wsi, w której mają blisko do natury.
Juras przyjechał do miasta, aby odwiedzić syna. Nie siedzi w wiosce bezczynnie – robi wiklinowe meble. Klienci przychodzą do niego sami, ponieważ meble są bardzo dobrej jakości.



