Pewnego dnia Zosia szła ulicą, gdy nagle podszedł do niej przystojny chłopak z dużą czarną torbą przewieszoną przez ramię.
— Dziewczyno, nie powiesz mi, gdzie jest ulica Kościuszki? Kręcę się w kółko, nikt nie wie — zapytał, rozglądając się nerwowo.
— To taki twój sposób na podryw? — odparła Zosia, unosząc brwi.
— Nazywam się Krzysztof. A ty? — uśmiechnął się szeroko.
— Jadwiga — skłamała, ale chłopak i tak dogonił ją po kilku krokach.
— Naprawdę szukam tej ulicy. Znajomy zaprosił mnie na wesele, a ja kompletnie nie znam tego miasta.
Zosia dopiero teraz zauważyła, że ma na sobie koszulę w kratę, luźne spodnie (a nie te obcisłe, jak teraz wszyscy noszą) i podróżną torbę. Widać było, że nie jest stąd.
— Idź prosto, na światłach skręć w prawo. To będzie ulica Kościuszki — powiedziała już łagodniej.
— Dzięki. — Krzysztof rozpromienił się. — Więc jednak… jak naprawdę masz na imię?
— A ty?
— Mama uwielbiała Sienkiewicza, więc nazwała mnie Krzysztofem. Mogło być gorzej, mogłem być Longinem, prawda? — Roześmiał się, a Zosia pomyślała, że nigdy nie słyszała, żeby ktoś śmiał się tak szczerze.
— Nie wiem, czy moja mama czyta Sienkiewicza, ale dała mi na imię Zosia. — Też się zaśmiała.
— Chodź ze mną jutro na to wesele? Mój kumpel się żeni, a ja nikogo tu nie znam. — Patrzył na nią z nadzieją.
— Przepraszam, mam jutro egzamin, muszę się uczyć — odparła, próbując odejść.
— Podaj mi numer, a odejdę. Jak inaczej mam ci powiedzieć, o której zaczyna się wesele?
— A czy ja powiedziałam, że pójdę z tobą? — zdziwiła się.
— Nie, ale… Studujesz? Zgadnę… — Udawał, że myśli. — Będziesz lekarzem.
— Tak. Skąd wiedziałeś? — Zosia była zaskoczona.
— Moja mama zawsze mówi, że najbardziej pomocni ludzie to nauczyciele i lekarze. Nie odejdę, dopóki nie dostanę twojego numeru. Pójdę za tobą, dowiem się, gdzie mieszkasz, a jutro stanę na środku podwórka i będę krzyczał twoje imię.
Zosia w końcu, niechętnie, podała mu numer.
— Zadzwonię! — krzyknął za nią.
Krzysztof i jego mama mieszkali sami w małym miasteczku, gdzie była tylko jedna szkoła, w której jego mama uczyła polskiego. Pieniędzy na studia nie mieli, więc po szkole poszedł do pracy w warsztacie samochodowym. Dziewczyny go lubiły, ale żadna nie poruszyła jego serca.
Następnego dnia zadzwonił do Zosi. Spytał, jak poszedł jej egzamin, przypomniał o weselu.
Była sobota, nie musiała się uczyć, więc w końcu się zgodziła. Kiedy wyszedł jej naprzeciw, zatrzymał się jak wryty.
Po weselu odprowadzał ją do domu, rozmawiali, całowali się pod klatką.
— Wyjeżdżam jutro. Przyjedź do mnie. U nas jest pięknie. Z wieży kościelnej widok zapiera dech. Mamy swój dom, ojciec go zbudował. Rzeka dzieli miasteczko na dwie części…
Następnego dnia, już w autobusie, wysłał jej SMS-a: „Tęsknię i czekam.”
Zosia uśmiechnęła się, czytając wiadomość podczas śniadania.
— To ten chłopak z wczoraj? — spytała mama.
— Widziałaś nas?
— Oczywiście. Kim jest? Też studiuje?
— Tak, na politechnice — skłamała Zosia.
Wiedziała, że mama chce dla niej „kogoś lepszego”. Nie spodobałoby się jej, że Krzysztof pracuje w warsztacie w małym miasteczku.
Kiedy Zosia przyjechała, zaskoczyło ją, że dom Krzysztofa to piękny, dwupiętrowy dom. Ojciec wybudował go z myślą o przyszłości.
Pewnego dnia, gdy Krzysztof prowadził auto do klienta, zobaczył, jak chłopak wpada do rzeki. Skoczył za nim, uratował dziecko, ale sam został ranny.
Lekarze w szpitalu powiedzieli, że tylko operacja w Warszawie może pomóc. Mama Krzysztofa nie miała pieniędzy…
— Zabierzcie go do Warszawy. Ja znajdę pieniądze — powiedziała Zosia i pobiegła do ojca.
— Tato, musimy mu pomóc! — opowiedziała wszystko.
— Kwota jest ogromna. Nie mamy tyle. Poza tym znasz go tak krótko…
— Ale jak będziemy żyć, jeśli nawet nie spróbujemy? On uratował dziecko! — Zosia rozpłakała się.
Jej tata sprzedał działkę, by opłacić operację.
Po rehabilitacji Krzysztof wrócił do zdrowia. Zosia została lekarzem, on skończył zaoczne studia.
Pobrali się, a rodzina Zosi w końcu zaakceptowała ich miłość.
Bo kiedy pomagasz innym, świat odwdzięcza się tym samym. A miłość? Czasem wymaga szaleństwa.



