W deszczowy wieczór października…

Pewnego październikowego wieczoru, gdy padało i wiał zimny wiatr…
Wieczorna msza dobiegła końcu. W kościele było niewielu wiernych. Większość parafian bała się wychodzić z domu w taką pogodę.

Świątynia powoli pustosła, ludzie wychodzili, raz po raz otwierając ciężkie drzwi. Od przeciągu płynące w górę języki ognia na świecach drżały i migotały, unosząc cienkie smużki dymu. W końcu ucichło szurzenie butów po kamiennej posadzce. Zakończyła została sama.

Wyszła zza lady sklepiku cerkiewnego i obeszła opustoszałą świątynię, gasząc świece i zmiatając pędzelkiem krople wosku ze świeczników. Potem zgasiła wszystkie lampki przed ikonami. Przezierające przez wąskie, prążlilowane okna światło latarni ulicznych ledwie wnikało do środka. Palila się tylko jedna żarówka nad świeckim sklepikiem. Jej blask odbijał się w pozłacanych ramach najbliższych ikon.

Z lewej nawy wyszedł ksiądz Witold, w narzuconej na sutannę czarnej kurtce.

– Woźnik już przyszedł? – zapytał, zatrzymując się przy Zofii.

– Jeszcze nie. Coś przekazać? – spytała.

– Nie. Do jutro – skinął na pożegnanie i ruszył do drzwi.

Zofia poszła po wiadro wody i mop, zaczęła myć podłogę. Lubiła, gdy rano wchodziła do czystego kościoła. Nagle znów przeciągnął wiatr i z hukiem zamknęły się ciężkie drzwi. Zofia odwróciła się. Woźnik przeżegnał się w drzwях, skinął jej głową i przeszedł obok do przyczepionej dla niego izdebki. Zofia nigdy nie słyszała jego głosu, chociaż ksiądz Witold zapewniał, że nie był mężczyzny.

Zofia odstawiła wiaderko i mop, ubrała się, ostatni raz rozejrzała po wnętrzu kościoła, sprawdzając, czy wszystkie lampki zgasiła, zatrzymując wzrokiem na każdej ikonie i powtarzając w myślach: „Święty Nikolaju, módl się za nami”, „Najświętsza Bogurodzia, pomagaj nam”, „Jezu Chryste, Synu Boży…”

– Wychodzę! – krzyknęła do woźnik.
Głos rozległ się echem pod sklepieniem kościoła.

Zofia zgasiła światło i pchnęła ciężkie drzwi. Na schodach przystanęła, nadsłuchując. Nie usłyszała kroków, ale zaskoczył zamek – woźnik zamknął drzwi od wewnątrz. I wtedy Zofia usłyszała tuż obok cichutki pisk.

Spojrzała pod nogi, spodziewając się zobaczyć szczeniaczka lub kociaka, kryjącego się przed deszczem pod zadaszeniem schodów, ale zamiast tego ujrzyła bielejący w ciemności mały zawiniątko, z którego dochodziło popiskiwanie.

– Dziecko! Któż cię tu przywiózł? – Pochyliła się i podniosła niemal niewaga zawiniątko, odgarnęła róg kocyka i ujrzała pomarszczoną, malutka twarzyczkę.

– Jezusie, widać matka nie miała serca, jeśli zostawiła cię w taką pogodę na ulicy. I jak to nikt cię nie zauważył? Może dopiero co przyniesiono?

„Co ja z nim zrobię? Pukać do drzwi kościoła? Wezwać policję i karetę?” To byłoby właściwe, ale uległo jakiemuś impulsowi, Zofia postanowiła zabrać dziecko do domu i stamtąd zadzwonić do księdza Witolda, zapytać go o radę, wspólne podjąć decyzję, co zrobić z podrzutkiem.

Zeszła ze schodów i nie zdążyła zrobić kilku kroków, gdy z ciemności rzuciła się w jej stronę kobieta.

– Oddajcie – krzyknęła i wyrwała Zofii zawiniątko.

Sądząc po głosie, tępej matka była bardzo młoda.

– Twoje dziecko? To grzech – porzucić je. A co, gdyby zachorowało? – surowo powiedziała Zofia.

– Nie porzuciłam, tylko na chwilę zostawiłam – odparła młoda kobieta, dławiąc się łzami.

– Więc czemu do kościoła nie wniosłaś? – nieco złagodniawszy, spytała Zofia.

Nieszczęśliwa matka nie odpowiedziała i odeszła, niosąc swoje dziecko.

– Masz gdzie iść? – krzyknęła za nią Zofia.

Młoda kobieta zwłilniała krok i odwróciła się.

– Widać, że nie ma dokąd – mruknęła do siebie Zofia. – Czekaj! – zawołała i pospiesznie podeszła do kobiety. – Widzę, że nie masz gdzie pójść. Słuchaj. Chodź do mnie. Mieszkam niedaleko. Dziecko marudzi, pewnie mokre lub głodne. I ty cała przemokłaś. Nie ma mowy o włóczeniu się z dzieckiem w taką pogodę. Ogrzej się, póżniej zobaczymy, co dalej. Nie bój się – dodała Zofia, czując, jak młoda kobieta spłilła.

Ale z Zofią jednak poszła. Widać naprawie nie miała gdzie się udać. Całą drogę Zofia nie przestawała mówić. Opowiadała, że mąż jej zmarł, a dzieci Bóg nie dał. Że gość nikomu nie przeszkodzi, a samej Zofii będzie tylko raźniej. Rzeczy nie ma? Nieważne, u jej sąsiadki córka cztery mieściece temu urodziła. Pójdzie, poprosi o pieluchy, jakieś ubranka. Jutro kupi i odda. Mówiła i mówiła, odrywając kobietę od złych myśli i ucieczki.

– Jesteśmy. Wchodź. – Zofia otworzyła drzwi klatki schodowej, przepuściła kobietę z dzieckiem. – Mieszkam na szóstym piętrze…

W windzie zauważyła, że ubranie młodej matki jest całkowicie przemoknięte, a usta sine od zimna. Westchnęła w duchu. Pierwsza weszła do mieszkania i zapala światło.

– Daj dziecko, potrzymam, a ty się rozbierz. Włóż moje kapcie. Nieś ją do pokoju, połóż na kanapie. – Zofia oddała zawiniątko matce i sama zaczęła się rozbierać.

Gdy weszła do pokoju, gość już rozwinęła córeczkę. Ta poruszała malutką, pomarszczoną rączką, otwierając buzię. Serce Zofii zalała czułość.

– Głódna. Przykryj ją na razie, skoczę do sąsiadki, przyneświę pieluszki – powiedziała Zofia i wyszła z pokoju.

– Hania, pożyczysz parę pieluszek i jakieś śliniaki do jutra? – spytała Zofia otwierającej drzwi sąsiadki.

– Czyżby u ciebie pojawiło się dziecko? – dziwiła się tamta.

– Krewna przyjechała z dzieckiem. Daleka. A torbę z rzeczami ukłandzą na dworcu – skłamała Zofia.

– Przystąp, zarZofia wróciła z pieluszkami i razem z młodą matką zaczęły opiekować się dzieckiem, nieświadome, że ta noc stanie się początkiem nowego życia dla nich wszystkich.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

trzy + jeden =

W deszczowy wieczór października…