W deszczowy wieczór października…

Pewnego październikowego wieczoru, gdy deszcz ze śniegiem zacinał o szyby, wieczorna msza dobiegła końca. W kościele zostało tylko kilka osób – większość wolała zostać w domach, nie narażać się na taką pogodę.

Świątynia powoli pustoszała. Z każdym otwarciem drzwi przeciąg wstrząsał płomieniami świec, które kopciły cienkimi smugami dymu. W końcu ucichło szuranie butów po kamiennej posadzce. Została tylko Jadwiga.

Wyszła zza lady kościelnego sklepiku, obeszła puste wnętrze, gasząc świece i ścierając pędzelkiem wosk z lichtarzy. Potem zgasiła lampki przed ikonami. Przez wąskie, witrażowe okna ledwo przebijało się światło latarni. Tylko jedna żarówka nad stołem ze świecami rzucała blask na złocone ramy obrazów.

Z lewej nawy wyszedł ksiądz Tomasz, narzucając na sutannę czarną kurtkę.

– Dozorca już przyszedł? – zapytał, zatrzymując się przy Jadwidze.

– Jeszcze nie. Coś przekazać?

– Nie. Do jutra. – Skinął głową na pożegnanie i skierował się ku drzwiom.

Jadwiga poszła po wiadro z wodą i mopa, zaczęła myć podłogę. Lubiła, gdy rano kościół lśnił czystością. Nagle znowu przeciąg, i ciężkie drzwi z cichym trzaskiem się zamknęły. Jadwiga odwróciła się. Dozorca przeżegnał się od progu, skinął jej głową i minął ją, kierując się do swojej izdebki. Jadwiga nigdy nie słyszała, by mówił, choć ksiądz Tomasz zapewniał, że nie jest niemy.

Odstawiła wiadro, ubrała się, rzuciła ostatnie spojrzenie, sprawdzając, czy wszystkie lampki zgaszone. Jej wzrok zatrzymywał się na każdej ikonie, szeptała w myślach: *„Święty Mikołaju, módl się za nami”, „Matko Boska, wspomagaj nas”, „Jezu Chryste, Synu Boży…”*

– Wychodzę! – krzyknęła do dozorcy.
Głos odbił się echem od sklepień.

Zgasła światło i pchnęła ciężkie drzwi. Na schodach przystanęła, nasłuchując. Nie usłyszała kroków, ale zgrzytnął zasuw – dozorca zamknął świątynię od środka. I wtedy Jadwiga usłyszała cichutkie kwilenie.

Spojrzała pod nogi, spodziewając się zobaczyć szczeniaka lub kociaka chowającego się przed deszczem, ale zamiast tego dostrzegła biały zawiniak, z którego dobiegał płacz.

– Dziecko?! Któż cię tu porzucił? – Pochyliła się i podniosła lekki pakunek, odgarnęła róg kocyka i zobaczyła pomarszczoną buzię.

– Boże, chyba matka nie ma serca, skąd zostawiła cię w taką pogodę… Jak to możliwe, że nikt nie zauważył?

*Co mam zrobić? Zapukać z powrotem do kościoła? Wezwać policję i pogotowie?* To byłoby logiczne, ale jakby porwana nagłym impulsem, postanowiła zabrać dziecko do domu i stamtąd zadzwonić do księdza Tomasza po radę.

Zeszła ze schodów i nie zdążyła zrobić dwóch kroków, gdy z ciemności wyłoniła się kobieta.

– Oddaj! – krzyknęła i wyrwała Jadwidze zawiniak.

Głos zdradzał, że ta „bezduszna matka” była ledwo dorosłą dziewczyną.

– Twoje dziecko? To grzech – porzucić je. A co, gdyby zachorowało? – surowo powiedziała Jadwiga.

– Nie porzuciłam, tylko na chwilę zostawiłam – odparła młoda kobieta, łkając.

– Dlaczego nie weszłaś do kościoła? – spytała Jadwiga, trochę złagodniawszy.

Dziewczyna nie odpowiedziała, odwróciła się, by odejść.

– Masz gdzie iść? – krzyknęła za nią Jadwiga.

Zatrzymała się, spojrzała przez ramię.

– Widać, że nie – mruknęła pod nosem Jadwiga. – Czekaj! – Podbiegła do niej. – Widzę, że nie masz dokąd pójść. Chodź ze mną. Mieszkam niedaleko. Dziecko marudzi, pewnie mokre albo głodne. I ty cała przemokłaś. Nie pora na spacery z malcem w taką pogodę. Ogrzejesz się, pomyślimy, co dalej. Nie bój się – dodała, czując, jak dziewczyna sztywnieje.

Ale poszła za nią. Najwyraźniej naprawdę nie miała wyjścia. Całą drogę Jadwiga mówiła bez przerwy. Opowiadała, że jest wdową, że Bóg nie dał jej dzieci, że gość nikomu nie przeszkodzi, a jej samej będzie raźniej. Brak rzeczy? Nic strasznego – u sąsiadki córka niedawno urodziła, pożyczy pieluch, ubranek. Jutro kupi nowe i odda. Gadając, odciągała dziewczynę od złych myśli.

– No, jesteśmy. Wchodź. – Jadwiga otworzyła drzwi klatki, przepuszczając kobietę z dzieckiem. – Mieszkam na szóstym piętrze…

W windzie zauważyła, że dziewczyna jest przemoczona do suchej nitki, usta sine z zimna. Wzdrygnęła się w duchu. W mieszkaniu zapaliła światło.

– Podaj mi dziecko, rozbierz się. Moje kapcie włóż. Połóż córeczkę na kanapie. – Jadwiga oddała zawiniak matce i sama się rozebrała.

Gdy weszła do pokoju, dziewczyna już rozwinęła córeczkę. Malutka ruszała pomarszczonymi rączkami, otwierała buzię. Serce Jadwigi zalała czułość.

– Głodna jest. Przykryj ją, skoczę do sąsiadki po pieluchy – powiedziała i wyszła.

– Krysia, pożycz mi kilka pieluch i śpioszków na jutro – poprosiła otwierającą drzwi sąsiadkę.

– Co, dziecko się u ciebie znalazło? – zdziwiła się ta.

– Krewna przyjechała z malcem. Walizkę jej na dworcu ukradli – skłamała Jadwiga.

– Wejdź, zaraz dam – odparła Krysia i wróciła z pełną torbą.

– Po co tak dużo?

– Pieluchy i ubranka, z których wyrośliśmy. Masz, szkoda wyrzucać.

Jadwiga podziękowała i wróciła. Zastała dziewczynę karmiącą piersią.

– Mleko masz? To dobrze. Mieszanki drogie teraz. A ja przyniosłam ubranka. Potem przewijesz. A teraz zrobię herbatę. – Poszła do kuchni, myśląc, że nie bez powodu Pan Bóg przyprowadził tę kobietę pod jej dach. Dziewczynka najadła się i zasnęła. Przewinęły ją, otuliły kocem i zostawiły na kanapie.

– Chodź, coś zjesz. RosółPrzez kolejne lata Jadwiga patrzyła, jak jej dom na nowo wypełnia się życiem, a mała Weronika rośnie, śmiejąc się coraz głośniej – tak jak śmiała się kiedyś ona sama, gdy świat jeszcze wydawał się prosty i pełen nadziei.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

siedemnaście + 10 =

W deszczowy wieczór października…