Wiera wracała w pośpiechu do domu z ciężkimi siatkami pełnymi zakupów.
Myśli miała zaprzątnięte tym, co ugotować na kolację, jak nakarmić chłopców, a z najmłodszym jeszcze odrobić lekcje.
Już z daleka zauważyła przed swoim blokiem karetkę pogotowia. Ogarnął ją niepokój i przyspieszyła kroku jej mąż, Leszek, był ostatnio osłabiony, może tak się pogorszyło, że trzeba było wzywać pogotowie?
Do piętnastki państwo? zapytała z niepokojem do kierowcy.
Nie, do czternastki. Starszej pani się zrobiło słabo odpowiedział kierowca.
Wierze spadł kamień z serca. Nie do nich. Czyli do sąsiadki, pani Janiny Malinowskiej. Tylko że to też smutne starsza pani, już niemal osiemdziesięcioletnia, a całkiem sama.
Przecież pani Janina ma kota. Jak ją do szpitala zabiorą, to ktoś musi się nim zająć rozmyślała Wiera, wchodząc na piętro.
Pod drzwiami sąsiadki panował ruch. Otwarta szeroko futryna, nosze i jej mąż, Leszek, pomagający ratownikowi prowadzić starszą kobietę.
Jeszcze tylko kierowca dołączy, razem damy radę zapewniał ratownik.
Pani Janina, widząc Wierę, uśmiechnęła się z ulgą:
Wierko, zabierają mnie do szpitala. Dam ci klucz, zaopiekuj się proszę moją Kicią. Jedzenia ma na stole w kuchni, kuwetę też postawiłam, nie brzydź się, tylko raz dziennie zmieniaj. Mam nadzieję, że na Sylwestra wrócę Janina Malinowska wręczyła Wierze klucz do mieszkania.
Oczywiście, zajmę się Kicią. Pani szybko wracaj do zdrowia! Wiera ścisnęła serdecznie dłoń sąsiadki.
Leżeć! upomniał ją ratownik Proszę się nie ruszać. A to jeszcze jeden pomocnik będziemy już gotowi
Zaczekajcie zatrzymała go Janina Malinowska. Wierko, mam do ciebie jeszcze jedną prośbę. Na stoliku w przedpokoju jest kartka z numerem telefonu. Gdyby ze mną stało się coś złego, zadzwoń pod ten numer. To moja córka Aniela. Od lat się nie odzywamy, bo się pokłóciłyśmy
Wiera położyła jej dłoń na ramieniu i zapewniła, że wszystko będzie w porządku. Gdy sąsiadkę zabrano, zabrała kartkę z numerem i sprawdziła, czy z Kicią wszystko w porządku, po czym zamknęła mieszkanie.
Wyobrażasz sobie, tyle lat mieszkamy po sąsiedzku, a ja nawet nie wiedziałam, że pani Janina ma córkę powiedziała do Leszka, gdy ten wrócił.
Ja też nigdy nikogo u niej nie widziałem odparł Leszek. A co dzisiaj zjemy?
Wiera złapała się za głowę i rzuciła w wir domowych obowiązków. Gdy wszystko było zrobione, synowie już spali, przypomniała sobie o numerze córki sąsiadki. Zerknęła na kartkę, zamyśliła się.
Spojrzała na zegarek. Teraz było już za późno na telefon, nawet gdyby dodzwoniła się do nieznanej sobie Anieli, do szpitala i tak nie wpuszczą.
Następnego dnia Wiera, idąc nakarmić Kicię, przypomniała sobie o prośbie Janiny Malinowskiej. Nakarmiona kotka mruczała jej na kolanach, a ona wahała się, czy dzwonić do tej Anieli.
W końcu się zdecydowała:
Halo, pani Anielo odezwała się, gdy tamta odebrała. Jestem sąsiadką pani mamy. Zabralo ją wczoraj pogotowie do szpitala. Może warto by ją odwiedzić.
Nie mam żadnej matki od lat, nie mam sprawy do tej kobiety odpowiedziała zimno Aniela.
Boże, co się z panią dzieje! wzburzyła się Wiera. Przecież nieważne, co was poróżniło! Może pani Janina już nie wróci do domu… Naprawdę aż tak jej pani nienawidzi?
Proszę się nie wtrącać, to nie pani sprawa! Aniela nie miała zamiaru się wzruszyć.
Pani jest bez serca! Gdybym tylko mogła przez chwilę zobaczyć swoją mamę, oddałabym za to pół życia! Proszę mi wierzyć, kiedy jej zabraknie, pani zrozumie wszystko. Opiekowałam się moją mamą sześć lat, było rozmaicie…
Czasem już nie dawałam rady, taka to opieka nad leżącym. A teraz, po niemal dziesięciu latach, żałuję, że nie była z nami dłużej… lepiej już, żeby jeszcze dziesięć lat była, byle żyła.
Wiera, zła i rozgoryczona, odłożyła telefon.
No Kicia, kochana zwróciła się do kota jeśli twoja pani nie wróci, zabiorę cię do siebie. Mam nadzieję, że dogadasz się z naszym Burekiem. Dzwoniłam dziś do szpitala, lepiej pani Janinie nie jest
Zbliżał się Sylwester. Wiera z Leszkiem wracali z zakupami, Leszek niósł małą, żywą choinkę.
Proszę, potrzyma pani drzwi! zawołała do dwóch kobiet wchodzących do klatki, po czym odwróciła się do męża:
Leszku, szybciej, bo choinka się nie zmieści!
Leszek popędził. Wiera spojrzała na kobiety i nagle zamarła ze zdumienia.
To pani?! wykrzyknęła. Pani Janino, już pani w domu?
Tak, udało mi się wyprosić wypis, czuję się lepiej, chcę Sylwestra spędzić w domu. A poznajcie, moja córka Aniela! na twarzy Janiny Malinowskiej pojawił się serdeczny uśmiech.
My się już znamy, choć tylko przez telefon powiedziała z uśmiechem Aniela.
Razem wszyscy weszli na górę. Aniela troskliwie prowadziła matkę pod rękę, a potem szepnęła Wierze:
Dziękuję, że otworzyła mi pani oczy. Czy mogę wpaść do pani później?
Oczywiście Wiera zdziwiona skinęła głową.
Po pół godzinie Aniela stała pod drzwiami z tortem. Pili razem herbatę, a ona opowiadała:
Pokłóciłyśmy się z mamą dziesięć lat temu o jakąś bzdurę. Nawet już nie pamiętam dokładnie o co. Uczyła mnie całe życie, a wtedy znowu zaczęła mnie wychowywać i się uniosłam dumą.
Obraziłyśmy się na siebie. Przez rok w ogóle nie rozmawiałyśmy jedna drugiej nie ustąpiła. Potem czasem tylko dzwoniłyśmy z życzeniami na święta.
Pamiętam, powiedziałam wtedy, że lepiej, żeby jej nie było, niż ma mnie pouczać.
Jak pani zadzwoniła i powiedziała o szpitalu, najpierw nawet odetchnęłam z ulgą.
Ale jak powiedziała pani o własnej mamie, ogarnął mnie strach. Przecież jeśli jej zabraknie, odejdzie całe dzieciństwo, nikogo już mamą nie nazwę, zostanę na świecie sama…
Aniela przyznała, że długo rozmyślała nad słowami Wiery, aż w końcu przełamała dumę i pojechała do matki do szpitala.
Nawet pani sobie nie wyobraża, jak szybko po moich odwiedzinach mama poczuła się lepiej. Już nigdy jej nie zostawię! pożegnała się serdecznie i pośpieszyła do mamy.
Ciekawe, co jej powiedziałaś? zapytał później mąż.
Chyba po prostu prawdę Tylko prawda otwiera oczy odrzekła Wiera cicho. Kochanie, dziś koniecznie zadzwoń do swojej mamy. A może spędzimy Sylwestra właśnie u niej? W końcu została nam już tylko jedna mama dla nas dwojga
Bo w życiu najważniejsze to umieć się pogodzić i docenić bliskich, dopóki jeszcze są z nami.



