Siedź spokojnie! Nas nie ma w domu powiedział Marek bez emocji.
Ale ktoś dzwoni do drzwi! Aniela znieruchomiała, lekko podnosząc się z kanapy.
Niech dzwoni odparł Marek.
A jak to ktoś ważny? Albo coś załatwia? zapytała Aniela.
Sobota, dwunasta w południe powiedział Marek. Ty nikogo nie zapraszałaś, ja nikogo się nie spodziewam. Wnioski?
Tylko zerknę przez wizjer wyszeptała Aniela.
Siedź! jego głos brzmiał twardo. Nas nie ma w domu. Ktokolwiek tam jest, niech sobie idzie!
Ty wiesz, kto tam stoi? dopytała Aniela.
Mam swoje podejrzenia, dlatego mówię, żebyś się nie pokazywała przed oknem!
Jeśli to jest to, co myślę, nie odejdą tak łatwo powiedziała Aniela i wzruszyła ramionami.
Wszystko zależy od tego, jak długo nie otworzymy im drzwi odparł spokojnie Marek. Prędzej czy później dadzą sobie spokój. Żadne z nich nie zamierza nocować na klatce, a my nigdzie się dziś nie ruszamy. Siadaj, bierz słuchawki, telefon i oglądaj film.
Marek, mama do mnie dzwoni Aniela pokazała mu wyświetlacz.
To znaczy, że za drzwiami stoi twoja ciotka z jej gamoniem synem stwierdził Marek.
Skąd wiesz? zdziwiła się Aniela.
Gdyby to był mój kuzyn przy słowie „kuzyn” Marek przeciągnął y tak, że aż nieprzyjemnie zabrzmiało to dzwoniłaby moja mama!
Nie bierzesz pod uwagę innych opcji? zapytała Aniela.
Jeśli sąsiedzi, to nie mam z nimi ochoty rozmawiać. Gdyby to byli przyjaciele, już by dawno sobie poszli uprzednio zapytaliby przez telefon, czy mogą wpaść! Nikt normalny nie dzwoni pół godziny domofonem. Tak natrętnie mogą się zachowywać tylko nasi upierdliwi krewni!
Marek, to moja ciotka Aniela westchnęła cierpiętniczo. Mama wysłała SMS-a. Pyta, gdzie my się podziewamy. Ciocia Teresa zatrzyma się u nas przez kilka dni, ma sprawy w mieście!
Napisz jej, że w Warszawie jest pełno hoteli Marek uśmiechnął się ironicznie.
Marek! powiedziała Aniela z wyrzutem. Nie wypada tak napisać!
Wiem Marek zamyślił się na chwilę. Napisz, że nas nie ma, że mieszkamy w hotelu, bo robiliśmy pryskanie na karaluchy w mieszkaniu!
No przecież! Aniela napisała i wysłała wiadomość.
Marek, mama pyta, byśmy dla cioci załatwili dwa pokoje dla niej i dla Krzyśka wymamrotała Aniela.
Napisz, że nie mamy pieniędzy. Albo jeszcze lepiej napisz, że załatwiliśmy dwie prycze w hostelu i w pokoju śpi z nami piętnastu budowlańców! roześmiał się Marek.
Mama pyta, kiedy wracamy do domu Aniela spojrzała na męża.
Napisz, że za tydzień machnął ręką Marek.
Po chwili domofon ucichł. Oboje odetchnęli z ulgą.
Marek, mama napisała, że ciocia będzie za tydzień głos Anieli był pełen rezygnacji.
A my znowu nie będziemy w domu odparł.
Marek, przecież wiesz, że to nie rozwiąże problemu! Nie możemy wiecznie przed nimi uciekać Przyjadą w tygodniu, poczekają pod drzwiami po pracy Moja ciocia, twój kuzyn oni są zdolni do wszystkiego!
Masz rację posmutniał Marek. Czemu nas podkusiło, żeby kupić trzypokojowe mieszkanie?
Marek, przecież kupiliśmy dla naszej przyszłej dużej rodziny powiedziała Aniela.
Trzeba brać się za dzieci Marek powiedział poważnie. A najlepiej od razu za dwójkę!
A ja co? Przecież próbujemy! Wiesz, że musimy się zbadać nie idzie!
Wystarczy mniej nerwów, a się uda powiedział stanowczo Marek. Najpierw twoi, potem moi co chwilę ktoś nam psuje spokój! Przegnać ich tam, skąd przyszli inaczej z niczym nie damy rady!
Aniela nie protestowała. Wiedziała, że Marek ma rację.
***
Przed ślubem zrobili porządne, drogie badania pod kątem genetyki i płodności. Wtedy wszystko było idealnie. Ale zaraz po weselu trzeba było odłożyć plany na dzieci, by odłożyć na mieszkanie.
O spadku nie mogli marzyć. Przed ślubem oboje i Marek, i Aniela mieszkali ze swoimi mamami w jednopokojowych blokowiskach. Musieli polegać tylko na sobie.
Pięć lat ciężkiej pracy i drastycznego oszczędzania pozwoliło im kupić duże mieszkanie.
Rynek wtórny, stary blok, remont od podstaw, meble wszystko nowe. Ale szczęśliwi byli niesamowicie!
A w głowie wciąż nucili piosenkę z komedii o „bloku z wielkiej płyty”.
Ledwo zdążyli urządzić parapetówkę, a już za progiem stała ciotka Anieli z synem. Żeby młodym nie przyszło do głowy buntować się, przyjechała w asyście teściowej.
No popatrzcie, miejsca tutaj masa, nie to co my z Anielą się cisnęłyśmy w jednym pokoiku! stwierdziła ciotka Teresa.
W sam raz, ja zajmę pokój, Krzyśkowi damy osobny! przyklasnęła ciocia.
U nas w salonie się nie śpi Marek nie krył irytacji. To jest pokój do relaksu.
A ja przecież do pracy tu nie przyjechałam! roześmiała się ciocia Teresa. Anielka, powiedz mężowi, że Krzysiek chrapie, ja z nim w jednym nie wytrzymam!
I w ogóle, gości macie w domu, a wy jeszcze stołu nie nakryliście!
No nie spodziewaliśmy się was Aniela była zmieszana.
I lodówka pusta dorzucił Marek.
Niech już będzie, Marek, leć do sklepu, Anielka do kuchni! rozkazała ciocia.
Co tu tacy zamurowani? Tak się traktuje gości? teściowa dodała ostrzej.
Przestańcie! wrzasnął Marek, ale Aniela zdążyła ściągnąć go do innego pokoju.
Gdy Marek wreszcie wyrwał się z uścisku żony, wycedził przez zęby:
Aniela, nic ci się nie pomyliło? Zaraz ich wyrzucę, razem z twoją matką!
Goście to goście niech się zachowują, a to już przesada!
Mareczku, ona po prostu prosta kobieta! Ze wsi! Tak się u nich przyjęło
Znam wieś, a chamstwa nigdzie się nie toleruje! pieklił się Marek.
Kochanie, nie kłóćmy się z mamą i ciotką! Przecież zjedzą mi potem psychikę! Ty będziesz dla nich wrogiem, chcesz tego?
Mam to gdzieś powiedział szczerze Marek. Jak ktoś mnie tak traktuje, mogę nie odzywać się już nigdy! Niech sobie idą w diabły!
Mareczku, proszę! Jak wyrzucisz Teresę, mama mnie przeklnie! Nie mam nikogo oprócz niej!
To przekonało Marka. Zacisnął zęby i poszedł na zakupy.
Ciocia Teresa zamiast trzech dni spędziła u nich dwa tygodnie. Marek już w drugi dzień był na walerianie.
Wyjazd cioci uczcili miotłą, mopem i szerokimi uśmiechami. Trzy dni czyścili mieszkanie.
Potem sytuacja się powtórzyła, tylko od strony Marka.
Stary, przyjechałem na chwilę Bartek objął Marka z siłą młota. Sprawy muszę pozałatwiać, potem zmykamy!
Sam nie możesz ich załatwić? zapytał Marek.
A co ty! Mam rodzinę, nie zostawię ich samych w małej miejscowości. Jakbym miał jakieś przygody, żona przypilnuje!
Dlatego ciągniesz dzieciaki? spytał Marek.
A z kim je zostawić? Bartek klepnął go po plecach. Niech sobie pobiegają! Rozruszamy miasto jak kiedyś!
Bartek! wydarła się Wanda. Przysięgam, zaraz se porozrywasz, jak tak dalej będziesz rozrabiał!
Godzinę po przyjeździe kuzyna z rodziną Aniela padła ze zmęczenia i bolała ją głowa.
Dzieciaki biegały po całym mieszkaniu drąc się na całe gardło. Wanda umiała tylko krzyczeć. Bartek ciągle gdzieś chciał wyjść, przez co Wanda wrzeszczała jeszcze głośniej.
Marek, ty przecież jesteś jedynakiem szepnęła Aniela, kuląc się pod poduszką.
To kuzyn od strony mamy mruknął Marek. Tak mówię: kuzyn.
Obojętnie jak go nazywasz, nie da się go jakoś odprawić?
I ja bym chętnie Marek położył rękę na sercu ale matka mi zje mózg łyżeczką i jeszcze dojedzie teściowa!
Ledwo kończyli wizytę po jednej stronie, już byli następni goście. Ciocia Teresa z synem nagle dostawali spraw w Warszawie.
Kuzyn Bartek wpadał ze swoją rodziną „załatwiać sprawy”. Matki nie dawały o sobie zapomnieć. Teściowa nękała zięcia, teściowa synową.
Stres odbijał się na zdrowiu psychicznym i fizycznym młodego małżeństwa.
O dzieciach nie było mowy przy takim lunaparku i stresie nie dało się nawet próbować.
***
Może zamienimy mieszkanie? zaproponowała Aniela.
Na oddział psychiatryczny? Marek ironizował. Do końca roku się tam znajdziemy!
Nie! Aniela lekko się uśmiechnęła. Zamieńmy z kimś nasze mieszkanie na inne, w innym rejonie są tacy, co chcą gdzie indziej! A potem nikomu nie powiemy gdzie jesteśmy!
To tylko opóźni problem Marek westchnął. I tak ci znajdą nowych właścicieli, a ci wygadają, gdzie się przeprowadziliśmy. Dopadną nas, a potem rozszarpią za taki numer!
Może przynajmniej zdążymy z dzieckiem? z nadzieją zapytała Aniela.
Nie tylko trzeba począć, ale i urodzić! To by była jakaś wymówka pokręcił głową Marek. Ale ciąża twoja ich nie powstrzyma!
Najchętniej to bym się stąd wyniosła westchnęła Aniela. Może u znajomych pomieszkamy przez chwilę? Schowamy się.
Masz na myśli Przemka i Kingę? dopytał Marek.
Tak, przytaknęła Aniela. Oni mają wolny pokój.
Tam mieszka Tera Marek się uśmiechnął. Zapomniałaś?
Wolę mieszkać z owczarkiem niż z rodziną! Aniela opuściła bezradnie głowę.
Czekaj! krzyknął Marek, sięgając po telefon. Przemek, pożycz psa!
Człowieku, cały czas jestem twoim dłużnikiem! Z Kingą jechaliśmy na Mazury i nie mamy komu Tery zostawić! Ona jest nieufna do obcych, ale was zna i lubi. Przywiozę karmę, legowisko, zabawki jeszcze wam dopłacę!
Przywoź! Marek ucieszył się niezmiernie.
Odwrócił się do żony, dumny jak paw:
Dzwoń do mamy, powiedz, by ciotka wpadała jutro! Ja odzwonię do Bartka i zaproszę w tygodniu!
Jesteś pewny? Aniela patrzyła nieufnie.
Ależ przyjmiemy ich z radością! mówił Marek teatralnie. Że akurat nasz pupil im nie przypadnie do gustu? Cóż zrobić!
Kuzynowi Bartkowi i jego rodzinie wystarczył jeden hau Tery, żeby szybko zdecydowali się na hotel.
Schowajcie to bydle! zapiszczała Wanda, chowając się za plecami Krzysia.
Ciociu Tereso, żartuje pani? zaśmiał się Marek. To czterdzieści pięć kilo samych mięśni! To nie jamnik, tylko owczarek niemiecki. Jedną łapą wyważy drzwi!
Dlaczego ona się na mnie szczerzy? głos cioci zadrżał.
Nie cierpi obcych wzruszyła ramionami Aniela.
Pozbądźcie się jej! Nie zamieszkam z takim bydlęciem!
Jak to pozbądźcie się? oburzył się Marek. To nasza ukochana sunia! Nie mamy dzieci, to kochamy ją jak własną!
I nigdy jej nie oddamy! dodała Aniela.
Obie mamy dzwoniły potem z pytaniami, czemu tak traktują rodzinę.
Nikt ich nie wyrzucał odpowiadali jednym i drugim sami zrezygnowali z gościny! Niech wpadają, serdecznie zapraszamy!
Ale pies?
Mamo, my wszystkim drzwi otwieramy!
I mamy przestały nachodzić dzieci.
Po miesiącu Tera wróciła do siebie, gotowa na kolejny pobyt przy byle okazji.
Już nie było potrzeby Aniela była w ciąży z bliźniakami.
Najważniejsze, nie odmawiaćKilka miesięcy później, kiedy z tarasu mieszkania Marek obserwował bawiącą się w ogródku Terę, a Aniela delikatnie głaskała ciążowy brzuch, dzwonek do drzwi ponownie rozdarł spokojny dzień. Marek spojrzał na żonę i uśmiechnął się szeroko.
Otworzyć? mrugnął porozumiewawczo.
Tera już stanie na posterunku odpowiedziała Aniela ze śmiechem.
Ale tym razem nikt nie próbował wedrzeć się bez zaproszenia. Za drzwiami stała paczka z balonami, grzechotkami i listem: Dajcie znać, gdy będziecie gotowi na gości. Tym razem przyjedziemy z tortem ciocia Teresa i Bartek z rodziną.
Marek położył rękę na ramieniu Anieli. Otoczyła ich cisza, zapach świeżo zaparzonej kawy i cichy oddech rosnącego w niej życia. W całym mieszkaniu nie było ani jednego narzekań, krzyków, ani rozkazów tylko spokój i szczęście, o które tak długo walczyli.
Może w końcu jesteśmy u siebie? wyszeptała Aniela.
Marek ujął jej dłoń i przytulił do policzka.
Jesteśmy. I nikomu już nie musimy tego tłumaczyć.
Z daleka dobiegło ciche szczeknięcie Tery, zapowiadające nowy porządek w domu. Rodzina, którą wybrali sami gotowa na wszystko, nawet na szturm ciotek, kuzynów i matek. Ale teraz już wiedzieli: to oni decydują, kogo wpuścić, a kogo pożegnać na schodach.
I wszystko, co naprawdę ważne już było po ich stronie drzwi.



