Upatrzył sobie cudzą żonę – opowieść o Victorze Dudnikowie, nauczycielu ze wsi, jego twórczych ambic…

Podczas wspólnego życia Dudziński okazał się człowiekiem słabym i bez woli.

Każdy jego dzień zależał od humoru, z jakim wstawał z łóżka. Czasem nawet budził się pełen energii, żartował cały dzień i śmiał się głośno.

Jednak przez większość swojego życia pogrążony był w ponurych rozmyślaniach, popijał litrami kawę i chodził po domu posępny jak chmura, co jak mówił przynależy ludziom sztuki. Był jednym z nich, bo Wojciech Dudziński pracował w wiejskiej szkole, gdzie uczył plastyki, techniki, a czasem także muzyki, gdy nauczycielka chora była.

Dudziński miał ciągoty artystyczne. Nie mogąc rozwinąć swojego talentu w szkole, urządził w domu pracownię. Zabrał na nią największy i najjaśniejszy pokój, który tak naprawdę Zuzanna wcześniej upatrzyła na pokój dla ich przyszłych dzieci.

Ale dom był Wojciecha, więc Zuzanna nie chciała się sprzeczać.

Mąż zawalił pomieszczenie sztalugami i stojakami, wszędzie walały się tubki z farbami, kawałki gliny i inne przybory. Tworzył malował coś w ekstazie, lepił, rzeźbił…

Potrafił całą noc malować dziwaczny martwy, albo cały weekend lepić jakąś niepojętą figurkę.

Swoich dzieł nie sprzedawał, wszystko trafiało do domu, więc po ścianach wisiały obrazy, które, co trzeba podkreślić, Zuzannie zupełnie nie przypadły do gustu; półki uginały się pod ciężarem glinianych potworków.

Gdyby to chociaż były ładne rzeczy, ale nie były.

Nieliczni znajomi-plastycy i rzeźbiarze, z którymi Wojciech kiedyś studiował i którzy czasem go odwiedzali, milczeli, spuszczali wzrok, wzdychali cicho na widok tych cudactw.

Nikt nie chwalił.

Jedynie pan Leon Góralski, najstarszy spośród nich, po butelce nalewki żurawinowej, wykrzyknął:

O Boże, co za bełkot na płótnie! Co to w ogóle jest?! Nie zobaczyłem tu ani jednej wartościowej rzeczy! No, oprócz, oczywiście, pięknej gospodyni.

Dudziński bardzo źle przyjął tę krytykę, zaczął krzyczeć, tupać nogami i kazał żonie wyrzucić gościa za furtkę.

Wynoś się! wrzeszczał. Ty się nie znasz na sztuce! To ty nic nie reprezentujesz, nie ja! Wiem! Zazdrościsz mi, bo już nie możesz trzymać pędzla przez alkoholizm! Degradujesz mnie, bo sam masz pusto w głowie!

Leon Góralski zbiegł po schodkach, o mało się nie przewrócił. Przy furtce dogoniła go Zuzanna, przepraszając za zachowanie męża:

Proszę się nie przejmować. Nie powinien pan krytykować jego prac, ale i ja powinnam była uprzedzić pana, za co przepraszam.

Nie tłumacz się za niego, dziewczyno, powiedział Leon. Ja już sobie pojadę do domu. Szkoda mi ciebie. Masz piękny dom, ale te koszmarne obrazy go psują! A te brzydkie figurki trzeba chować, a nie eksponować… Ale znając Wojtka, domyślam się, że lekko ci z nim nie jest. Wiesz, rzeczy, które tworzymy, pokazują, co mamy w duszy. A w duszy twojego męża pustka, jak na tych płótnach…

Na pożegnanie ucałował Zuzannie dłoń i odszedł.

Wojciech jeszcze długo nie mógł dojść do siebie, demolował swoje dzieła, rozdzierał obrazy i przez miesiąc aż furiał, zanim się uspokoił.

***

A mimo wszystko Zuzanna nigdy nie sprzeciwiała się mężowi.

Myślała, że przyjdzie czas, pojawią się dzieci i mąż porzuci swe hobby, a pokój stanie się dziecinny. Na razie niech już bawi się martwymi…

Z początku, po ślubie, Wojciech zachowywał się jak wzorowy mąż, przynosił Zuzannie owoce i wypłatę, troszczył się o nią.

Szybko jednak to minęło. Ochłódł do żony, przestał dzielić się pieniędzmi, cała opieka nad domem spadła na Zuzannę. Chata, ogródek, kurnik i teściowa wszystko na jej głowie.

Gdy okazało się, że Zuzanna jest w ciąży, mąż bardzo się cieszył. Ale nie trwało to długo; wkrótce Zuzanna trafiła do szpitala i poroniła.

Gdy Wojciech się dowiedział, zmienił się nie do poznania. Wybuchnął gniewem, stał się drażliwy, zamknął w domu i odciął od świata.

Stan Zuzanny po wyjściu ze szpitala był opłakany, wyglądała jak cień. Brnąc do domu, wiedziała już, że nikt na nią nie czeka.

Ale to, co ją spotkało, było jeszcze gorsze: Wojciech zamknął się w domu i nie wpuszczał jej.

Otwórz, Wojtek!

Nie otworzę. Po co przyszłaś? Powinnaś była donosić ciążę! Ale nie dałaś rady! Przez ciebie moja mama wylądowała w szpitalu z zawałem!

Po co cię poślubiłem, przyniosłaś tylko nieszczęście! Odejdź! Nie chcę z tobą żyć!

W oczach Zuzanny zrobiło się ciemno, osunęła się na schodki.

Wojtek… Ja też cierpię, też mi źle… Otwórz!

Mąż nie reagował na jej łzy, więc siedziała na ganku do zmierzchu.

W końcu drzwi skrzypnęły, wyszedł Wojciech. Był chudy z żalu, zamknął na zasuwę… ale nie znalazł klucza.

Zawsze wszystko było na głowie żony.

Zastanowił się chwilę, po czym ruszył do wyjścia, nie patrząc na nią.

Kiedy zniknął za rogiem, Zuzanna otworzyła drzwi i padła na łóżko.

Czekała całą noc. Rano sąsiadka przyniosła złą wiadomość: teściowa nie przeżyła zawału.

To dobiło Wojciecha, zrezygnował z pracy, legł do łóżka i wreszcie wyznał żonie:

Nigdy cię nie kochałem. To mama chciała wnuków, więc musiałem się żenić. Ale ty zrujnowałaś wszystko! Nie wybaczę ci tego!

Słowa bolały, ale Zuzanna postanowiła nie zostawić męża.

Mijał czas, a było coraz gorzej. Dudziński nie wychodził z łóżka, pił tylko wodę, tracił apetyt, popadał w apatię.

Ostatecznie poddał pozew o rozwód i rozwiedli ich.

Nasza bohaterka wylała wiele łez.

Próbowała go przytulić, pocałować, ale Dudziński odpychał ją i szeptał, że jak tylko wyzdrowieje, wyrzuci ją z domu. I że to przez nią jego życie poszło na marne.

***

Zuzanna nie miała dokąd pójść.

Matka, która z radością oddała ją za mąż prawie prosto ze szkoły, zaraz po ślubie wyjechała do dalekiej ciotki na Pomorzu, gdzie wyszła za mąż ponownie. Wróciła tylko na chwilę, by sprzedać dawny dom rodzinny, i wyjechała na zawsze nie zostawiła córce kąta, gdzie mogłaby wrócić po nieudanym małżeństwie.

Tak Zuzanna została w potrzasku.

***

Kiedy w domu skończyło się jedzenie, Zuzanna znalazła resztki kaszy, zagotowała ostatnie jajko zniesione przez kurę i przygotowała z tego papkę dla męża.

Tak się życie potoczyło, że mogłaby teraz karmić dziecko, ale los chciał, by wciąż karmiła byłego męża, który jej nie szanował.

Idę na jarmark do sąsiedniej wsi. Może sprzedam kurę, albo wymienię na coś do jedzenia.

Wojciech, patrzący w sufit, rzekł:

Po co ją sprzedawać? Zrób z niej rosół. Dosyć tych papek, zjadłbym coś konkretnego.

Zuzanna nerwowo poprawiła swoją sukienkę, jedyną od lat w niej kończyła szkołę, wychodziła za mąż, teraz nosi ją na co dzień.

Wiesz dobrze, że nie umiem… Wolę ją sprzedać. Mogłabym jak poprzednie oddać sąsiadom, ale ta kura jest do mnie za bardzo przywiązana…

Kropka, tak? Ty każdej kurze nadajesz imię? Ale z ciebie niemądra baba… Zresztą, czego się po tobie spodziewać…

Zuzanna przygryzła wargę i opuściła wzrok.

Mówisz, na jarmark? ożywił się mąż. To weź ze sobą kilka moich obrazów i figurek. Może się komuś spodobają.

Zuzanna rozejrzała się i wybrała dwie gliniane gwizdki w kształcie ptaszków oraz wielką świnkę-skarbonkę, z której dumny był mąż.

I zaraz wybiegła z domu, modląc się, by Wojtek nie kazał jej brać więcej prac.

Bo figurki może i ktoś kupi, ale obrazy? Wstyd z nimi wychodzić.

***

Dzień był upalny. Zuzanna miała lekką sukienkę, ale i tak lał się z niej pot.

Było święto w wiosce.

Nie pamiętała, kiedy ostatni raz wyszła na spacer. Zachwyciła się ludźmi, kolorowymi straganami.

Było na co popatrzeć: miody, kolorowe apaszki, słodycze, zapach grillowanych kiełbas unosił się w powietrzu, grała muzyka, ludzie śmiali się.

Zatrzymała się przy ostatnim straganie, przytuliła mocniej swoją torbę z kurą i pogłaskała Kropkę.

Prawdę mówiąc, żal jej było ją sprzedawać była jej ulubienicą.

Kupiona jako pisklak, ranna, wychowana w domu, Kropka była ciekawska i zabawna, skakała na jednej łapce za gospodynią. Potem stała się domowym pupilem. Na widok Zuzanny natychmiast przybiegała do niej.

Teraz również kura wyglądała ciekawsko z torby, trącała jej rękę dziobem.

***

Starsza sprzedawczyni spojrzała na Zuzannę:

Może korale, piękna pani? Mam i z chirurgicznej stali, i posrebrzane, i pozłacane…

Nie, dziękuję, chciałam sprzedać żywą kurę, nioskę. Jaja znosi duże, zdrowa jest, powiedziała uprzejmie Zuzanna.

Kura… I po co mi ona?

Wtedy młody mężczyzna stojący obok straganu zainteresował się i zapytał:

Pokaż tę kurę.

Oczywiście.

Zuzanna delikatnie przekazała Kropkę nieznajomemu.

Ile za nią? Taniej jakoś… jaki haczyk?

Zuzanna poczuła na sobie uważny wzrok i zrobiło jej się gorąco jeszcze bardziej.

Trochę kuleje, ale poza tym jest zdrowa i silna.

Dobrze, kupuję od ciebie kurę. A co to jeszcze masz?

Pokazał na gliniane drobiazgi.

A, to… Figurki. Gwizdki i skarbonka.

Mężczyzna wziął świnkę do ręki i uśmiechnął się krzywo:

No proszę, własnoręczne.

Tak, ręczna robota. Sprzedam tanio, bardzo potrzebuję pieniędzy.

Biorę wszystko. Lubię nietypowe rzeczy.

Starsza sprzedawczyni zmierzyła go wzrokiem:

Po co ci to, Dominiku? Nie mogłeś się nacieszyć zabawkami jako dzieciak? Idź bratu pomóc przy grillu.

Zuzanna, która właśnie otrzymała gotówkę, przestraszyła się:

To grillujesz kurczaki? Zwracam pieniądze, Kropka nie nadaje się na rosołek! To nie ta rasa!

Próbowała odebrać kurę, ale Dominik sprawnie się uchylił i odsunął:

Spokojnie, nie pójdzie do gara. Mamie ją dam. Rozmnaża kury.

Serio?

Tak. Możesz ją odwiedzać. Nawet nie wiedziałem, że kury mają imiona.

***

Zuzanna wracała już do domu, gdy nagle podjechało auto, a z okna wysunął się Dominik.

Zaczekaj, panienko… Czy masz jeszcze takie gliniane figurki? Kupiłbym do prezentów.

Zuzanna uśmiechnęła się, mrużąc oczy od słońca:

To świetnie! Tych figurek mam w domu mnóstwo!

***

Dudziński, leżący w łóżku, jęknął na dźwięk rozmów w sieni.

Kto tam, Zuza? Wody mi przynieś, pić chcę!

Gość, stojąc na progu, rzucił okiem na Wojciecha, po czym skupił się na obrazach.

Niesamowite szepnął. Kto to malował? zwrócił się do Zuzanny z wodą.

Ja! poderwał się z łóżka Dudziński. Nie malował! Dzieci malują kredą, ja tworzę!

Podparł się na łokciu, obserwując gościa.

Po co ci moje obrazy? zapytał z przekąsem.

Spodobały mi się. Chcę kupić. A te figurki?

Też moje! Wszystko moje! krzyknął Wojciech, odtrącając rękę Zuzanny z wodą. Tu wszystko należy do mnie!

Zrzucił kołdrę, podniósł się z łóżka, powłócząc nogami, podszedł do przybysza.

Ciekawe rzeczy powiedział gość, spoglądając na Zuzannę.

A gdy Dudziński pokazywał swoje prace, Dominik ukradkiem patrzył na kobietę, zauważając jej rumieńce i nieśmiałość.

Epilog

Zuzanna była zdumiona cudownym uzdrowieniem byłego męża.

Okazało się bowiem, że Dudziński wcale nie był chory!

Wystarczyło, że zjawił się ktoś, kto zainteresował się jego sztuką, całe cierpienie ustąpiło.

Tajemniczy gość przyjeżdżał codziennie i odkupywał kolejne obrazy, potem figurki.

Widząc zainteresowanie dziełami, Wojciech z zapałem zamknął się w pracowni.

Nie przyszło mu do głowy, że tak naprawdę Dominika interesowała nie jego twórczość, ale była żona.

Codziennie Dominik, odchodząc z dziełem, wdawał się w długie rozmowy z Zuzanną.

Zaczęła między nimi kiełkować sympatia.

W końcu Dominik zabrał z domu Wojciecha to, po co naprawdę przychodził Zuzannę.

I to właśnie z nią związał swoje życie.

Wracając z podróży do domu, Dominik wrzucał kupione obrazy do pieca, a figurki z gliny pakował do worka jeszcze nie wiedział, co z nimi zrobić.

Myślał o delikatnej urodzie Zuzanny.

Wypatrzył ją już wtedy, gdy pojawiła się na jarmarku w tej zwiewnej sukience i torbie na ramieniu.

Od razu wiedział, że to jego przeznaczenie.

Dowiedział się, jak ciężko żyje z tym osobliwym facetem, który miał siebie za wielkiego artystę.

Wiedział, że Zuzanna nie ma się gdzie podziać.

Więc codziennie kupował te dziwactwa, by choć chwilę z nią porozmawiać.

I w końcu, Zuzanna zrozumiała wszystko.

***

Wojciech nie spodziewał się takiego zakończenia.

Dominik, który masowo kupował jego prace, przestał się pojawiać po odejściu Zuzanny.

Wojciech usłyszał, że para się pobrała, i ogarnęła go złość, że tak dał się podejść.

Rzeczywiście, o dobrą żonę niełatwo, a taka jak Zuzanna to skarb.

Nie od razu zrozumiał, że stracił najcenniejsze wyrozumiałą, czułą żonę.

Gdzie znaleźć drugą taką? Nie tylko znosiła wszystko, ale potrafiła współczuć jak matka. I była piękna!

A on, głupiec, lekkomyślnie pozwolił jej odejść.

Chciał pogrążyć się w żalu, lecz zrozumiał: teraz nikt już nie nakarmi go kaszą, nie poda wody, nie zadba o dom i obejście…

Życie nauczyło go gorzkiej prawdy: rzeczy, które mamy najcenniejsze, doceniamy dopiero wtedy, gdy je bezpowrotnie tracimy. Doceniajmy tych, którzy są blisko zanim odejdą na zawsze.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

4 × 5 =

Upatrzył sobie cudzą żonę – opowieść o Victorze Dudnikowie, nauczycielu ze wsi, jego twórczych ambic…