Gdy zamieszkałem z Mariolą, szybko wyszło na jaw, że jestem człowiekiem bez kręgosłupa i woli.
Każdy mój dzień zależał od tego, w jakim nastroju się obudziłem. Czasami bywałem rześki i pogodny, cały dzień żartowałem, śmiałem się głośno z drobnostek.
Większość czasu spędzałem jednak zatopiony w ponurych rozważaniach, piłem za dużo kawy i chodziłem po domu jak chmura gradowa, typowe dla artystycznych dusz. A za taką się uważałem pracowałem jako nauczyciel plastyki, techniki i czasem muzyki w wiejskiej szkole pod Siedlcami.
Czułem ciągły pociąg do sztuki. Skoro w szkole nie mogłem się wyżyć twórczo, ucierpiał mój dom. Urządziłem sobie warsztat w największym i najjaśniejszym pokoju, który tak naprawdę Mariola chciała przeznaczyć na pokój dla przyszłych dzieci.
Ponieważ jednak dom należał do mnie Mariola nie protestowała.
Ustawiłem w tej pracowni sztalugi, porozrzucałem wszędzie tubki po farbach, glinę, i tworzyłem: coś gorączkowo malowałem, lepiłem, dłubałem
Potrafiłem do późnej nocy malować niezrozumiały martwy naturę albo przez cały weekend lepić dziwaczną figurkę.
Moich arcydzieł nie sprzedawałem, wszystko lądowało w pokojach. Ściany wisiały od moich obrazów, które nie powiem Marioli nie przypadły do gustu; półki uginały się od glinianych stworów.
I gdyby to były rzeczy warte zachwytu, ale gdzie tam
Moi nieliczni przyjaciele, malarze i rzeźbiarze, z którymi kiedyś studiowałem, odwiedzali mnie i ze wstydliwym milczeniem odwracali wzrok znad tych moich wytworów.
Żaden nie pochwalił.
Tylko pan Łukasz Gerasimowicz Pękala, najstarszy z całego towarzystwa, wypił cały litr wiśniówki i wykrzyknął:
Jezu święty, co to za dziadostwo! Tu nie widać ani jednej sensownej rzeczy! No, może poza piękną gospodynią domu.
Zabolała mnie ta krytyka, zrobiłem awanturę, kazałem żonie wyrzucić gościa za bramę.
Wynocha! wrzeszczałem, Nie masz pojęcia o sztuce! Ty mi zazdrościsz! Ręce ci się trzęsą od wódki, nie umiesz nawet pędzla utrzymać! Zawiść cię zżera, dlatego tak gadasz!
Pękala ledwo nie sturlał się z ganku, zatrzymał się przy furtce. Mariola dogoniła go, przeprosiła za mnie:
Nie zwracaj pan uwagi, nie powinien był pan oceniać jego obrazów, a i ja mogłam pana uprzedzić, przepraszam.
Nie przepraszaj, dziewczyno, pokiwał głową pan Łukasz, Wszystko w porządku, zamówię taksówkę i pojadę. Ale żal mi ciebie. Piękny dom macie, a te paskudne obrazy psują wszystko! I te gliniane lepiej je przed ludźmi chować, a on taki z nich dumny. Znając go, podejrzewam, że ciężko ci z nim. Wszystko co tworzymy, jest odbiciem duszy. A on ma ją pustą, jak te płótna.
Pocałował Mariolę w rękę na pożegnanie i wyszedł.
Jeszcze długo nie mogłem się pozbierać, wrzeszczałem, tłukłem swoje figury, darłem obrazy. Dopiero po miesiącu trochę mi przeszło.
***
A Mariola? Nigdy mi się nie przeciwstawiała.
Pomyślała, że przyjdzie czas, będą dzieci i wtedy rzucę te swoje dziwaczne hobby i przemienię warsztat na dziecięcy pokój. Póki co, niech się bawi.
Początki po ślubie miałem przyzwoite przynosiłem do domu świeże owoce, całą wypłatę, dbałem o żonę.
Ale szybko to się skończyło. Do Marioli czułem coraz więcej rezerwy, już się nie dzieliłem wypłatą, całą opiekę nad domem i mną zwaliłem na nią. Poza tym miała jeszcze ogród, kury i teściową pod opieką.
Wiadomość o ciąży Marioli przyjąłem entuzjastycznie. Ale radość była przedwczesna: po tygodniu żona trafiła do szpitala, poroniła.
Jak tylko dowiedziałem się o tym, zrobiłem się płaczliwy, nerwowy nawrzeszczałem na żonę, zamknąłem się w domu, odmówiłem wpuszczenia jej do środka.
Otwórz, Witek!
Nie otworzę jęknąłem zza drzwi. Po co tu przyłazisz? Miałaś urodzić moje dziecko. Zawiodłaś. I jeszcze przez ciebie mama trafiła do szpitala z zawałem!
Po co ja cię w ogóle brałem? Przynosisz pecha! Odejdź, nie chcę cię tu więcej!
Zrobiło się jej ciemno przed oczami, usiadła na schodach.
Witek Ja też cierpię, otwórz.
Nie zareagowałem. Mariola siedziała na ganku aż do nocy.
Wreszcie drzwi zaskrzypiały. Wyszedłem chudy, blady, zamknąłem dom na zasuwę. Szukałem jeszcze kłódki, ale nie umiałem jej znaleźć i zwykle o wszystko pytałem Marioli.
Nie patrząc na nią, udałem się do bramki.
Kiedy zniknąłem z oczu, żona otworzyła drzwi i wróciła do środka, potem padła na łóżko.
Czekała na mnie całą noc. Rano przyszła sąsiadka z trudną wiadomością: moja matka nie przeżyła zawału.
Ta wiadomość mnie dobiła. Zwolniłem się z pracy, przykuty do łóżka, wyznałem żonie:
Nigdy cię nie kochałem. Żeniłem się tylko dlatego, że mama pragnęła wnuków. Ale zniszczyłaś nasze życie, nigdy ci tego nie wybaczę.
Bolało. A jednak nie chciała mnie zostawić.
Czas płynął. Nie robiło się lepiej. Odmówiłem wstawania z łóżka, piłem tylko wodę, nic nie jadłem.
W istocie wróciła mi choroba wrzodowa.
Apatia, zero apetytu, nie miałem sił wstawać a potem złożyłem wniosek o rozwód. Sąd rozwiązał nasze małżeństwo.
Mariola spłakała się jak bóbr.
Próbowała mnie przytulać, całować, ale odepchnąłem ją i mruczałem, że jak tylko wydobrzeję, wyrzucę ją precz. I że zniszczyła mi życie.
***
Nie miałem dokąd pójść. Mariola nie mogła mnie zostawić nie miała gdzie się podziać.
Matka, która sprzedała ją za mąż ledwie skończyła szkołę, zaraz potem poukładała sobie nowe życie z wdowcem gdzieś nad Bałtykiem. Wszystko układało jej się świetnie, poślubiła go i wróciła na chwilę do rodzinnej wioski, tylko po to, żeby sprzedać dom.
Za uzyskane kilka tysięcy złotych bez żalu wyjechała do narzeczonego. Zostawiła córkę bez dachu nad głową.
Tak Mariola znalazła się w pułapce.
***
Nadszedł dzień, kiedy w domu skończyło się wszystko. Mariola wydrapała ostatnie kasze z szafki, ugotowała jedno jajko wygrzebane spod kury i nakarmiła mnie rzadką kaszą z żółtkiem.
Gdyby nie musiała dźwigać wiader z wodą na ogród, przekładać drewna, pewnie dawno nosiłaby już na rękach niemowlę ale zamiast tego dogadzała byłemu mężulkowi, który nie liczył się z nią w ogóle.
Wychodzę na chwilę, jest jarmark w Markach. Może sprzedam kurę, albo wymienię ją na coś do jedzenia.
Po co sprzedawać? Ugotuj rosół. Mam dość kasz, chcę normalnego rosołu jęknąłem.
Mariola nerwowo zaczęła bawić się rogiem sukienki. To była jej jedyna sukienka, w której skończyła szkołę, wyszła za mnie, a teraz nosiła w upały, bo nie miała nic innego.
Wiesz, że nie potrafię Wolę ją wymienić lub sprzedać. Do sąsiadów już jednak nie zaniosę, bo Pstrokatka pewnie by do mnie jeszcze wracała. Za bardzo się do mnie przywiązała.
Do każdej kury masz imię? warknąłem. I czego się po tobie spodziewać, kobieto
Mariola przygryzła wargę i spuściła oczy.
Jarmark, mówisz? ożywiłem się Weź też parę moich obrazków, figurek. Może kto kupi.
Mariola próbowała się wymigać:
Ale przecież je lubisz
Mówię: weź! uciąłem.
Zabrała dwie ceramiczne ptaszki nieudolnie udające bolesławiec, skarbonkęświnkę, z której od lat byłem dumny, i wyślizgnęła się z domu, mając nadzieję, że nie rzucę się za nią z resztą moich dzieł.
Bo te obrazy No, nie da się z nimi pokazać ludziom. Byłoby wstyd.
***
Był upalny dzień. Mimo że Mariola miała na sobie lekką sukienkę, gorąc dawał jej się we znaki. Jeszcze do niedawna nie wychodziła z domu, a teraz nagle stanęła pośród hucznej jarmarcznej zabawy. Ludzie spacerowali między straganami, w powietrzu pachniało miodem, grillowanym mięsem, dzieci pałaszowały słodycze, rozbrzmiewała muzyka, wszędzie śmiech i radość.
Mariola stanęła przy końcu jarmarku, ściskając w torbie kurę i pogłaskała ją z czułością. Nie chciała się z nią rozstawać Pstrokatka była jej ulubienicą.
Kupiła kiedyś kilka kurczaków, z których wyrósł cały kurnik. Pstrokatka, kiedyś kontuzjowała nogę, wzięła ją więc do domu, żeby raczyć. Wdzięczna kura podążała za nią wszędzie, kulawiąc.
Teraz kura wystawiała głowę z torby, skubiąc rękę właścicielki.
***
Podchodzi do niej starsza kobieta:
Biżuteria świeża, śliczna. Stal, srebro, pozłacane łańcuszki. Może coś dla siebie, piękna zachęciła.
Nie, dziękuję Mariola uprzejmie, chcę sprzedać kurę. Dobra nioska, duże jajka.
Kurę a gdzie ja ją schowam
Wtedy podszedł młody chłopak, jak rzeźki biedron, i pyta głośno:
Mogę zobaczyć kurę?
Jasne, proszę.
Podaje mu ostrożnie Pstrokatkę. (Chłopak zupełnie jej nieznajomy).
Za ile? Taka tania? Podejrzane.
Czuła na sobie jego uważny, badawczy wzrok, zaczęła się niepokoić.
Trochę kuleje, ale zdrowa.
Dobra, biorę. A co tam masz jeszcze?
Pokazuje mu gliniane ptaszki i świnkę.
Samoróbki?
Tak, własnoręcznie, za drobiazgi, bo mi żal rozstawać się.
Wszystko kupię. Lubię dziwne rzeczy.
Starsza kobieta przy biżuterii parsknęła:
A na co ci to, Denis? Nie pograłeś się jeszcze? Idź lepiej pomóż bratu przy kiełbasach.
Mariola wystraszyła się:
To sprzedajecie mięso? Kury nie sprzedam na kiełbasy!
Próbowała odebrać ptaka, ale Denis był szybszy.
Oddajcie mi pieniądze! prawie z płaczem zawołała. Pstrokatka nie na mięso!
Spokojnie, nie na mięso. Dam ją mamie, ona hoduje kury. Możesz nawet przyjeżdżać i zaglądać do swojej Pstrokatki. Nie wiedziałem, że kury mają imiona.
***
W drodze powrotnej zatrzymał się przy niej samochód. Wysunął się z okna Denis.
Przepraszam a może macie w domu jeszcze jakieś figurki z gliny? Kupiłbym na prezenty.
Mariola zmrużyła oczy przez słońce, uśmiechnęła się:
U nas tego pełno!
***
Usłyszałem głosy. Zawołałem słabo:
Kto tam, Mariolka? Przynieś mi pić…
Gość zatrzymał się w progu, rzucił okiem na moje obrazy, odwrócił wzrok.
Niesamowite mruknął. Kto to malował? spytał, gdy żona przechodziła z wodą.
Ja! podniosłem się na łóżku. Rysują dzieci na chodniku, ja piszę!
Spoglądałem czujnie na gościa.
Po co oglądasz moje obrazy? zapytałem z wyrzutem.
Podobają mi się. Chcę kupić. A te figurki? Też twoje?
Tak! krzyknąłem, odpychając Mariolę z wodą. Sam lepiłem! Wszystko moje!
Zerwałem się z łóżka, trochę kulejąc, podszedłem do Denisa.
Ciekawe etiudy odezwał się, zerkając na Mariolę.
Podczas gdy opowiadałem mu o malarstwie, nie spuszczał oka z mojej żony, widziałem rumieńce i cichą nieśmiałość na jej twarzy.
Epilog
Byłem zdumiony cudownym ozdrowieniem.
Wyszło na jaw, że nie byłem naprawdę chory.
Wystarczyło pojawienie się kogoś, komu spodobało się moje dzieło, i momentalnie stanąłem na nogach.
Gość, czyli Denis, codziennie kupował obrazy, a potem figurki.
Widząc, że wszystko schodzi na pniu, rzuciłem się do malowania na nowo.
Nie przyszło mi do głowy, że to wcale nie o moje arcydzieła chodzi, tylko o żonę.
A właściwie byłą żonę.
Po każdej wizycie długo rozmawiali przy ogrodzeniu, Mariola i Denis. Oboje zaczęli coś do siebie czuć.
W końcu Denis zabrał z domu Dudziaka to, co zamierzał moją byłą żonę.
Od tamtej pory już nie przyjeżdżał ani po obrazy, ani po figurki.
Wrócił do rodzinnej wioski, rzucał moje dzieła do pieca, a gliniane stwory pakował do worka, bo nie wiedział, co z nimi zrobić.
Ale Marioli nie mógł wyrzucić z pamięci.
Od samego początku wiedział, że ona jest jego gdy zobaczył ją z torbą i Pstrokatką na jarmarku.
Dowiedział się, jak źle jej się żyje ze mną, nawiedzionym, zwyczajnie znęcającym się nad nią artystą.
Po to codziennie kupował obrazy: żeby ją widzieć.
I Mariola wreszcie zrozumiała.
***
Nie spodziewałem się, że tak się to wszystko skończy.
Denis, który kupował moje prace na pęczki, przestał przyjeżdżać, kiedy zabrał Mariolę.
Słyszałem, że wzięli ślub. Zabolało.
Trudno znaleźć dobrą żonę a Mariola naprawdę była dobra.
Długo do mnie docierało, co straciłem najcenniejszą osobę, troskliwą, cierpliwą, która nie tylko znosiła moje wybryki, ale opiekowała się mną jak matka. I jaka była ładna!
A ja, głupi, pozwoliłem, by mi ją zabrano.
Chciałem wpaść w czarną rozpacz, ale szybko oprzytomniałem: nie ma już kto podać wody, nie ma kto ugotować kaszy, nie ma na kogo zrzucać domu i obejścia. Życie uczy, że nic nie jest dane na zawsze, a tym bardziej dobra żona trzeba umieć docenić to, co się naprawdę ma, zanim będzie za późno.



