Moich szkiełek nie ruszaj! krzyczała była przyjaciółka. Pilnuj własnych oczu! Myślisz, że nie widzę, pod kogo się ślinisz?
To ty zazdrosna jesteś? zdziwiła się Teofila Borowska. No, no, na kogo ochotę masz! Już wiem, co ci dam pod choinkę: maszynkę do zwijania wargi!
To sobie zostaw, pewnie ci się jeszcze przyda! odpysknęła Lidka. Twoja już żadna maszyna nie zwinie? Myślisz, że nie widzę?
Babcia Teo założyła wełniane kapcie, zsunęła nogi z wygniecionej wersalki i powlokła się do wiekowego kredensu, gdzie obok zdjęć rodzinnych stała ikona Matki Boskiej Ostrobramskiej. Odprawiła krótki poranny pacierz, nie za długo wiara była u niej raczej z przezorności niż z przekonania: coś tam na górze pewnie jest, kto by tym wszystkim kierował? Ale kto? To wie tylko On. Jedni mówią: Wszechświat, inni: Początek Początków, a u nich na wsi po prostu Pan Bóg poczciwy staruszek na chmurze, który zna każdego mieszkańca podlaskiej krainy.
Babcia Teo już co najmniej siedemdziesiąt przebiła i wiedziała, że na starość lepiej nie zaczepiać Siły Wyższej: jeśli jej nie ma, trudno nic się nie traci. Ale jak jest, niewierzący straci wszystko. Tak czy inaczej, modlitwa wypowiedziana można zacząć nowy, cudaczny dzień.
Teofila Borowska miała dwa wielbłądy życiowe nie, nie drogi i alkohol, te przeboje już się przejadły: miała Lidkę, swoją upiorną sąsiadkę, i własnych wnuków.
Z wnukami wszystko jasne: dzisiejsza młodzież, nic im się nie chce. Ale są jeszcze ich rodzice niech oni się z nimi siłują.
A z Lidką? Ta doprowadzała Teofilę do furii swoim klasycznym stylem babcinego zaczepiania.
W filmach pyskówki między artystkami bywają zabawne, a tu codzienność. Zwłaszcza, gdy się ludzie czepiają bez powodu.
Po podwórku przetaczał się też stary druh Teofili Franek Komar. W dowodzie: Franciszek Efimowicz Koziorowski. Nikt już nie pamięta, czemu Komar ot, miał kiedyś simsona, któremu nigdy nie mógł dać rady naprawić. Wszystko lepiło się jakoś krzywo. Jeszcze teraz wrak simsona rdzewiał w szopie, a ksywka została jak mchy na dębie.
Dawniej trzymali się rodzinami: Franek z żoną Jadwigą, Teo z mężem. Ale połowa tamtych małżeństw już spoczywała pod brzozami parafialnego cmentarza więc Franek i Teofila, znajomi od podstawówki, trzymali się siebie. Franek przy tym człowiek rozmowny, dobry do śmiechu i czarowania babć.
Za młodych lat trzymało się ich troje: Teo, Franek, Lidia. Bez żadnych podtekstów; wycieczki, zdjęcia z festynów, jak trzy palce jednej ręki. Franek w środku figurny jak sam diabeł, po bokach dwie smukłe dziewczyny, uczepione pod ramiona. Wyglądali trochę jak wielka kubek z dwoma uszami żeby nie upuścić, nie rozbić.
Ale czas, jak sen, potrafi rzeczy przeinaczyć. Kiedy zmarł mąż Lidki, wszystko się zmieniło: tam gdzie była życzliwość, została już tylko gorzkość i zawiść. Zamiast śmiechu dogadywanie, zamiast kawałków szarlotki kawałeczek nienawiści.
Bo też i było czemu zazdrościć: Teo sucha, zginalna od lat, podczas gdy Lidia przybrała kształty trochę jak krótki kloc brzuch, okrągły podbródek, szyja wciśnięta w barki. Do tego Franek, ostatnimi czasy, coraz częściej uśmiechał się do Teofili, teatralnie pochylając srebrzoną głowę ku jej głowie. Z sąsiadką wymieniał już tylko krótkie, oschłe zdania.
Do Teo przybiegał Franek po mleko, po radę, na herbatę. Do Lidzi zaglądał rzadziej musiała go wręcz wywabiać z podwórka, niczym kota w listopadzie.
Może jest mniej bystra od tej chudej Teofili, a dowcip jej ciężkawo chodzi? Franek zawsze miał słabość do babskich żartów i śmiechu.
Językiem polskim można śmiało ozdobić sytuacje słowem marudzić. I właśnie to ostatnio robiła Lidia: szukała dziury w całym.
Zaczęło się od wychodka: Od twojej sławojki ciągnie na cały ogród! wrzasnęła Lidka.
Daj spokój, przecież stoi tam od stu lat, dopiero ci śmierdzi? zdziwiła się Teofila A poza tym, szkiełka to się ubezpieczalnią wstawia, i co za kraj dobrej jakości za darmo pewnie nie dają!
Moich szkiełek nie ruszaj! wrzasnęła Lidia. Pilnuj własnych gałek! Wiem, komu się przyglądasz!
Zazdrościsz? kpiła Teo. Lepiej zainwestuj w zwijarkę do warg!
A swoje zostaw chcesz, żeby ci zwinęło na amen? odpyskowała Lidia.
I tak dzień za dniem, tydzień za tygodniem: Franek doradził, żeby zakopać latrynę i zrobić ubikację w domu. Syn oraz córka zrzucili się, zainstalowali dla mamy nowoczesną toaletę, a Franek zasypał starą jamę. Lidia musisz zmienić repertuar!
Ale i tego było mało: oto winą zostali obarczeni wnuki Teofili, którzy mieli zniszczyć gruszę Lidki. Gałęzie tej gruszy sięgały głęboko na teren Teo.
Może pomyśleli, że to nasze tłumaczyła się babcia, choć wiedziała, że żadne dziecko nie tknęło gruszy A twoje kury ciągle grzebią mi na ogrodzie i nic!
Kura to ptak głupi, nie czesany śmiała się Lidia Ale wnuki trzeba wychować, babciu! A nie podśmiewać się z kawalerami!
I znowu do Franka. A potem: rzekomo ktoś połamał gałąź gruszy.
Wskaż mi, gdzie, Lidka! prosiła Teo. Nic nie połamanego.
Tu i tu! wydawała się machać choćby w przestrzeń: dłonie Lidki były zdrewniałe, sękate, gdy tymczasem Teofila miała palce jak paluszki pianistki.
Kobieca dłoń jej wizytówka! Nawet na wsi.
Franek zaproponował: Zetnijmy gałęzie, są po twojej stronie! Chcesz, to ścinaj!
Zawyje! obawiała się Teofila.
W życiu! śmiał się Franek. Jestem przy tobie!
I rzeczywiście Lidia widziała, Franek wyraźnie ścinał, a ona nawet się nie odezwała. Jakby grusza zasnęła na chwilę pod białym, miękkim światłem księżyca.
Potem jednak nadszedł czas na problem z kurami Lidki. Nowa rasa, pełne chaosu ptactwo nie do upilnowania. Zryły grządki, powyrywały nasiona, zupełnie jakby ziemia to ciasto do przekładania.
Prośby i groźby nie pomagały. Teo nawet przez chwilę myślała o przyrządzeniu zupy z kury, ale sumienie zwyciężyło.
Franek, sprytny jak nikt, z internetu podsunął pomysł: rozmieść jajka na grządkach nocą, a rano zbieraj przy sąsiadce, jakby nagle kury zaczęły się nieść u obcej! Zadziałało, twarz Lidii pobladła, już nigdy później żadna kura na ogród nie weszła.
Może już czas zakopać topór wojenny? rzuciła Teo myślą, ale Lidka zaraz znalazła nową kość niezgody: zapach dymu z letniej kuchni.
Wczoraj nie śmierdziało, dziś przeszkadza! Może ja nie toleruję mięsa? Może jestem wegetarianką? W ogóle, Sejm uchwalił przepisy o paleniu!
Gdzie tu widzisz grill? Może przeczyść okulary! wyprowadzała Teofila z równowagi.
Cierpliwość Teo miała swoje granice, które sąsiadka z łatwością przekraczała.
Może oddać ją nauce? żartowała Teofila przy herbacie z Frankiem Bo inaczej mnie zje żywcem!
Prędzej by się nią udławiła! śmiał się Franek. Ale mam dla ciebie lepszy pomysł.
I oto pewnego dnia, bladym świtem, pod oknem rozbrzmiała melodia:
Teo, Teo, wychodź z chałupy!
Przed drzwiami stał Franek na naprawionym własnoręcznie komarze, radosny jak za dawnych lat.
Smutny byłem, bo komar popsuty! zawołał Franek. A teraz, piękna pani, jedziemy w świat? Wsiadaj, pośmigamy jak za dawnych czasów.
I Teofila nie wahała się ani chwili. Przez okno machały do niej wnuki, a ona wiedziała starość już skasowali w Sejmie, teraz to aktywność 65+.
Pojechali, na serio i nie na serio, do nowego życia.
A niedługo potem stała się Koziorowską Panią, bo Franek się jej oświadczył.
Puzzle się poukładały, Teo przeniosła się do mieszkania męża.
A Lidia? Została samotna, nabita i zła, pełna trucizny zawiści, która nie miała już się gdzie wydostać. Kogo teraz gryźć, komu dokuczać? Teraz już tylko siebie.
Tak więc, Teo, nie wychodź z domu! Ojj, będzie, będzie się działo. Co wy chcecie na wsi życie jak sen: dziwny, nieprzewidywalny, czasem komiczny. Po co ci był ten kibelek w ogrodzie?



