Upał. Katarzyna

Upał. Katarzyna

Piotr i Zofia pobrali się dopiero dwa lata po tym, jak się poznali.

Do swojego szczęścia szli na palcach, ostrożnie, ważąc każde słowo i każdy krok zupełnie jakby mieli w domu podłogę z cienkiego lodu. Nic dziwnego. Życie już ich nauczyło, że uczucia potrafią być złudne, a zakochanie rzadko przychodzi nagle i na zawsze. Dlatego teraz próbowali rozszyfrować, czy to, co dostali w nagrodę po przeżytych zawodach i porażkach, w ogóle zasługuje na zaufanie.

Helena, mama Piotra, milczała jak zaklęta. Nie chciała przegadać szczęścia syna, który nagle przemienił się nie do poznania. Ramiona mu się wyprostowały, oczy zapaliły się jak lampki cynamonowe, a na randki chodził, jakby zaraz miał wybierać się do urzędu stanu cywilnego.

Piotr poznał Zofię z mamą niemal od razu. Helena, z duszą na ramieniu, przyglądała się przyszłej synowej, ale nie mogła się jej za nic uczepić nie przypominała Piotrowi żadnej z poprzednich miłości, szczególnie tej przypadkowej, po której z lasu do domu wrócił z złamanym sercem. Nawet nie zgodziła się zamieszkać z narzeczonym.

Nie, Piotrek. Nie róbmy tego. Pani Irena, u której mieszkam, by tego nie zrozumiała. Jej zdanie jest dla mnie ważne tyle mi pomogła, a teraz jest chora i wymaga opieki. Zostawmy wszystko tak, jak jest. Po co się spieszyć?

Piotr nie bardzo miał wybór. Ale to nie przeszkodziło ich związkom. Przeciwnie ten przedłużony okres randkowy stał się świetną okazją, by lepiej się poznać.

Do domu Heleny Zofia przeprowadziła się niedługo przed ślubem i to z najbardziej smutnego powodu.

Pani Irena odeszła.

Odkąd pamiętała, narzekała na serce. Zosia prowadzała ją po lekarzach, wyręczała w obowiązkach domowych, robiła zakupy, ale wszystko to tylko przedłużało nieuniknione. Któregoś dnia Zofia wróciła z pracy i zobaczyła panią Irenę w ulubionej altance, trzymającą w ręku list od wnuka. Zawołała ją raz, drugi nic. Dopiero podchodząc zorientowała się, że pani Irena już nie żyje.

Karetka nie mogła już pomóc.

Zadzwoniła do Piotra i synów pani Ireny, a potem długo siedziała obok altanki, wspominając wieczorne spacery nad Wisłą, wspólne gotowanie konfitur w ciasnej kuchence letniej i śpiewanie pieśni tak cicho, by nie przeszkadzać nikomu. Pamiętała, jak pani Irena przyjęła ją bez zbędnych pytań i plotek, kiedy najbardziej tego potrzebowała, a nie miała się gdzie podziać.

Dziękuję szeptała wciąż Zosia, w myślach żegnając pierwszą osobę, która wyciągnęła do niej rękę.

Synowie pani Ireny przyjechali już następnego dnia. Starszy, kiedy już załatwili wszystkie formalności, odciągnął Zofię na bok.

Mama chciała, żeby część domu przeszła na ciebie. Nikt z nas tu nie zamierza się wprowadzać. Mamy testament i nie widzimy przeszkód, żebyś przejęła tę część. Gdyby nie ty, mama byłaby tu całkiem sama. Bardzo jesteśmy ci wdzięczni, że byłaś z nią do końca.

Nie pokręciła głową Zosia. To wasz dom, ja tylko się nim zaopiekuję, jeśli trzeba. Ale dziedziczyć powinniście wy i brat. Wasza mama was bardzo kochała!

Wiem…

Na tym stanęło. Z czasem Zofia znalazła lokatorów, którzy zgodzili się zamieszkać w domu na stałe, a z rodzinami synów pani Ireny utrzymywała dobre relacje, kiedy tylko letnie słońce wyciągało ich na urlop w rodzinne strony.

I właśnie jedna z synowych pani Ireny pomogła Zofii, kiedy ta pół roku po ślubie trafiła na OIOM.

Ciąża pozamaciczna. Musicie się zająć swoim zdrowiem! lekarz pokiwał palcem. Dobrze, że była z panią teściowa! Inaczej mogło być tragicznie!

To raczej moja teściowa, ale i tak mama…

Dobrze, rozumiem. Miała już pani problemy zdrowotne?

Tak.

Jeśli myślicie o dzieciach, musicie się naprawdę gruntownie przebadać i usunąć przyczyny. Inaczej jedyną szansą może być już tylko in vitro.

Rozumiem…

Zofia nie płakała. Łzy zostawiła na później. Teraz trzeba było się zastanowić, co dalej. Bardzo chciała mieć z Piotrem dzieci aż do przesady. I pewnego dnia strach przerodził się w obsesję.

Całość przerwała Helena.

Zosiu, porozmawiamy? przyszła pewnego wieczoru, kiedy Piotr wyjechał służbowo do Poznania.

Piotr z Zofią już mieszkali osobno po ślubie kupili niewielkie mieszkanie. Biznes Piotra szedł dobrze, więc Helena znowu zaczęła planować pensjonat ze śniadaniami.

Rodzice Zofii też chcieli się dorzucić, ale Piotr się uparł.

Zosieńko, damy radę sami! Lubię twoich rodziców, ale chcę ci pokazać, że sam potrafię zadbać o dom dla żony.

Zofia nie protestowała, pogadała tylko spokojnie z tatą ten uśmiechnął się i poklepał zięcia po ramieniu.

No, chłopak! Twoja mama ma z ciebie powód do dumy!

Decyzję Piotra Helena całkowicie popierała, tak jak fakt, że z Zofią nie zamierzali zwlekać z potomkiem.

Ale widząc nerwowe marszczenie brwi Piotra i błąkające się po klinikach Zofię, Helena w końcu postanowiła zainterweniować.

Zosieńka, wybacz, jeśli źle powiem, ale widzę, że coś cię gryzie. Martwię się! Pogadaj ze mną.

Mama, nie wychodzi nam Zofia nie owijając w bawełnę. A jak się okaże, że nie będę mogła mieć dzieci? Co wtedy? Muszę odejść od Piotra! Nie mogę mu odebrać szansy na szczęście przez kogoś tak bezużytecznego jak ja

Przestań! Nie masz pojęcia, jak wiele dobrego przyniosłaś Piotrowi! Przy tobie znów zaczął żyć! A dzieci oczywiście to cudowne, ale da się przeżyć bez potomka. Piotr to istny klon swojego ojca. My z mężem też bardzo długo nie mogliśmy mieć dzieci, wiecznie czekaliśmy na cud. Aż się w końcu prawie rozeszliśmy ja myślałam, że tylko o dziedzica mu chodzi Dopiero po latach do nas dotarło, jak bardzo błądziliśmy! Małżeństwo to nie tylko dzieci, to znacznie więcej! Zrozumiesz, prawda?

Chyba tak

To pielęgnujcie wasze szczęście, reszta się ułoży! Poza tym pytałaś kiedyś, jak to się stało, że zostałam mamą? A sama nie wiem! Myślałam, że to jakieś hormonalne zamieszanie Aż Piotrek w brzuchu się odezwał! Jak już pogodziliśmy się z losem

Oby i mi los spłatał takiego figla Zofia westchnęła.

Ej, zadzwoń do synowej pani Ireny przecież ona jest świetnym lekarzem. Może doradzi coś sensownego?

Zofia klepnęła się w czoło.

O matko, jak mogłam o tym zapomnieć! Oczywiście!

Już tydzień później leciała do Krakowa na konsultację. Czekali na nią.

A po roku pojawiły się bliźniaki.

Szczęście wpakowało się do ich mieszkania z walizką, rozpakowało się na dobre i nie zamierzało wychodzić.

Niedługo po bliźniakach Zofia została mamą jeszcze dziewczynki, którą z Piotrem adoptowali, wiedząc już, że nie będzie im dane mieć kolejnych własnych dzieci. Decyzja ta dojrzewała długo, aż los znowu ich zaskoczył. Koleżanka Piotra z podstawówki, właśnie co świeżo upieczona mama, poważnie się rozchorowała. Wiadomość przyniósł im Eryk, kolejny stary znajomy.

Biedna Mariolka Zbieramy teraz na leczenie, może uda się ją wysłać do Warszawy. Wszyscy się dorzucili.

Rozumiem Zaraz przeleję.

Piotr przelał na konto Marioli sporą sumę i już po kilku dniach pojechała do stolicy. Helena pojechała z nią jako opiekun, bo poza bardzo starą babcią, nikogo już nie miała.

Niestety, lekarze nie zdziałali cudów. Udało się jedynie dać Marioli czas na załatwienie spraw i zadbanie o przyszłość córki.

Z prośbą o zaopiekowanie się jej dziewczynką zwróciła się najpierw do Heleny, a potem już do Zofii i Piotra. Nie odmówili.

Tak Zofia i Piotr zostali rodzicami po raz trzeci.

W ich niewielkim mieszkaniu zaczęło brakować miejsca. Dzieci rosły, a z każdym dniem ściany, zdawało się, coraz bardziej się przybliżały.

Tu do akcji znów wkroczyła Helena.

Piotrku, mamy przecież pieniądze odłożone na pensjonat! Kupcie z Zosią mieszkanie większe, wygodniejsze.

Mamo, a twoje marzenia? Nie mogę tak!

Widzisz moje marzenie? Helena poklepała po jasnej czuprynie rozgadaną wnuczkę, wskazała bliźniaków biegających z wrzaskiem. No popatrz! Jeszcze coś mi potrzeba? A na interes nie mam już głowy ani czasu! Chcę przy wnukach być! Pomóc wam. Zosia radzi sobie z dziećmi świetnie, ale wiem, ile jest na głowie. Szukajcie większego mieszkania. Z osobnymi pokojami!

Trafiło się takie jasne, przestronne, z nowym placem na osiedlu. Dzieciarnia latała jak wystrzelona z katapulty, a Zofia śmiała się, obserwując jak bliźniaki uczą siostrę bawić się w echo.

Bierzemy! zadecydował Piotr.

Jedyną chmurą na nowym niebie była pani Katarzyna starsza, która uznała, że rodziny wielodzietne wymagają ścisłego nadzoru. Co za dużo radości, to podejrzane.

Wiecznie ktoś do nich przychodzi, dzieci biegają boso! Wczoraj widziałam, młodsza córka w wózku śpi. Dziwne to wszystko!

Katka, nie przesadzasz? Upalnie, to i biegają bez butów. Lekarz powie ci, że to zdrowo! Gości mają, ale spoko, nikt nie pije, cicho, nie awanturują się co, mamy zakazać wizyt? odparły sąsiadki, słuchając relacji z boiska i szalonych opowieści chłopaków Zofii.

A wy, zanim się zorientujecie, dzieci w kłopot wpadną! Nie ma tak, żeby wszystko było za dobrze. Tak nie bywa! Życie to nie bajka!

Sąsiadki przewracały oczami, ale Katarzyna miała swoją teorię. Wiedziała, co to dom, gdzie się liczą tylko dyscyplina i kary z grochem na podłodze. Była córką urzędników, wychowaną w systemie, gdzie dzieci miały milczeć i być posłuszne. Zawiązywanie za mocno warkocza przez matkę było najłagodniejszą z kar bo z tej fryzury najłatwiej było pociągnąć dziecko do pionu.

O przemocy nie mówiło się nikomu. Katarzyna i bracia nigdy nie puścili pary z ust. Kiedy tylko mogli, uciekli i więcej do rodziców nie zadzwonili. Lepiej wymazać przeszłość.

I we własnym życiu też szukała bezpieczeństwa. Kompanów unikała, dzieci nie miała jedyną przyjaciółką była suczka Lusia. Kiedyś spróbowała być z człowiekiem, ale chłop, który podniósł kapcia na psa, od razu wyleciał z jej mieszkania razem z walizką.

Babcia właśnie od strony matki była równie szorstka, a Katarzyna przez lata się nią opiekowała i po jej śmierci odetchnęła z ulgą.

Nie założyła własnej rodziny, ludzi trzymała na dystans. Zamiana władzy nad klatką schodową i małym ogródkiem pełnym róż to był jej cały świat.

A przecież można mieć różę w ogrodzie i miejsce w sercu.

Zofia, która pilnowała dzieci na placu, spojrzała na zegarek. Poranek się kończył czas budzić małą i pędzić na zajęcia. Starszych szykowała do przedszkola i na piłkarskie treningi, zanim otworzą się drzwi nowego żłobka w pobliżu.

Przed wejściem czekała Katarzyna.

I znowu dzieci boso po klatce! Nie stać was na porządne buty?! rzuciła z oburzeniem.

Zosia parsknęła śmiechem. Czy gdyby miała konto wyłącznie w złotówkach, też usłyszałaby połajankę? Na butach sportowych dla dzieci nie oszczędzali Piotr przykazał, bo chłopcy kopią piłkę całymi godzinami, a stłuczone kolano to tu chleb powszedni.

Znowu się śmiejesz! Coś cię tak bawi?! Dzieci to nie zabawki trzeba je karmić, ubierać, dbać o nie!

Kasia się zarumieniła, widząc spokój Zofii.

Mamo, dajcie cioci Kasi wody! zawołały bliźniaki i wyciągnęły butelkę.

Nagle Katarzyna zrobiła się blada jak ściana. Zakręciło jej się w głowie, odleciały przed oczyma uparte komary, i gdyby nie silna ręka Zofii, stoczyłaby się ze schodów.

Karetka przyjechała szybko, zabrała ją na oddział. Kiedy się ocknęła, przy łóżku siedziała Zofia. Dzieci zostały z Heleną, którą wezwała po pomoc.

Co ze mną? wymamrotała Katarzyna, wysilając język.

Spokojnie, miała pani udar. Na szczęście lekarze zdążyli. Po tym upale… Ale wszystko będzie dobrze. Proszę się nie martwić, nie zostawię pani. Będę przy pani. Śpijcie.

I Zofia słowa dotrzymała. Wiedziała od sąsiadów, że Katarzyna jest równie samotna, jak pokrzywiona róża w ogródku bez korzeni i wsparcia. Jak człowiek może być aż tak sam.

Czemu? zaczęła pytać Katarzyna, gdy wracał jej głos.

Trzeba. Po prostu trzeba pomagać. Wiem, co to samotność.

Skąd?

Znam ją kiepska towarzyszka. Ale już pani nie grozi. Teraz polegam na pani przyjaźni!

Zofia udała, że nie widzi łez Katarzyny. Teraz najważniejsze było inne: w tym spojrzeniu nie było już tej zaciętej zgryźliwości. Przed nią siedziała zwyczajna, starsza sąsiadka, jak jej mama czy teściowa. Szkoda patrzeć, ile człowiek może przegapić przez zamknięte serce. Bo kto umie wyhodować najpiękniejsze róże na osiedlu, ten nie może być z gruntu zły tego Zofia była pewna.

Dwa lata później.

O, Zosiu! Ja nie wiem, jak ty sobie z nimi radzisz! Chłopaki to ogień, a córcia lodowa królowa! Katarzyna siedząc na ławce pilnowała ulubionej dziewczynki Zofii i Piotra.

Tylko dwójka? Poczekaj, aż przyjedzie Eryk jego żona modli się, żeby piąty nie był chłopcem!

Wiedzą już?

Nie. Przemyka się jak ninja! Zofia się zaśmiała. Eryk mówi, że jest gotowy na wszystko.

Jeju, jaki upał dzisiaj! Katarzyna ociera pot, zagląda pod daszek dłoni, wzdycha i zerka na Zofię. Powiedz mi, a ty naprawdę jesteś szczęśliwa?

Zofia zamyśliła się.

Trudne pytanie. Czego trzeba do szczęścia? Żeby byli bliscy? Są. Żeby zdrowi? Bóg zapłać, jest dobrze. Żeby dzieci rosły szczęśliwe? Wychodzi im z Piotrem chyba Czyli jest szczęśliwa. Po prostu, zwyczajnie, bez wątpliwości.

Tak!

Uśmiech Zofii zmieniał wszystko wokół. Katarzyna, jak co dzień, zdumiona była tą zmianą nawet upał nad Warszawą nagle wydawał się mniej dokuczliwy i w powietrzu powiało orzeźwiającą nutą.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

9 − sześć =

Upał. Katarzyna