Upał. Katarzyna
Zbyszek i Grażyna pobrali się dopiero dwa lata po poznaniu się.
Swoje szczęście budowali bardzo ostrożnie, niemal na paluszkach, ważąc każde słowo i każdy gest. Nic dziwnego. Oboje mieli już za sobą różne doświadczenia wiedzieli, że uczucia bywają zwodnicze, a miłość nie zawsze przychodzi od razu i na zawsze. Próbując się połapać w tym, co dostali w nagrodę za przebyte zawody i straty, zastanawiali się, czy temu nowemu, zdobytemu po przeżyciach uczuciu warto zaufać.
Pani Anna, mama Zbyszka, też trzymała język za zębami. Nie chciała spłoszyć szczęścia syna, który zmienił się nie do poznania znów wyprostowany, z iskrą w oku, zaczął się stroić na randki jakby zaraz miał iść do USC na ślub.
Grażynę Anna poznała prawie od razu. Ze zmartwieniem przyglądała się przyszłej synowej, ale nie dopatrzyła się u niej niczego, co przypomniałoby Zbyszkowi jego byłą żonę, Angelikę. Grażyna nawet nie chciała słyszeć o wyprowadzce do Zbyszka przed ślubem.
Nie, Zbyszek, to niepotrzebne. Pani Helena (tak miała na imię opiekunka Grażyny) nie zrozumie tego, a bardzo cenię jej zdanie. To wspaniała kobieta, dużo dla mnie zrobiła, a przy tym choruje i potrzebuje pomocy. Na razie nie zmieniajmy nic, przecież nam się nie spieszy.
Zbyszek nie upierał się dłużej. To i tak nie przeszkodziło ich relacji wręcz przeciwnie, przedłużona faza randkowa pozwoliła im dobrze się poznać.
Do Anny Grażyna wprowadziła się dopiero przed samym ślubem. I to z bardzo smutnego powodu.
Pani Helena zmarła.
Już od jakiegoś czasu skarżyła się na serce. Grażyna prowadziła ją po lekarzach, odciążyła w domu, starała się pomóc jak mogła ale było to tylko odwleczenie najgorszego. Pewnego popołudnia, gdy Grażyna wróciła z pracy, zobaczyła panią Helenę w jej ulubionej altanie z listem od wnuczka w dłoniach. Zawołała do niej raz, drugi i dopiero podchodząc zrozumiała, że pani Helena już nie żyje.
Wezwała karetkę, ale na pomoc było za późno.
Po telefonach do Zbyszka i synów pani Heleny długo płakała, siedząc przy altanie, wspominając wspólne wieczory nad rzeką, gotowanie przetworów w letniej kuchni, śpiewanie piosenek. Pamiętała, jak pani Helena przyjęła ją pod swój dach ciepło, bez wścibstwa, wtedy, kiedy Grażyna naprawdę potrzebowała pomocy, a nie miała nikogo.
Dziękuję powtarzała w myślach, oddając hołd tej, która pierwsza wyciągnęła do niej rękę.
Następnego dnia, synowie pani Heleny przyjechali z rodzinami. Po formalnościach, starszy wziął Grażynę na rozmowę.
Mama chciała, żebyś dostała część domu. My z bratem nie zamierzamy tu się przeprowadzać, zależało jej, żeby ktoś opiekował się domem. Jest testament. Jesteśmy wdzięczni, że byłaś przy niej aż do końca.
Nie mogę pokręciła głową Grażyna. To wasz dom. Mogę go doglądać, ale spadek należy się tylko wam, bo mama was naprawdę kochała.
Zostało jak mówiła znalazła najemców na dom i utrzymywała kontakt z rodziną pani Heleny.
I właśnie jedna z jej synowych pomogła Grażynie, gdy ta pół roku po ślubie leżała w szpitalu.
Ciąża pozamaciczna, musicie wreszcie pomyśleć o swoim zdrowiu! pokrzyczał na nią ginekolog Jeszcze dobrze, że była pani z mamą! Mogło się naprawdę źle skończyć!
To teściowa. Ale i tak ma pan rację przyznała Grażyna.
Miała pani już wcześniej problemy?
Niestety, tak.
Jeśli marzycie o dzieciach, czas na gruntowne badania. Inaczej jedyną opcją może być dla was in vitro.
Grażyna przyjęła to spokojnie. Płakała dopiero później teraz ważniejsze było, co zrobić dalej. Bardzo chciała dzieci. W końcu marzenie to stało się wręcz jej obsesją.
Wszystko zatrzymała Anna.
Grażynko, porozmawiamy wieczorem? przyszła do synowej, gdy Zbyszek pojechał służbowo do innego miasta.
Już prawie od początku małżeństwa mieszkali osobno. Kupili niewielkie mieszkanie Zbyszek dobrze sobie radził, matka nawet zastanawiała się, czy nie zainwestować w dom pod agroturystykę.
Rodzice Grażyny myśleli nawet, by im pomóc finansowo, ale Zbyszek nie chciał.
Grażynko, sami damy radę. Rodziców zawsze miło widzieć, ale o mieszkanie dla żony chcę zadbać sam.
Ojciec przyjął to z szacunkiem, ściskając mu dłoń: Dobrze chłopak, mama może być dumna!
Anna była zachwycona wyborem syna i decyzją, by nie zwlekać z powiększeniem rodziny.
Ale widząc, jak na czole Zbyszka pojawia się znajoma zmarszczka, a Grażyna biega po lekarzach szukając odpowiedzi, Anna zdecydowała się wkroczyć.
Grażynko, wybacz, jeśli zabrzmię nie tak… ale powiedz mi, co cię tak martwi? Widzę przecież, że ciężko ci.
Wszystko się nie udaje, mamo A jeśli nie będę mogła mieć dzieci? Będę musiała odejść od Zbyszka! Nie wybaczę sobie, żeby stracił przez mnie sens życia
Oj, Grażyna, ty nawet nie wiesz, ile już zrobiłaś dla Zbyszka! On przy tobie odżył. A dzieci… to cudowny dar, ale w małżeństwie jest coś więcej niż rodzicielstwo. Uwierz mi, u nas Zbyszek pojawił się po długich staraniach. Myślałam, że mąż jest ze mną tylko dla dziecka i zostawi mnie, jeśli tego nie dostanę. Rozstaliśmy się na rok Dopiero zrozumiałam potem, jaka byłam głupia! Bo mąż i żona to nie tylko dzieci. To coś większego. A Zbyszek jest bardzo podobny do taty…
Chyba rozumiem…
To nie psuj tego, co zbudowaliście! Daliście sobie nawzajem sens pilnujcie tego! Jeśli miłość dostanie szansę, przetrwa wszystko.
A jak wam udało się mieć Zbyszka? wyskoczyła Grażyna.
A bo ja wiem! Anna się roześmiała przez łzy. Do ostatniej chwili myślałam, że jestem chora, nie w ciąży! Pogodziliśmy się już z losem, aż tu taka niespodzianka!
Oby i mnie taka spotkała westchnęła Grażyna.
A może zadzwonisz do synowej pani Heleny? Ona przecież świetny lekarz! Może coś wymyśli?
Grażyna aż się stuknęła w czoło.
Jak mogłam o tym zapomnieć?!
Tydzień później była już w Warszawie na badaniach. Tam ją przyjęto z otwartymi ramionami.
Rok później urodziły im się bliźniaki.
Szczęście zapukało do drzwi Zbyszka i Grażyny, rozgościło się i najwyraźniej nie miało zamiaru odchodzić.
Po bliźniakach do rodziny dołączyła jeszcze cudowna dziewczynka, którą z mężem adoptowali, kiedy już wiedzieli, że na więcej swoich pociech nie mają szans. Ta decyzja dojrzewała w nich długo, ale okoliczności przyszły niespodziewanie. Dawna znajoma Zbyszka, która właśnie urodziła, usłyszała diagnozę ciężkiej choroby. I wieści te przyniósł im Arek, ich sąsiad:
Biedna Małgosia Zbieramy pieniądze, Zbyszek. Chcemy wysłać ją do Krakowa może tam pomogą? Już prawie wszyscy się złożyli.
Jasne, zaraz przelewam i suma, jaką przelał Zbyszek, była porządna już po kilku dniach Małgosia pojechała na leczenie. Anna zaoferowała, że z nią pojedzie, bo Małgosia oprócz babci nie miała bliskich, a przy dziecku potrzebna była pomoc.
Niestety, lekarze zdołali tylko przedłużyć jej czas pozwolić, by zdążyła zadbać o przyszłość córki.
Z prośbą o adopcję dziewczynki zwróciła się najpierw do Anny, a ta przyniosła wiadomość synowi i synowej. Odpowiedź była oczywista nie odmówili.
I tak w domu pojawiła się córeczka.
W maleńkim mieszkaniu Zbyszka i Grażyny zaczęło być ciasno. Maluchy rosły, trzeba było coś zmienić.
Anna znów przejęła inicjatywę.
Zbyszek, mamy przecież pieniądze odłożone na pensjonat kupcie sobie coś większego, dla was wszystkich!
Mamo, a twoje marzenie?
A właśnie tu jest moje marzenie! Anna całuje śmiejącą się wnuczkę w głowę, a na bliźniaków wskazuje głową. Nic już mi więcej nie trzeba! Miłości i czasu z wnukami. A wy remontujcie sklepy, ja posiedzę z dziećmi. Szukajcie mieszkania ale porządnego, żeby każdy miał swój kąt!
Udało się znaleźć duże, jasne, słoneczne mieszkanie dzieciaki biegały po pokojach, robiąc echo, a Grażyna śmiała się, słuchając jak synowie próbują nauczyć siostrę wołać halo.
Bierzemy! zdecydował Zbyszek, patrząc na rodzinę.
Jedyną rysą na ich nowym szczęściu okazała się właśnie Katarzyna starsza z bloku, która uznała, że rodziny wielodzietne są podejrzane i wymagają nadzoru sąsiadów i opieki społecznej. Tak na wszelki wypadek.
Cały czas ktoś do nich przychodzi. Dzieci biegają boso po korytarzu! Sama widziałam! Najmłodsza córka wiecznie śpi na spacerach dziwne to wszystko!
Katka, nie przesadzasz? Upalnie, dzieci bosonogie, lekarz ci powie że to zdrowo A że gości mają nie szaleją, nie piją Czy trzeba na siłę wymyślać kłopoty? przekonywały sąsiadki słuchając, jak rumiani chłopcy Grażyny opowiadają jej z przejęciem, jak grali na boisku. Fantazja fantazją, prawdy nie dojdziesz
A jak będziecie czekać, dzieci wpadną w kłopoty! Z wierzchu niby porządni, a co za zamkniętymi drzwiami? Mi to się nie podoba! Za miło tam, za różowo. Nie wierzę! I się dokopię. Bo nie może być tak, że komuś się układa! Tak nie bywa!
Sąsiadki się krzywiły, ale Katarzyna uparcie tropiła ich życie. Ona, wychowana przez matkę, która zamieniła życie dzieci w koszmar, bała się szczęścia innych.
Katka dorastała w rodzinie partyjnych działaczy, gdzie sztywna dyscyplina obowiązywała nie tylko w pracy, ale i w domu. Bracia i ona znała noc na kolanach w kącie jak własną kieszeń. Ba, jeśli nie skończyło się na pasie lub grochu, można było mówić o szczęściu! Ale wśród ludzi rodzina zawsze była nieskazitelna. Rękawy marynarek zakrywały siniaki na rękach, Katka chodziła w warkoczu nie bo dla szkoły, tylko matce było łatwiej złapać za włosy, gdy ją karała.
Ani razu Katka, ani jej bracia nie wygadali się nikomu, jakich metod używali rodzice, których wszyscy chwalili za dobre wychowanie dzieci. Jak tylko nadarzyła się okazja, wszyscy troje uciekli z domu i już nigdy się z rodzicami nie kontaktowali ani z matką, ani z ojcem, który pozwalał na okrucieństwo w imię dyscypliny.
Bracia Kontaktów z siostrą nie utrzymywali wszyscy chcieli zapomnieć. I pamięć z czasem zakopała nie tylko sprawców, ale i wszystkich świadków.
Katarzyna nie założyła własnej rodziny. Facet, z którym próbowała być, szybko ją stracił, gdy tylko podniósł kapcia na własnego chorego pieska, gdy ten nabrudził na podłogę.
Nie bij jej! wrzasnęła Katka i wzięła psa na ręce, po czym wyniosła się od razu.
Zabrała rzeczy i pieska, który został jej bez oporu, i wróciła do mieszkania po babci.
Babcia Katarzyny ze strony matki była równie surowa i złośliwa. Katka spędziła przy niej ciężkie lata. Jak zmarła, odetchnęła z ulgą.
Krótko mówiąc, Katarzyna nikogo szczególnie nie kochała, pamiętając, że w dzieciństwie nikt nie zareagował na jej krzywdę. A siniaki bywały widoczne, bracia czasem nie pojawiali się w szkole, bo nie mogli usiąść. Ale nikogo to obchodziło.
A teraz próbowała wynagrodzić bierność innych, patrząc nieufnie na rodzinę Grażyny. W ich bloku takich dużych rodzin po prostu nie było.
Pewnego popołudnia, gdy Grażyna z synami bawiła się pod blokiem, spojrzała na zegarek córka miała niedługo się obudzić, a chłopcy zaraz na zajęcia. Przedszkole już prawie było gotowe, a póki co prowadzała chłopców do centrum zabaw i na piłkę.
Pod klatką czekała na nią Katarzyna.
Znowu twoje dzieci biegały boso? Nie stać was na buty?!
Grażyna uśmiechnęła się pod nosem. Buty chłopaków kosztowały więcej niż najlepsze adidasy Zbyszka. Ale Zbyszek kazał nie oszczędzać na sprzęcie bo synowie grali dużo, a kontuzje to norma.
Znowu się śmiejesz! Co tu śmiesznego?! Masz dzieci, dbaj o nie! Karm, ubieraj, zajmuj się!
Katarzyna się zaczerwieniła, oburzona spokojem Grażyny.
Mamo, daj cioci Kasi wody!
Bliźniaki już miały wyciągnąć butelkę wody, gdy Katarzynie zrobiło się słabo. Pociemniało jej w oczach, gdzieś daleko zabrzęczały irytujące komary i pewnie by się przewróciła ze schodów, gdyby nie Grażyna.
Karetka zjawiła się szybko i Katarzynę zabrano do szpitala. Gdy przyszła do siebie, przy łóżku czekała Grażyna. Dzieci zostały z Anną, którą Grażyna zaalarmowała.
Co mi jest? bełkotała Katarzyna.
Spokojnie, wszystko będzie dobrze pogładziła ją Grażyna. To udar. Ale lekarze opanowali sytuację, to przez upał. Odpoczniesz i wrócisz do siebie! Nie płacz, jestem tutaj. Wypocznij, to najważniejsze.
Grażyna słowa dotrzymała. Zajęła się Katarzyną, bo wiedziała od sąsiadów już to słyszała że to samotna, totalnie opuszczona osoba, która nie ma już nikogo.
Dlaczego? spytała łamiącym się głosem Katarzyna.
Tak trzeba. Źle być samemu. Dobrze to wiem.
Skąd?
Znam samotność, bardzo źle się z nią gada. Ale nie martw się, nie zostawię cię z nią. Teraz moja kolej się tobą zająć!
I nie zwracała uwagi na łzy Katarzyny. Zresztą odkąd ta znalazła się w szpitalu, Grażyna nie widziała w jej oczach dawnej złości. Była po prostu starszą, samotną sąsiadką, rówieśniczką jej mam i teściowej. Grażynie zrobiło się jej żal mogła mieć rodzinę, dzieci, wnuki, a została jej tylko władza nad mieszkańcami klatki i mały ogródek z najpiękniejszymi różami w okolicy. Skoro ktoś potrafi takie kwiaty pielęgnować, to i w duszy musi mieć coś dobrego.
Dwa lata później.
O rany, Grażyna, jak ty sobie z nimi radzisz?! Twoja córka taka spokojna, a chłopaki rozrabiaki jakich mało! Katarzyna siedziała na ławce i obserwowała swoją ulubienicę córeczkę Grażyny i Zbyszka.
Oj, ciociu Kasiu, to jeszcze nic! Ich tylko dwoje, a u Arka czwórka! Jak wszyscy się spotkają, to uciekam z domu. Jego żona już tylko się modli, by piąte nie było znowu chłopakiem!
Wiedzą już kto?
Nie, chowa się! śmiała się Grażyna. Arek twierdzi, że na wszystko jest gotów.
Boże, co za upał! Katarzyna wzdycha i zasłania oczy dłonią przed słońcem. Powiedz mi, jesteś szczęśliwa?
Grażyna się zamyśliła.
Co czyni człowieka szczęśliwym? Bliscy? To mam. Zdrowie? Odpukać, jest OK. I dzieci rosną jak trzeba. To znaczy, że jestem naprawdę, zupełnie i bez cienia wątpliwości szczęśliwa.
Tak!
Grażyna się uśmiecha, a Katarzyna jak co dzień zdumiewa się, jak bardzo jeden uśmiech potrafi zmienić świat.
I nawet ten letni upał, który przez całe lato dawał się miastu we znaki, nagle wydaje się lżejszy tak jakby zawiał świeży wiatr.



