— Co my mamy na obiad? — zapytał Tadeusz, węsząc powietrze. — Gotujesz coś?
— Tak. Ciasteczka dla Lorda. Z indykiem i płatkami owsianymi — z dumą odparła Bogna, wyjmując blachę z piekarnika. — On teraz przeżywa trudny okres. Linieje, ma zabiegi pielęgnacyjne, humor mu się zmienia. Postanowiłam go rozpieszczać.
Bogna kręciła się przy stole w krótkim szlafroku w kolorze śmietankowym. Przy jej nodze podskakiwał Lord — mały, puszysty szpic miniaturowy, z oczami pełnymi uwielbienia, jak u wiernego wyznawcy. Szczekał i popiskiwał z radości.
Tadeusz nie podzielał ich entuzjazmu. Wyrywał się z pracy na obiad, ale wyglądało na to, że dzisiaj obiad czekał tylko Lorda.
— Świetnie — mruknął. — A co dla nas?
— No nie wiem. Możesz sobie jajecznicę usmażyć. Albo zamówimy coś. Sam przecież mówiłeś, że ci wszystko jedno.
Nie sprzeciwiał się. Bo faktycznie tak mówił. Bo kłócić się o jedzenie wydawało mu się dziecinne.
Bogna wzięła Lorda jeszcze zanim poznała Tadeusza. Kiedy miała dziewiętnaście lat, zmarła jej matka. Ojciec, nie wiedząc, jak pocieszyć córkę, po prostu przyniósł szczeniaka.
Od tamtej pory Lord stał się centrum jej świata. Kiedy wprowadziła się do Tadeusza — a raczej wymusiła na nim, by wpuścił ją do swojego dwupokojowego mieszkania w Warszawie — Lord oczywiście pojechał pierwszy. Dosłownie. W ogromnej transporterce na przednim siedzeniu taksówki, bliżej kaloryfera, żeby nie zmarzł.
Tadeusz nie protestował. Wtedy wydawało mu się urocze, jak rozmawia z psem, jak się nim opiekuje. Po trzech latach ta wzruszająca miłość zaczęła przypominać patologiczną zależność. I — niestety — nie rozciągała się na nikogo innego.
Tadeusz w milczeniu jadł zupę chińską, stojąc przy zlewie. Prawie w porę pojawiła się Genowefa. Jakby wyczuwała sercem, co dzieje się w życiu syna. Weszła do domu z torbą, w której kryły się pojemnik z rosółem, opakowanie twarogu i starannie zawinięta w folię pierś z kurczaka.
— No i co, jak się żyje młodym? — zawołała wesoło z progu.
— Wszystko w porządku, mamo. Bogna piecze Lordowi przysmaki.
— O, znowu Lord. No, zawsze lepiej, niż dla gości. Raz przypadkiem spróbowałam jego „specjałów” — zażartowała, chowając w tym żarcie ziarno prawdy.
Bogna udawała, że nie zrozumiała aluzji. Odsunęła się, przepuszczając teściową, i rozpromieniła się uśmiechem.
— Dziś mamy ciasteczka z indykiem! Chce pani spróbować? Bez wątróbki, inny przepis.
— Nie, dziękuję. Ja dziś rano upiekłam kurczaka. Dla ludzi — odparła Genowefa i skierowała się prosto do lodówki.
Doświadczone oko teściowej prześlizgnęło się po zawartości. Półka z jogurtami, karton mleka, słoik dżemu — tego samego, który przyniosła im pół roku temu.
Za to na osobnej półce stały równo pojemniki z jedzeniem dla Lorda. Z podpisami, z narysowanymi na kolorowych karteczkach serduszkami.
— No tak, najważniejszy Lord — mruknęła Genowefa, zamykając drzwiczki.
Tadeusz westchnął i wyszedł. Za wcześnie, głodny, z ciężkim sercem. Wciąż żył nadzieją, że to drobiazgi, że wszystko się ułoży, że da się to naprawić. Ale coś nie wychodziło.
Minął rok. Wiele się zmieniło. Przynajmniej rodzina się powiększyła. Bogna urodziła chłopca, Krzysia. Na początku babcia sądziła, że teraz życie synowej wróci do normalności.
Ale rzeczywistość szybko otrzeźwiła Genowefę.
Krzyki dziecka usłyszała już na klatce schodowej. Przenikliwe, urywane, rozpaczliwe.
— Co się tu dzieje?! — krzyknęła, przepychając się obok synowej.
Gdy weszła do sypialni, serce zamarło jej w piersi. Krzyś leżał na łóżku cały czerwony od płaczu, z mokrą od łez buzią. Pielucha pod nim była przemoczona. Ale najgorsze było to, że obok niego siedział Lord. Lizał twarz niemowlęcia, jakby próbował go pocieszyć.
— Oszalałaś?! — warknęła Genowefa, chwytając psa za kark.
Lord warknął i zaczął się wyrywać. Bogna podbiegła za teściową z nadąsaną miną. Gdy zobaczyła, co się dzieje, wyrwała psa z rąk Genowefy i przycisnęła go do piersi.
— Po co pani tak krzyczy? On tylko chciał go uspokoić! Lord dziś miał ciężki dzień! Byliśmy u weterynarza — Bogna zmarszczyła brwi, osłaniając psa dłoniami. — Pani go przestraszyła!
— On ma być tym, który cierpi?! — Genowefa ledwo łapała oddech ze złości. — A dziecko, według ciebie, co? Śpiewa?
Bogna przewróciła oczami i niechętnie podeszła do syna. Spojrzała na niego z obojętnością, odwróciła się i poszła do kuchni.
— Zaraz mu podgrzeję mleko.
Genowefa wzięła chłopca na ręce. Pielucha była mokra. Na podłodze leżała pusta butelka. Może zapasowa. Na smoczku widać było ślady zębów. A Krzysiu jeszcze zębów nie miał…
To mógł być tylko Lord. Chyba że Bogna sama pogryzła smoczek. Genowefa już niczym się nie dziwiła.
Teściowa wzięła dziecko i poszła do kuchni, gdzie synowa rozrabiała mleko. Bogna poruszała się powoli, leniwie. Krzyś wciąż łkał za jej plecami, ale nawet się nie odwróciła.
— Dlaczego jest na mieszance? — spytała ostro Genowefa.
— A co, mam go karmić piersią? Siedzieć na tych dietach? Dziękuję, słyszałam o nich. Kapusty nie wolno, sera nie wolno, mandarynek nie wolno… Nie, dziękuję. Ja też siebie lubię.
— A jego już nie? — w głosie Genowefy brzmiało zimneGenowefa wzięła głęboki oddech, przytuliła wnuka mocniej i pomyślała, że od dziś Krzyś będzie miał prawdziwą rodzinę — bez względu na to, co powie jej syn.



