A ty to dlaczego się na mnie drzesz?! oburzył się facet. Ja tu dbam i karmie twoją żonę, a ty mi się jeszcze gębę wydzierasz?! O co w ogóle chodzi?! Przez dobre pół godziny przekrzykiwali się tak, dopóki ptak nie zachrypł, a człowiek nie padł z wycieńczenia
Wracał do domu po rannym kursie w fabryce. Przed nim był weekend, co już poprawiało mu humor. Ale nie chodziło tylko o odpoczynek. W sobotni wieczór miało się w końcu odbyć to wyczekiwane spotkanie z kobietą, którą poznał w internecie.
Pisali do siebie ponad miesiąc: gadali o pracy, hobby, wymieniali się przemyśleniami o życiu, jednym słowem klasyka. I w końcu umówili się na randkę. Wystarczyło tylko zadzwonić do przytulnej knajpki, zarezerwować stolik i wybrać właściwy sweter.
Zamyślony, prawie doszedł pod swój blok typową, warszawską dziesięciopiętrową płytę, w której na czwartym piętrze miał swoje dwa pokoje z kuchnią. Zostało mu może z pięćdziesiąt metrów. Jeszcze jeden krok i życie mogłoby się potoczyć zupełnie inaczej, ale
No właśnie. Ale.
Prosto przed wejściem, z drzewa, o którym zwykle nawet nie pamiętał, nagle spadła mu pod nogi wrona. Uderzała skrzydłami i wydawała taki skowyt, że aż echo niosło się po osiedlu. Nad głową wrzeszczała cała zgraja koleżanek z gałęzi, jakby w Warszawie wydarzył się największy dramat sezonu.
Tego mi brakowało mruknął pod nosem.
Wrona usiłowała wstać, ale za każdym razem znowu się przewracała. Od razu zauważył, że prawą łapę miała w nienajlepszym stanie, najpewniej złamaną.
No i co ja mam teraz z tobą zrobić? zapytał sam siebie, chyba bardziej z rozpaczy.
Nie umiał przejść obojętnie. Zdjął kurtkę, delikatnie przykrył ptaka, żeby się nie wyrywał, i pognał do klatki. Za plecami niosły się wrzaski wroniej chołoty, że aż mu się ciarki po plecach przeszły.
Na miejscu ostrożnie wyjął ptaka, by obejrzeć łapę. Wrona zareagowała natychmiast dziobnęła go w palec.
No jasny gwint! zaklął, w ostatniej chwili oplecionym kawałkiem tetry przytrzymał jej dziób.
Weterynarze nie chcieli się zajmować ptakami, a znajomi tylko wzruszali ramionami. Wtedy go olśniło przecież jest świetnym mechanikiem, to i z ptasią łapą powinien coś wykombinować.
Ułożył rannego ptaka w niskim kartonie wyłożonym miękkim ręcznikiem i postawił na parapecie. Imię też nadał z marszu Halina.
Przez dwie godziny dłubał, żeby zrobić szynę: wystrugał rynienkę z drewna, wszystko złączył izolacją dzieło sztuki, nie szyna. Potem ostrożnie poluzował jej dziób.
Halina od razu chciała go znowu dziobnąć.
Spokojnie, ptaszyno. Ja tu ratuję! Ale zaraz, zaraz Trzeba cię jeszcze nakarmić i napoić.
Internet poradził trzeba zaliczyć wędkarski i aptekę. W pierwszym kupił dżdżownice i białe robaki, w drugiej pincetę i strzykawkę. W domu czekało go ptasie SPA na siłę otwieranie dzioba i karmienie, do tego pojonek prosto ze strzykawki. Wrona pracowała dziobem lepiej niż blender, a on klął pod nosem, ale nie odpuszczał.
W końcu padli oboje. Halina objedzona, napojona, wycieńczona bólem i frustracją, zasnęła. On zasnął zaraz po niej.
Rano to samo: karmienie, protesty, upór z obu stron. Nagle zauważył, że na zewnętrznym parapecie siedzi dorodny wroni samiec i łypie na niego jak ochroniarz w Biedronce.
Nawet nie wiedział czemu, ale otworzył okno.
To ty jesteś ten mąż Haliny? Wchodź, zobacz, ja tu tylko pomagam.
Wielka wrona przekrzywiła głowę, spojrzała raz na Halinę, raz na niego, w końcu ostrożnie wlazła do środka.
Halina tylko skrzypnęła. Wron rozłożył skrzydła, jakby chciał powiedzieć swoje ostatnie słowo.
No i po co się tak drzesz?! żachnął się facet. Ratuję i karmie twoją żonę, a ty jeszcze awanturę robisz?! Żarty jakieś?
I tak sobie pokrzyczeli przez pół godziny, aż wron zachrypł, a facet opadł z sił.
Wtedy postawił przed ptakiem dwie miseczki z robaczkami i dżdżownicami. Bez słowa.
Ptak powąchał, ocenił, a potem dorwał się do uczty.
No proszę bardzo zaśmiał się facet. Nawet mi się nie śniło, że kupuję robale na wroniego narzeczonego.
Najedzony wron podreptał do Haliny i zaczął czule poprawiać jej pióra.
O proszę… facet aż się wzruszył. Takie rodzinne czułości. Spokojnie, wyciągniemy Halinę na prostą. Bylebyś ją przekonał, żeby nie dziobała i jadła jak trzeba.
Nocą wron ulotnił się, ale rano znów się pojawił, zastukał w szybę i czekał, aż go wpuszczą. Skontrolował Halinę, spokojnie zjadł śniadanie.
Dzień dobry uśmiechnął się facet. Wygląda na to, że zaczynamy się dogadywać
Podczas kolejnego karmienia żona wron obserwowała, a samiec nie wtrącał się w ogóle.
Wtem człowieka uderzyło jak grom. O rany jęknął, chwytając się za głowę. Przecież ona czeka! Nie zadzwoniłem, nie zarezerwowałem stolika
Wyciągnął telefon, zadzwonił.
Przepraszam bardzo zaczął nieśmiało, bardzo uczciwie opisując ptasi dramat.
Czyli dla pana jakaś tam wrona ważniejsza od spotkania ze mną?! przerwała mu oburzona kobieta.
Ależ nie to nie tak po prostu wyszło, życie
No to żyj pan sobie z wroną! rzuciła, odkładając słuchawkę.
No i po herbacie westchnął facet do wrona. Randka skończona, nawet się nie zaczęła.
W tym momencie wielka wrona wskoczyła na stół i dumnie rozpostarła skrzydła, jakby chciała rzecz: „Głowa do góry, chłopie!”.
Facet się roześmiał. Nie wiem, czy rozumiesz, co do ciebie mówię, ale chyba poczułem, że mam wsparcie. Trzeba się trzymać!
W tym momencie zadzwonił dzwonek do drzwi. Za progiem stała sąsiadka z piątego piętra sympatyczna kobieta, która zawsze winda mu się przelotnie uśmiechała.
Przepraszam, że tak wpadam powiedziała nieśmiało. Ale już trzeci dzień pod pańskim oknem krąży stado wron. Wszystko w porządku?
Trudno to wytłumaczyć na szybko zawahał się. Może pani sama zobaczy.
Weszła do mieszkania i oniemiała.
Serio pan ratuje wronę?
Halinę poprawił z powagą.
To ten samiec to pewnie Marian roześmiała się.
Jej śmiech był jak dzwonki, dawno nie słyszał nic przyjemniejszego. Patrzył na nią i pomyślał, że nie żałuje tej straconej randki.
Marian jeszcze raz rozłożył skrzydła, przeszedł dumnie po stole, a sąsiadka znowu parsknęła śmiechem.
Od tego dnia wszystko jakoś się ułożyło. Marian polubił sąsiadkę gdy tylko się zjawiała, zaraz zaczynał się popisywać i próbował być bliżej. Ona się śmiała i rumieniła. Halina w końcu pojęła, że tu nikt jej krzywdy nie chce, więc przestała się szarpać i sama zaczęła coś podjadać. Zdrowienie przyspieszyło. Facet zostawił nawet jej zapasowy klucz kiedy był w pracy, sąsiadka wpadała ratować Haleczkę.
Z sąsiadką dogadywał się coraz lepiej. Już miał ją zaprosić na kawę, gdy stało się coś jeszcze
Wracał wieczorem po zmianie. Dzień był wyjątkowy na lunchu wybrał się do jubilera, kupił jej drobną srebrną bransoletkę z czerwonym serduszkiem.
Szło mu się lekko, pod nosem już ćwiczył, jak wręczy ten drobiazg. Ale spod latarni wyskoczyło dwóch opryszków.
Dawaj portfel, telefon i zegarek! warknął jeden z nożem.
Oddawaj jeszcze kurtkę rzucił drugi.
Facet nawet nie zdążył się przerazić.
Nagle z góry zwaliła się czarna chmura. Piski, wrzaski, kłapnięcia stado wron rzuciło się na napastników.
Facet w nogi, a rano…
Na progu stanęła blada sąsiadka, trzęsąca się z emocji.
Jezu, jesteś cały! Już myślałam, że to ciebie napadli
Co się stało? zapytał, głaszcząc ją uspokajająco po głowie.
W nocy na dwóch przechodniów napadło stado wron. Mało co ich nie zadziobały. Teraz są w szpitalu, podobno ciężko ranni
Roześmiał się i przypomniał sobie:
A ja mam dla ciebie prezent.
Oj, naprawdę nie trzeba peszyła się.
Ale, gdy pokazał jej srebrną bransoletkę z serduszkiem, uśmiechnęła się szeroko i dała mu buziaka w policzek.
Ale śliczne. Dziękuję powiedziała i już brała do ręki, gdy
No właśnie zawsze to „ale”!
Jak strzała przeleciał Marian i zręcznie wyrwał jej bransoletkę. Dumnie poleciał obok niemal zdrowej Haliny i ułożył zdobycz przy jej łapach.
Facet i sąsiadka aż się zapłakali ze śmiechu.
Kupię nową obiecał.
Marian rozwinął skrzydła i dumnie ryknął „Kraaa!”. Halina złapała bransoletkę i schowała ją w pudełku.
A on i sąsiadka, już bez kolejnych „ale”, po prostu całowali się na klatce schodowej.
I jakie to ma znaczenie?
Takie rzeczy to przecież rodzinne sprawyOdkąd w ich życiu pojawiły się wrony, każdy dzień był jak nowa przygoda. Marian i Halina zamieszkali w pobliskim parku, ale co rano zaglądali do okna, stukając w szybę zawsze razem. Czasem przynosili na znak przyjaźni okruchy chleba albo połyskliwy papierek. Sąsiadka coraz częściej spędzała wieczory u niego, gotując we dwoje, śmiejąc się do łez ze wspomnień o ptasiej mafii.
Już się nie martwił, że ktoś kiedyś odejdzie bez słowa. Bo czasami wystarczy zamienić randkę z internetu na skandynawski film przyrodniczy we własnym domu i odkryć, że całe szczęście przysiadło właśnie pod twoją parapetową jabłonką.
A kiedy siedzieli tak razem, z herbatą, patrząc, jak Halina i Marian popisują się na gałęzi, wiedzieli, że w tym mieszkaniu już zawsze będzie miejsce dla cudzych historii, dla nieoczekiwanych przyjaźni i dla wszystkich tych, którzy trafili tu nieco pokiereszowani, a którzy potem nauczyli się znowu rozpościerać skrzydła.



