Trzy nici. Trzy przeznaczenia

Trzy nici. Trzy losy.

Co ona powiedziała? Weronka, nie dosłyszałam, co? Zofia Wiktorowna pochyliła się trochę do przodu i w bok, bliżej idącej obok przyjaciółki, Wereny Pawłownej.

Weronka zaczęła tłumaczyć, o czym przed chwilą rozmawiały mijające je mama z dziewczynką na oko siedmioletnią.

W tej ich szkole jakiś łobuziak, a ona mu powiedziała…

Weronka mówi głośno, na cały chodnik. Zofia słucha uważnie, nie przerywa, potem spogląda za tamtą dziewczynką, kiwa jej w ślad.

Fajna, czyściutka dziewczynka. Ale jakaś taka zbyt poważna! podsumowuje po chwili.

Dlaczego? dziwi się Zofia Wiktorowna, łapie koleżankę pod ramię i ciągnie, bo sygnalizacja już od dawna zielona, a auta, ustawione gęsiego, czekają, aż te dwie starsze panie przejdą wreszcie przez ulicę.

Co? Nie słyszę, Zosiu, co? pyta jeszcze raz Weronka, rozgląda się nerwowo, ściska torebkę i szybkim, małym kroczkiem przechodzi na drugą stronę.

Mówię, czemu poważna taka? znowu głośno powtarza Zofia.

Aaaa… Bo tak.

Czasami Zofia Wiktorowna nie lubi tłumaczyć swoich spostrzeżeń. Może z lenistwa, a może, bo wydaje jej się to oczywiste.

Dziewczynka wzięła na siebie naprawianie lenia i rozrabiaki? Robi mu uwagi, wychowuje? E, dzieciaki! Tak się tego nie załatwi… Tak to nie idzie!

Zosia kręci głową w rytm swoich myśli, a Weronka wzdycha. Czasem przyjaciółka jest nie do wytrzymania w tej swojej tajemniczości. Ale też bez Zosi ten świat, tak inny, za głośny i zbyt barwny, byłby nie do ogarnięcia.

Weronka i Zofia mieszkają obok siebie w Krakowie. Ich mieszkania są nietypowe, każde ma osobne wyjście na dwór, żadnych schodów, wind, wspólnych klatek. Panie zajmują parterową część dawnego dworu, który kiedyś należał do szlachcica hulaszczyka, potem zaś przekazano go znanemu artyście, który urządzając w głównym gmachu szkołę muzyczną, oddał oficyny na pracownie. Minęły lata, historia zmieniała losy dworku. A teraz, to półokrągłe, parterowe, kiedyś śmiesznie mówiąc stajenne pomieszczenie, przerobiono na kilka mieszkań. Większość lokatorów dawno wyprowadziła się do bloków, wyższych, jaśniejszych, większych. Ale Weronka z Zofią i jeszcze jedna ich przyjaciółka, Tatiana, dalej trzymają się swoich kątów, odrzucając ciągłe propozycje wykupu, zamiany, z dopłatą lub bez.

Wszystkim firmom, agencjom, restauratorom ten skrawek centrum Krakowa wydaje się smakowity. No bo gdzie bliżej Wawelu, Kazimierza, ulicy Kanoniczej, Mariackiego? Szkoła muzyczna zajęła główny budynek, ale te oficyny, dobudówki, jeszcze nie przekazane w pewne ręce.

A te trzy kobiety, wątłe, zmęczone wiekiem, walczą do końca. Tu całe ich życie, tu chcą też je zakończyć.

Idziemy do Tani zdecydowanie rusza przed siebie Weronka z tortem pod pachą. Trzeba złożyć życzenia.

Co? Co mówisz, nie rozumiem. Weronko, spojrzyj na mnie, będę czytać z ust! szarpie ją za rękaw Zofia. Głupio jej, wstyd, boi się, że w końcu Weronka wybuchnie, nakrzyczy i pójdzie. Wiadomo, głuchota irytuje, a Weronika nie jest przecież z żelaza…

Ale nie, Weronka zatrzymuje się z cierpliwością, pochyla nad Zofią i powoli, wyraźnie artykułuje słowa.

Ach tak. Tatiana zapraszała… Pamiętam! Zofia kiwa głową. Nieporozumienie zażegnane, można iść.

U Tani, biednej, już niechodzącej staruszki, dziś jest święto, urodziny córki. Lidia już od dawna dorosła, pracuje gdzieś w biurze, rzadko się zjawia. Plany świętowania też przekładano, ale Tania nie ma jej tego za złe.

Sama sobie winna jestem mówi, gdy goście zasiadają do skromnego, odświętnego stołu. I niech mi nikt na moją dziewczynę nie narzeka! podnosi palec, ale nikt nawet nie myśli. Lidia swój człowiek, o niej tylko dobrze!

Weronka głaszcze rozemocjonowaną sąsiadkę po ręku. Drobną, wyschniętą rączkę, którą mała Tania kiedyś rwała chwasty pod domem po wojnie założyły ogródek. Tą ręką dzierżyła ciężką szpadel, przekopywała glinianą ziemię, a potem, delikatnie, jakby pisklaka głaskała, sypała nasiona. Czasy były trudne głód, zimno, matki pracowały w szpitalu, dzieci same się pilnowały. Co zdobyły, to zjadły, co zrobiły, to miały. Mamy przynosiły chleb i czasem trochę masła, choć takie podejrzane, zrębowe. Tania, Weronka i Zosia nie narzekały. Wiedziały, że tak jest wszędzie.

Ale one miały ogródek, z którego wyrosła cała masa smakowitości kapusta, ogórki wspinały się po ziemi i kwitły żółtymi kwiatkami, tylko pietruszka się nie przyjęła.

Dziadek Prochoś, emerytowany agronom z sąsiedztwa, podarował im nasiona. Groził czasem, śmiał się, ale dziewczyny bardzo lubił.

Chodź tu, Weronka zawołał kiedyś z długim paznokciem. To dla was, dziewczyny. Posiejcie, będzie smak!

Nie wierzyły, że coś wyrośnie, ale wyszło. Liść pietruszki się jednak zmarnował. Dziadek zbeształ ostro: Zniszczyłyście plon!. Potem im suchara przyniósł i kazał nosy wytrzeć.

Skończy się to wszystko, wojna się skończy, twoi wrócą, a my taki sad zrobimy, że wszystkim oko zbieleje! obiecał.

Sam jednak nie doczekał. Dziewczyny patrzyły, jak go wynoszą i wiezione na cmentarz… Dużo śmierci było wtedy, ale jak odchodzi ktoś bliski to strach większy niż zawsze. A tatusiowie już nie wrócili, ogród robiły bez nich.

…Teraz siedzi stara Tania w swoim wózku, a Weronka ją głaszcze, Zosia patrzy na przyjaciółki, szykuje pieczeń, tnie ogórki. Na stole stoją kieliszki. Tania lubi żurawinówkę, bardzo szanuje domowy likier. Ugości sąsiadki, wypiją za zdrowie Lidii, za nogi Tani, które od pięciu lat już nie chodzą, za łagodną zimę, żeby nie szczypała starych kości.

Ruchliwości Tania pozbawiła się przez czysty przypadek i dlatego to takie głupie i przykre. Poślizgnęła się zimą, przewróciła, uderzyła niby lekko, a rano już nie ruszała nogami. Przerażona, cała się spociła nie mogła sięgnąć po telefon, zadzwonić do córki. Może by się przeczołgać… Ale skąd siła, z wiekiem Tania się zaokrągliła, cięższa była. Lekarze hormony, tabletki… Ona wiedziała: to starość. Nie ma się co oszukiwać.

Słyszała, jak Weronka wychodzi, nawołuje karmione od miesięcy gołębie, rozsypuje im okruszki. Potem zobaczyła jej postać za oknem mieszkania były nisko, prawie przy ziemi, zimą podłogi lodowate, trzeba było łazić w bamboszach. Wszystko jak na dłoni było widać, jak w telewizorze.

O, Weronka poleciała do sklepu pomyślała Tania z ponurą miną. Zaraz i Zosia wyjdzie. Ona lubi pospać…

Tania długo nie wołała o pomoc, leżała zmarznięta, październik wyssał resztki ciepła przez otwarty lufcik. Bardzo chciała jeść i do łazienki…

Zaniepokoiły się sąsiadki niemożliwe, by Tania nie puściła radia do śniadania! Coś nie tak. Najpierw stukali Weronka z Zosią, potem dozorca jąkał się, czy nie potrzeba pomocy, na końcu powiedział, że dziewczyny naciskają, żeby sforsować drzwi.

Słabe, drewniane wejście ustąpiło pod silnym ramieniem dozorcy, za nim wtoczyły się Zosia i Weronka.

Tania! Gdzie ty?! No gadaj, co się dzieje! krzyczała Zofia. Ona od emocji już całkiem ogłuchła, zamąciło jej się w głowie.

Zobaczyły leżącą Tanię, wszystko zrozumiały, dozorca został wyproszony.

O rany! Dziewczyny, nie patrzcie na mnie! Idźcie, nie trzeba… żaliła się Tania, a zwinne ręce Weronki już zmieniały pościel, myły, przebierały. Weronka opiekowała się już mężem po udarze, muzealnym konserwatorem, co się połamał na rusztowaniach. Weronka pochowała go osiem lat temu z ulgą i smutkiem.

Cierpiał bardzo mówiła przy grobie. Teraz ma spokój i wolność. Tam, wskazywała niebo, jest znowu cały.

Dlaczego taki drobiazgowy i kłótliwy facet, mąż Weronki, miałby iść do nieba, koleżanki nie wiedziały ale nie wnikały, niech się Weronka pocieszy…

Tanię zabrali do szpitala, diagnoza była tragiczna. Przepłakała noc, winiła siebie, tłumacząc koleżankom, że to kara.

Za co pani taka kara? pytały zdziwione.

Było za co. W wieku dziewiętnastu lat Tania urodziła córkę, uroczą, rudą Lidię. Z wielkiej miłości chłopak z równoległej klasy, pierwsze szybkie uczucia. Po skończeniu szkoły okazało się, że Tania jest w ciąży. Matka ją poturbowała ręcznikiem, kazała lecieć do szpitala załatwić. Ale nie zdążyły. Tania uciekła do wsi pod Tarnowem, do ciotki. Tam donosiła, urodziła Lidię, dwa lata żyła, pracowała w PGR-ze. Matka ich odwiedzała, pomału przyzwyczajała się do wnuczki.

A tata? Zrzekł się wszystkiego. Bo jak tu życie sobie komplikować? Przed nim studia, kariera, wyjazdy dziecko i Tania nie w planach!

Po dwóch i pół roku przyjechały z mamą do mieszkania w Krakowie. Weronka i Zosia były świetnymi nianiami. Lidia przechodziła z jednego mieszkania do drugiego, pilnowały ją trzy pary oczu.

Śmieszyło i dziwiło je to Tania była dziewczyną, a teraz już matkowała. Z czasem przestały to zauważać została po prostu tą samą Tanią, tylko bardziej zmęczoną.

Tatiana skończyła studia zaocznie, pracowała, ciągnęła dom. Mamę pochowała, gdy Lidia miała dziewięć lat.

Pewnego razu na ich zakład graficzny przyjechała zagraniczna delegacja. A tam przystojny Francuz. Żaden Urząd Bezpieczeństwa ich nie zatrzymał, choć przesłuchiwali i ostrzegali. Miłość to siła!…

Weronka i Zosia były w szoku, gdy Pierre przyjeżdżał z prezentami. W paczkach stroje, lalki, naczynia. Potem zaprosił.

Wyobraźcie sobie, rezydencja pod Paryżem! I dla mnie pokój! Tania opowiadała.

A Lidia? zapytała Weronka.

Na razie zostaje w kraju, ja się urządzę, potem ją zabiorę… tłumaczyła się podekscytowana. W jej głowie grał marsz weselny, skrzypce zagłuszały wszystko.

Mamo, a gdzie mój bilet? spytała wracając Lidia. I w szkole co powiem, przecież…

Ty zostajesz, Lidko. Ciężka podróż na razie dla ciebie. Wrócę po ciebie. Zamieszkasz z…

Tania aż podskoczyła, kiedy podarowany przez Pierrea wazon rozbił się o podłogę. Lidia rzuciła go z całej siły, za chwilę poszły w drzazgi talerze…

Później Lidia wyznała cioci Weronce, że tego dnia jakby ją ktoś zabił. Powietrza brak, duszno, a serce ściskali i w oczach ciemno.

Twoja mama wróci. I zobaczysz: bez ciebie nie wytrzyma. Wtedy zdecydujesz sama, czy wybaczysz. mówiła Weronka, gdy opadł pierwszy płacz. Nie będę osądzać twojej mamy. Ale… my, kobiety, tak bardzo pragniemy lepszego życia, że łatwo nabieramy się na obietnice. To nasza słabość.

Weronka sama się kiedyś nacięła. Na rynku kobieta obiecała sprzedać futrzaną czapkę. Zapłaciła, dała woreczek, kazała szybko uciekać. W domu okazało się w środku same szmaty… Tak to jest z marzeniami.

Tania wyjechała. Lidia nie żegnała matki, nie odpisywała na listy. O Lidii Tania wiedziała tylko z krótkich wieści koleżanek.

Po pół roku wróciła za długo dla nastolatki. Lidia jej nie wybaczyła, wszystkie pamiątki poszły na śmietnik.

A wyszłaś chociaż za mąż? cicho dopytywała Zosia.

Nie Tania pokręciła głową. Pierre z rodziną uznali, że dziecko z poprzedniego związku to nie ta klasa. Kazał mi się pozbyć Lidii. Jak to usłyszałam, spakowałam się, splunęłam i wyjechałam. Jak myślisz, Lidia mi wybaczy?

Zofia wzruszyła ramionami, chwilę milczała potem powiedziała:

Może kiedyś. Musi dorosnąć, sama się sparzyć, pokochać. Wtedy, może, coś zrozumie. Choć ja, nie obraź się, Tania, ale źle postąpiłaś.

Wtedy Weronka i Zosia już były zamężne, miały synów. Wyjechać, choćby na chwilę, nie wyobrażały sobie…

Za ten grzech Tatiana czuła się ukarana. Dlatego połowa ciała przestała działać.

Lidia wynajęła matce opiekunkę, ale ta wszystko robiła szorstko, od niechcenia. Któregoś dnia oblała Tanię wrzątkiem zamiast ciepłej wody. Tania zapłakała z bólu, kobieta uciekła przestraszona, zostawiając ją półnagą w łazience…

Ściany cienkie, wszystko u sąsiadów słychać. Na krzyk zareagowała Weronka klucze od mieszkania już miały. Uratowały, wyleczyły. Weronka została jej opiekunką.

Nie, no proszę cię! To wstyd, Tania, no wstyd! protestowała Tatiana. Chociaż zapłacę!

Wiesz co? ostrym szeptem Weronka. Wydaj te pieniądze na rozum! Robisz się, Tania, dziwaczna!

Co tu się wstydzić? Razem w kolejce do przychodni, razem w łazienkach. Od dzieciństwa się wspierały. Czy po tylu przeżyciach jedna będzie drugiej płacić?

Temat pieniędzy zamknęły. Weronka zajmowała się Tanią, potem wyciągała Zosię na spacery. Zosia mogła wejść pod samochód, pod rower po utracie słuchu była zamyślona, nieuważna. Weronka brała ją pod rękę, szły na Planty, do parku Jordana, potem na bulwary wiślane. Spacerowały lubiły posiedzieć na ławce, podziwiały bawiące się dzieci, wspominały młode lata.

W centrum, wszędzie tu lipy. Gdy kwitną, zapach zawraca w głowie! Zosia magazynowała kwiat lipy, wiedziała jak suszyć, parzyć. Raz w roku urządzały wieczór herbaty lipowej. Zawsze u Zosi, w malutkiej kuchni, przy okrągłym stole lśniły cienkie filiżanki. Każda miała przynieść coś smacznego i wyjątkowego. Przepisy pochodziły z różnych książek, czasem synowie psuli zamysł i wychodziła zwykła polska potrawa, ale smakowała wybornie.

Jadły, piły herbatę, patrzyły w ogród, na drgające na wietrze kwiaty lipy. Rozmawiały. Tania opowiadała o Paryżu, Weronka o artystach muzealnych, Zosia, pracująca na Gumowni, była bardziej cicha już wtedy słuch się pogarszał, bała się, że koleżanki zauważą.

Jeszcze w czasie wojny Zosia dostała szoku od wybuchu. Pocisk pękł blisko, mało brakowało, a byłaby śmierć. Uszy bolały, głowa jak balon dziecko wyobrażało sobie, że pęknie jak arbuz. Leżała na podłodze i ściskała się za głowę. Mama była w pracy ratować musiała się sama… Potem słuch się pogarszał.

W pracy Zosia poznała męża był starszy, dwanaście lat różnicy.

Po co ci ja? ukrywał poparzoną twarz. Znajdziesz młodego, a mnie serce pęknie, nie przeżyję, Zosiu…

Po ślubie, pierwszej wspólnej nocy, długo nie mógł zasnąć wsłuchiwał się w Zosię, dotyk, oddech. Usnął nad ranem, ona przyglądała się, jak śpi. Siwizna mu pasowała, po oparzeniu został ślad, ale oczy cały czas zostały młode.

Zofia kochała tylko jego. Niebo zabrało go wcześnie zaledwie pięćdziesiąt pięć lat miał, wyszedł spać wieczorem, rano się nie obudził. Odeszło cicho. Zosia stała nad nim, łzy kapały mu na policzek, wycierała je, żeby nie piekły…

Sąsiadki wyprowadziły ją, syn Jerzy został u nich. Płakali razem, a wtedy Lidia zrozumiała, że mama jest jej ważniejsza niż wszystko. Zaczęła przebaczać powoli, zbliżała się do Tani, nieudanej paryżanki…

…Mąż Weronki nikomu się nie podobał. Jak mówiła Tania: gładko mówi, twardo żyje. Kombinator, odkładał na potem, obiecywał, ale rzadko spełniał. Trzeba zasłony? Trzeba, ale później teraz odkładamy na lodówkę.

Lodówka przyszła trzeba transport, ale drogo. Andrzej rezygnuje. Weronka czekała w domu miejsce gotowe, gniazdko pod ręką… Andrzej wracał wkurzony, krzyczał, że nie pozwoli, jemu wszystko jedno…

Po co wyszłaś za niego? spytała cicho Zosia po kolejnej awanturze o szafę.

Bałam się, że nikt więcej nie spojrzy. Wy obie jesteście ładne, a ja? Kogo ja obchodzę? Weronka ryczała z żalu, taka mądra, a zawsze nieśmiała.

Rozwiedź się! wołały koleżanki. Ile wytrzymasz?!

Nie mogę. Mamy syna. Rodziny się nie burzy, bo rozczarowałam się mężczyzną. Michał lubi ojca, dogadują się. Nie zrozumie mnie… Nie, dziewczyny…

Zosia i Tania kręciły głową, sarkały na Andrzeja. Nagle Weronka rozkwitła, promieniała, jakby łódka płynęła w słońcu.

Co się stało? spytała Zosia. Cieszyć się nie masz z czego, taki masz mąż!

Zarumieniona Weronka pomachała dłonią, a potem zwierzyła się cicho:

Zakochałam się. Opiekuje się mną ktoś naprawdę dobry. Teraz wiem, co znaczy oparcie…

Rozpłakała się, a Zosia tylko pokręciła głową ze swoimi zasadami Weronka nie zechce rozwodu, będzie się męczyć i jego męczyć.

Ten romans trwał długo. Skończył się, kiedy Michał szedł już na studia, a Andrzej po udarze trafił do łóżka. Weronka została pielęgniarką męża, miała do siebie żal, prosiła o przebaczenie, a on tylko mruczał…

Kiedy odszedł, adorator zaproponował jej małżeństwo, Weronka odmówiła.

Michał nie zrozumie. To byłoby zdradą. I tak jestem winna Andrzejowi.

Ten mężczyzna na zawsze wyjechał z Krakowa. Nie napisał nigdy. Już jej nie wyciągnął z kokonu poczucia winy…

Lata mijały, sąsiadki się starzały, starzał się dom. W szkole muzycznej rosły talenty, muzykanci. Ich pierwsze koncerty słuchały trzy staruszki, często widziane na widowni.

Tania w wózku, pod kocem, w aksamitnej sukni, z koronkowym kołnierzykiem. Weronka szczupła i poważna, w sukni czekoladowej z koralikami i pantofelkach pod kolor, Zosia przyszła dla towarzystwa, mało słyszała, ale cieszyła się widokiem młodych ludzi. Ubrana skromnie kostium szary, czasem czarny, buty już nie młodzieżowe, torebka stara, ale twarz emanująca spokojem. Nie raz brano Zosię za sławną pianistkę, co się przysiadła dla anonimowości.

A u każdej z nich koronkowe rękawiczki pamiątka po paryskiej przygodzie Tani…

Nie obwiniaj się tyle, Tania! krojąc tort, mówi Weronka. Lidia już dorosła, jest mamą, żoną. Doświadczyła miłości. Pierrea może nienawidzi, i dobrze, ale ciebie kocha.

Tak! potwierdziła Zosia. Młodość bywa okrutna, czarno-biała. A potem się to zmienia. Lidia cierpiała, nie rozumiała, potem dojrzała, zrozumiała. Ale twój Pierre oszust…

Zaparzyły drugi raz herbatę. Samowar elektryczny, choć bez szyszek i aromatu lasu, piękny i pękaty, stał sobie w kącie. Ona odbijała cienie ich matek to skarb, którego pilnowano.

Za oknem syczał deszcz po żółtych liściach. Zaraz pierwsze przymrozki, zmarzną nagietki pod domem, zawiną się listki. Jesień już blisko, ale jeszcze ciepło daje.

Podjechał samochód pod dom, zapłonęły światła, zgasły. Słychać szybkie kroki, zbliżają się do drzwi. Tania zamarła.

Zabrzmiał dzwonek. Weronka otworzyła, wpuściła Lidię, ucałowała, wskazała kuchnię.

Czeka. Martwi się. Idź, kochana, idź! Sto lat, koza moja!

Lidia przyniosła ulubione mamine dalie, ciemnofioletowe z żółtym środkiem. Za bukietem nie widać solenizantki, a ta płacze. Siedzi i płacze, bo wierzyć nie może, że już jej wybaczono. A może sama sobie nie wybaczyła… i jeszcze się cieszy. Urodziła dziś córkę, małą rudą dziewuszkę, kociaka w różowym kocyku. Szczęście!…

Jeśli dziś zajrzysz przez okno parterowego domu za głównym gmachem dawnego dworku w Krakowie, zobaczysz trzy uśmiechnięte staruszki. Śmieją się, piją herbatę, wspominają, czekają… Na dzieci, wnuki, prawnuki na tych, co nadają sens ich życiu. Niedługo odejdą, rozproszą się jak dym, więc jeszcze, póki można, chcą być z bliskimi, obejmować ich. To naprawdę bezcenne…

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

sześć − trzy =

Trzy nici. Trzy przeznaczenia