Trzy nici. Trzy przeznaczenia

Trzy nici. Trzy losy

Co ona powiedziała? Werka, nie dosłyszałem, co? Zofia Kowalska nachyliła się lekko do przodu i w bok, by lepiej słyszeć swoją przyjaciółkę, Weronikę Pawłowską, kroczącą obok niej.

Weronika zaczęła skrupulatnie tłumaczyć, o czym chwilę wcześniej rozmawiały mijane przez nich mama i dziewczynka, może siedmioletnia.

A bo w szkole mają jakiegoś łobuza, i ona mu powiedziała

Weronika mówi głośno, na całą ulicę. Zofia przysłuchuje się z uwagą, nie przerywa, po chwili odwraca się, szuka wzrokiem tamtej dziewczynki, skinąwszy jej głową.

Porządna, schludna dziewczynka. Tylko jakaś taka przemądrzała! konstatuje.

Czemu? dziwi się Zofia Kowalska, chwytając przyjaciółkę pod ramię, ciągnie ją naprzód, bo światło na przejściu już dawno zielone, a samochody ustawione w rządzie czekają, aż te dwie starsze panie przejdą na drugą stronę.

Słucham? Nic nie słyszę, Zośka, co? pyta Weronika, rozglądając się zdezorientowana, potem przyciska do piersi torebkę i drobnymi kroczkami sunie naprzód, ku chodnikowi za ulicą.

Mówię, czemu przemądrzała? powtarza Zofia głośno.

Eeee Po prostu tak.

Zofia Kowalska czasem nie lubi tłumaczyć swoich przemyśleń: a to jej się nie chce, a to jej zdaniem wszystko i tak jest oczywiste.

Dziewczynka przyjęła na siebie misję poprawy lenia i łobuza? Wychowuje go, robi mu uwagi? Nie, kochanieńka! Tak to sprawy się nie załatwi To nie droga!

Zofia kręci głową w takt myśli, a Weronika wzdycha. Czasem przyjaciółka jest po prostu nie do wytrzymania w tej swojej tajemniczej, niedopowiedzianej mądrości. Ale bez Zośki ten świat, zbyt zmieniony, hałaśliwy i kolorowy, byłby nie do ogarnięcia.

Zofia Kowalska i Weronika Pawłowska to sąsiadki. Ich mieszkania są osobliwe, każde z oddzielnym wejściem prosto na ulicę, bez żadnych klatek, schodów, wind. Obie kobiety mieszkają w jednym z dawnych budynków dworku, który przed wojną należał do pewnego margrabiego, potem przekazany został znanemu działaczowi kulturalnemu. Ten, po konsultacji z żoną, zorganizował w głównym budynku liceum plastyczne, a oficyny i dobudówki oddał na pracownie twórcze. Historia miotała potem życiem tego miejsca raz po raz i tak oto jednopietrowy, zbudowany w półkolu budynek kiedyś, śmiesznie mówić, stajnia został przearanżowany na mieszkania. Większość lokatorów dawno wyprowadziła się do nowocześniejszych bloków z windą i światłem, ale Weronika, Zofia i jeszcze jedna dama, ich przyjaciółka Janina, trzymają się kurczowo swoich metrów, rozrywając na strzępy kolejne listy z propozycją wykupu, zamiany czy obietnicą pomocy w przeprowadzce.

Firmy, agencje ochrony, prywatni przedsiębiorcy, właściciele sklepików wszystkim ten fragment Warszawy wydawał się smakowity, doskonały, bo i miejsce prestiżowe, zaraz przy ulicy Nowy Świat! Blisko Kościół Sióstr Wizytek, a tam dalej już Stare Miasto. I choć główny budynek zajmuje szkoła plastyczna, zawsze znajdą się oficyny czy małe domki, które nie zostały jeszcze przekazane w dobre ręce.

A jednak kobiety, delikatne, już zmęczone wiekiem, uparcie bronią swojego gniazda. Całe życie tu spędziły, i tu też je zakończą.

Pójdziemy do Janki rzuca pewnym głosem Weronika, machając pudełkiem z tortem. Złożymy życzenia.

Słucham, co mówisz, nie słyszę! Werka, spójrz na mnie, będę czytał z ruchu warg! szarpie ją za rękaw Zofia. Jest jej niezręcznie, wstyd, boi się, że Weronika w końcu wybuchnie, nakrzyczy i odejdzie. Owszem, głuchota potrafi wyprowadzić z równowagi, Werka nie jest z żelaza

A jednak, Weronika zatrzymuje się spokojnie, nachyla do twarzy przyjaciółki i wyraźnie, starannie porusza ustami.

Aha, Janka nas zapraszała Tak, pamiętam! kiwa Zofia. Wszystko jasne, ruszają dalej.

U Janiny Zielińskiej, biednej, przykutej do wózka staruszki, dziś święto urodziny córki. Lidia, też już nie najmłodsza kobieta, pracuje w biurze, rzadko bywa w domu. Było ustalone, że wspólnie świętują w weekend, potem się nie udało. Ale Janina nie ma pretensji.

Sama sobie winna mówi, kiedy gościnie rozsiadają się przy skromnie zastawionym, odświętnym stole. I zostawcie już moją dziewczynę w spokoju! podnosi palec, choć nikt nie zamierza się sprzeczać. Lidia to swoja, o niej tylko dobrze!

Weronika gładzi rękę wzruszonej sąsiadki. Drży, chudziutka, wysuszona ta dłoń, którą Janina, jeszcze dziewczynka, zrywała z ziemi chwasty na podwórku, kiedy zaraz po wojnie postanowili urządzić przy domu ogródek. Tą malutką dłonią dzierżyła ciężką łopatę, żłobiła gliniaste grządki, a na koniec, prawie że jakby głaskała pisklę, sypała w bruzdy nasiona. Było bardzo ciężko głód i nędza. Matki wszystkich trzech dziewcząt pracowały w szpitalach, dzieci siedziały same. Jadły, co znalazły. Jak tylko udało się zdobyć chleb i odrobinę masła, już był święto. Masło miało dziwny, trociniasty posmak. Ani Janina, ani Zofia, ani Weronika nie narzekały. Wiedziały, że wszędzie tak jest. Ale im rosły warzywa w ogródku! Nasiona dostali cudownym trafem od sąsiada, starego działkowca, pana Szyszki. Mieszkał w sąsiednim mieszkaniu, kłócił się z innymi, papieros za papierosem, ale dziewczyny z stajni lubił. Były prawdziwe, żywe, głodne wiedzy.

Chodź tu, Wercia! zawołał na nią, z długim paznokciem. Posłuchała. Macie tu nasiona, dziewczynki. Posadźcie, będziecie miały rarytas. A ja będę pomagał!

Dziewczyny nie wierzyły, że coś wyrośnie, ale pan Szyszka nie oszukał. Wyrosły dwie główki kapusty, ogórki rozpełzły się po ziemi, ukryte wśród gwiaździstych liści kwiatki. Pietruszka, co prawda, nie wyszła najpierw wypuściła jasnozielone kiełki, później zwiędła.

Jakże pan Szyszka klął! Zepsułyście plony, wszystko na marne!

Potem jednak przyniósł im sucharki, kazał wytrzeć nosy.

Skończy się to wszystko, wojna się skończy, wrócą wasi ojcowie, to taki ogród założymy, że wszyscy będą zazdrościć! obiecał.

Ale sam końca wojny nie doczekał. Weronika, Zofia i Janina z przerażeniem patrzyły, jak wynoszono go z mieszkania, jak jechano z nim na cmentarz. Wtedy śmierci było wiele, ale ta, która zabiera bliskiego, boli inaczej. Ojców nie doczekały, ogród robiły już same

Teraz Janina, posiwiała, skurczona w fotelu na kółkach, Weronika głaszcze ją po ręce, a Zofia, zerkając na przyjaciółki, rozkłada pieczeń i kroi ogórki. Na stole jeszcze kieliszki. Janina lubi żurawinową nalewkę, bardzo ją sobie ceni. Tak więc będzie częstować sąsiadki, wypiją za zdrowie Lidii, za nogi Janiny, które odmówiły posłuszeństwa pięć lat temu, za to, by zima nie była ostra i nie dokuczała starym kościom.

Janina straciła sprawność przez nieszczęśliwy przypadek i to ją boli bo głupio tak. Zimą wyszła na spacer, poślizgnęła się i upadła. Nic strasznego, plecy trochę bolały, a rano już nie mogła ruszyć nogami. Przeraziła się, zimny pot ją oblał. Telefon był za daleko, nie mogła zadzwonić po lekarza ani córkę. Może, gdyby spróbowała zsunąć się z łóżka i doczołgać się do szafki Nie, brakło sił. Po latach zgrabna i szczupła Janina trochę przybrała w biodrach, lekarze mówili hormony, kazali łykać tabletki. Wiedziała, że to po prostu starość. Nazwijmy rzeczy po imieniu

Słyszała, jak Weronika wychodzi na podwórko, woła gołębie, wysypuje im okruszki. Potem jej sylwetka przemknęła pod oknami mieszkania są tuż nad ziemią, zimą podłogi zimne, więc chodzi tu się w grubych skarpetach. Wszystko widać jak w telewizorze.

O, już Werka idzie Do sklepu, uśmiechnęła się smutno Janina. Niedługo i Zośka się pokaże. Ona to lubi pospać

Janina długo nie wołała pomocy, leżała, marzła, bo październik wyciągnął ostatni ciepły podmuch przez uchylone na maleńkiej kuchni okienko. Chciała jeść i do ubikacji

Przyjaciółki same się zaniepokoiły. Gdzież to możliwe, żeby Janka nie włączyła radia lub płytę rano przy śniadaniu?! Zaspała? Niemożliwe! Wstawała zawsze bez budzika, punktualna jak zegarek!

Pukali do niej najpierw Weronika z Zofią, później dozorca. Ten, kalecząc słowa, pytał, czy pomóc, potem rzekł, że kobiety każą wyważyć drzwi.

Liche, drewniane drzwi poddały się mocnym uderzeniom ramienia, do mieszkania wtoczył się dozorca, za nim niedosłysząca Zofia, potem Weronika.

Janka! Gdzie jesteś? No mów zaraz, co się stało! krzyczała Zofia. Z przerażenia i wzruszenia głuchota dosięgnęła ją całkowicie. Jak sama później mawiała, miała wtedy zamęt w głowie.

Zobaczyli leżącą Janinę, wszystko zrozumieli, wyprosili dozorcę.

Ale wstyd! Dziewczyny, nie patrzcie! Idźcie, trzeba jęczała Janina, a zwinne ręce Weroniki już zmieniały pościel, myły, przebierały. Weronika nie była nowicjuszką opiekowała się sparaliżowanym mężem, który zginął podczas pracy na rusztowaniu. Zmarł osiem lat temu, pozostawiając po sobie smutek i, nieco wstydliwie, ulgę.

Cierpiał bardzo stała nad mogiłą Weronika. Teraz spokój, wolność. Tam, pokazywała na niebo, znów będzie jak młodzieniec.

Dlaczego złośliwy, małostkowy człowiek, mąż Weroniki, miałby trafić do nieba, przyjaciółki nie rozumiały, ale nie zamierzały jej wyprowadzać z błędu.

Janinę zabrali do szpitala, diagnoza była niepomyślna… Przepłakała całą noc, oskarżając siebie i przekonując współlokatorki z sali, że to kara boska.

Ale za co?! dopytywały tamte.

Oj, było za co. W wieku dziewiętnastu lat Janina urodziła córkę, cudowną, rudowłosą Lidkę. Z wielkiej, niepojętej miłości z chłopakiem z sąsiedniej klasy. Spotykali się, spacerowali, wspólnie odrabiali zadania, i pewnego dnia wydarzyło się coś, o czym Janina zawstydzona nigdy nie opowiedziała Weronice i Zofii. Skończyli szkołę, Janina zorientowała się, że jest w ciąży. Matka zbiła ją ścierką, kazała pędzić do szpitala może coś wymyślą. Ale tam nie mogli nic rodź, skoro tak wyszło. Matka Janiny załatwiała łapówki, szukała kogoś, kto weźmie na siebie grzech dzieciobójstwa, ale nie zdążyła. Janina uciekła na wieś do ciotki. Tam donosiła ciążę, Lidię urodziła, dwa lata pracowała w PGR‐ze. Mama odwiedzała ich, do wnuczki przywykła powoli.

A ojciec? Zrzekł się wszystkiego. Po co miał tracić życie, wiązać się, gdy przed nim studia, kariera, może dyplomacja Janina z Lidią były nie w porę! Proszę nie mieszać porządnej rodziny do niespodzianych ciąży!..

W dwa i pół roku po urodzeniu Lidki matka wróciła z Janiną i wnuczką do swojego mieszkania w Warszawie. Weronika i Zofia zostały doskonałymi, ukochanymi ciociami. Lidia przechodziła z mieszkania do mieszkania, pilnowały jej oczy babci, Weroniki i Zofii wtedy jeszcze bystre i czule zatroskane.

Śmieszyło je i zdumiewało, że Janina ta sama dziewczyna, a tu już matka, wiedząca coś, czego one nie znają, trochę od razu jakby wyżej w hierarchii. Z czasem zrozumiały nie, to dalej ta sama Janka, tylko trochę zmęczona.

Janina skończyła zaocznie studia, pracowała, wychowywała Lidkę. Matka zmarła, gdy Lidia miała dziewięć lat.

Pewnego dnia do ich zakładu poligraficznego przyjechała delegacja z zagranicy. A tam Francuz, przystojniak. Żaden Wydział nie mógł go powstrzymać, Janinę też nie, choć była wzywana na rozmowy, ostrzegana. Ale miłość Ona potrafi góry przenosić!

Weronika i Zofia miały szeroko otwarte usta, kiedy Pierre przywoził Jance prezenty, wielkie pudła. Suknie, lalki dla córki, naczynia Potem zaprosił.

Ma pod Paryżem willę, wszystko tam jest! Pokój dla mnie, dla Lidki opowiadała z przejęciem.

A Lidia? dopytywała Weronika.

Ona na razie zostanie w Polsce, potem ją zabiorę, ja usprawiedliwiała się. W głowie jej huczało, marsz ślubny zagłuszał głosy przyjaciółek.

Mamo, gdzie mój bilet? z powagą zapytała wracająca ze szkoły Lidia. Muszę też coś powiedzieć w szkole, że wyjeżdżam

Zostajesz, Lidko. Na razie taka podróż zbyt trudna dla ciebie. Wrócę, potem cię zabiorę. Na razie pobędziesz z

Janina wzdrygnęła się, gdy rozprysnęła się wazon od Pierre’a. Lidia z całej siły rzuciła go o podłogę. Potem poleciały w ścianę talerzyki, filiżanki

Lidia później przyznała się Weronice, że wtedy w niej coś umarło. Jakby zabrali jej oddech, coś ścisnęło gardło, nie dawało złapać tchu. Ręce się wyciągały po powietrze, a płuca się kurczyły i w oczach ciemno.

Twoja mama wróci. Zobaczysz. A wtedy to ty zdecydujesz, czy jej wybaczysz. Nie będę jej tłumaczyć ani oskarżać. Po prostu, my kobiety czasem tak bardzo pragniemy barwnego życia, że łatwo dać się zwieść. To nasza słabość mówiła Weronika po cichym pierwszym płaczu.

Weronika też kiedyś na tej swojej słabości się poparzyła. Pewna pani na ulicy zaoferowała jej czapkę z karakułu. Okazja, piękna rzecz przymierzyła, zapłaciła. W domu znalazła w tobołku podarte szmaty. Łatwość pięknego życia, która nigdy nie wychodzi

Janina wyjechała. Lidia nie żegnała jej na peronie, nie odpisywała na listy. Janina czekała tylko na skąpe wieści od przyjaciółek.

Wróciła po pół roku wieczność dla nastolatki. Lidia nie chciała jej znać, prezenty wyrzuciła na śmietnik.

No ale wyszłaś za niego? ciszej dopytywała Zofia.

Nie pokręciła głową Janina. Rodzina Pierre’a uznała, że kobieta z dzieckiem im nie pasuje, kazali wybrać Lidia albo on. Gdy zrozumiałam, że on jest z nimi, po prostu splunęłam na ten wypolerowany parkiet i wróciłam. Myślisz, Lidia mi wybaczy?

Zofia wzruszyła ramionami, milczała, po czym odpowiedziała:

Z czasem. Musi dorosnąć, sama pokochać i pocierpieć. Wtedy może coś zrozumie. Choć ja twojego wyboru, Janka, nie pochwalam. Głupio, zbyt ostro postąpiłaś, wybacz za szczerość.

Wtedy Weronika i Zofia też były już mężatkami, każda miała syna. O wyjazdach choćby na weekend w ogóle nie mogły myśleć.

Za ten grzech Janina uważa się ukaraną. Że straciła połowę sprawności.

Lidia zatrudniła matce opiekunkę, ale ta była szorstka, mechaniczna w opiece. Janina znosiła, bo innej możliwości nie było. Raz opiekunka przez nieuwagę oblała ją wrzątkiem. Janina krzyknęła, zapłakała, skóra pokryła się pęcherzami. Opiekunka przelękła się i uciekła. Zostawiła Janinę nagą, cierpiącą i bezradną w łazience.

Ściany w mieszkaniach cienkie, każdy krzyk słychać. Na ratunek przybiegła Weronika z własnym kluczem. Wyleczyły sąsiadkę, i Weronika została opiekunką.

Nie mogę, Werka! Wstyd, strach No, może chociaż ci zapłacę!

Daj spokój! syknęła przyjaciółka. Wydaj te swoje pieniądze na rozsądek! Co się masz wstydzić, Janka, skoro dzieciństwo kąpałyśmy się razem w łaźni, sto lat temu razem stałyśmy w kolejce do przychodni, robiłyśmy zakupy na kartki, a teraz mamy się kisić osobno? Za co płacić?

Sprawę opieki zamknęły raz na zawsze. Weronika pomagała Janinie, potem szła wyprowadzać Zofię na spacer. Bez niej Zofia mogłaby wpaść pod auto czy hulajnogę, trudno jej się odnaleźć na ulicy. Od utraty słuchu była trochę jak sowa kręciła głową na boki, zamyślona. Weronika prowadziła ją pod rękę przez Nowy Świat, potem skręcały w Foksal i szły na Powiśle, długo, ale ciekawie. Albo wybierały uliczkę Smolną, siadały w parku, oglądały bawiące się dzieci, wspominały młode lata, jak ich synowie zdzierali kolana na klonach wewnątrz podwórka. W centrum Warszawy jest mnóstwo klonów. Gdy kwitną, zapach oszałamia. Zofia od dawna zbierała kwiaty lipy, umiała je suszyć i parzyć najlepiej. Z Weroniką i Janiną urządzały wieczór herbaciany u Zosi. Spotykały się wyłącznie w jej kuchni, wyciągały dla gości wyjątkowe filiżanki porcelanowe. Tego dnia przynosiło się coś dobrego. Kartkowały książki kucharskie, zabierały się do roboty, ale harmider synów sprawiał, że z wyszukanych dań powstawał domowy klasyk zawsze pyszny.

Piły herbatę, patrząc na ogród pod oknami, na trzepoczące kwiaty klonów. W takim klimacie łatwo się otworzyć. Janina opowiadała o Paryżu, Weronika o malarzach poznanych przez pracę w Muzeum Narodowym, Zofia, pracownica fabryki gumy, zwykle milczała. Miała już wtedy kłopot ze słuchem i chowała to. W czasie wojny była pod bombą, pocisk wybuchł tak blisko, że prawie doszło do wstrząsu mózgu. Przeszło, ale uszy długo bolały. Jeszcze długo potem łapała się za głowę, ściskając jakby miała arbuza pełnego powietrza w środku. Do dziś pamięta ten ścisk.

Na fabryce Zofia poznała przyszłego męża, sporo starszego dwanaście lat różnicy.

Po co ci taki stary, co? odwracał się od niej, ukrywając poparzoną twarz. Znajdziesz sobie młodszego, uroczego, a ja umrę z żalu!

Gdy się pobrali, Zofia pierwszy raz nocowała z mężczyzną (była w tych sprawach bardzo zasadnicza). Ivan nie spał całą noc, słuchając jak oddycha, jak mysz drapie pod deskami, jak deszcz bębni w dach. Rano Zofia patrzyła na niego jej mąż, jedyna miłość. Blizna mu nie przeszkadzała, siwizna mu pasowała.

Ivan był jej jedyną miłością. Odszedł wcześnie, pięćdziesiąt piąty rok życia. Zasnął, rano się nie obudził. Zofia stała nad nim, łzy kapały, ścierała je ciągle, bała się, że poparzą, że są słone przez sen mogą kłuć oczy

Syn Jarek przyprowadził sąsiadki, te odciągnęły Zofię, chłopca wzięły do siebie. Płakali razem. Lidia patrzyła z lękiem na tę żałobę, poczuła wtedy, jak bardzo kocha matkę. Powoli zaczęła jej wybaczać krok po kroku wracała do Janiny, nieudanej paryżanki

Mąż Weroniki nigdy nie przypadł do gustu przyjaciółkom. Weronika mówiła: miękki, wygodny, a śpi się twardo wszystko kalkulował. Zasłony wypadałoby kupić? Jasne, ale później. Najpierw zbieramy na lodówkę.

Przyszła pora na lodówkę. Trzeba by samochód wynająć, dowieźć. Gdzie tam, za drogo. Andrzej rezygnuje z marzenia Weroniki, drze numerek i narzeka na życie.

Weronika już czeka, miejsce gotowe, gniazdko wszystko czeka Andrzej wraca naładowany złością, stuka w stół i powtarza: Nie pozwolę. Wszystko wiem. Nie zgadzam się!

Po co za niego wyszłaś? pyta cicho Zofia, kiedy mąż znowu zrezygnował z szafy.

Bałam się, że już nikt mnie nie zechce. Wy jesteście ładne a ja mysz Komu ja potrzebna, co?! Weronika szlochała bezsilnie.

Rozwiedź się! chórem podpowiadały przyjaciółki. Ile można?

Nie mogę. Jest syn. Nie wolno rozbijać rodziny, bo się rozczarowałam. Michał lubi ojca, u nich zgoda. On by nie zrozumiał. Nie mogę

Zofia i Janina kręciły palcem przy głowie, syczały na Andrzeja, swoje. Ale nagle Weronika zmieniła się rozkwitła, uśmiechnięta, pewna siebie.

Co się dzieje? dociekała Zofia. Skąd tyle radości, mając takiego męża?!

Zarumieniona Weronika najpierw machnęła ręką, potem szepnęła:

Zakochałam się. Opiekuje się mną pewien wspaniały człowiek. Teraz wiem, co to silne męskie ramię

Zapłakała, a Zofia tylko pokręciła głową. Z Weronką o zasadach, ona się nie rozwiedzie, będzie cierpieć i jego, idealnego, będzie męczyć

Romans trwał długo. Skończył się, gdy Michał poszedł na studia, a Andrzej, jego ojciec, dostał udaru na budowie, upadł z rusztowania. Nie podniósł się już. Weronika została opiekunką, obwiniała się codziennie, prosiła o wybaczenie, on tylko chrząkał i jęczał.

Gdy go zabrakło, tamten adorator zaproponował ślub, ona odmówiła.

Michał by tego nie zrozumiał powiedziała. To byłoby zdradą. Jestem winna wobec Andrzeja.

Mężczyzna wyjechał na zawsze. Nie podał miejsca. Nie pisał, nie dzwonił. Nie udało mu się wyrwać Weroniki z kokonu winy i żalu a szkoda, był dobrym człowiekiem. Lodówkę, meble i ubrania dla Michała organizował przez swoje kontakty ale panem domu nie został. Szkoda

Lata mijały, sąsiadki się starzały, dom okalający półkolem podwórko i stare klony także. W szkole rosły talenty, młodzi muzycy i aktorzy. Ich pierwsze występy słuchały trzy staruszki na koncertach otwartych.

Janina w wózku, pod pledem, w aksamitnej sukni z koronkowym kołnierzykiem, Weronika, wyprostowana i surowa, z dyskretną fryzurą, w brązowej sukience z haftowanym paskiem i z pantoflami do kompletu, Zofia, która przychodziła raczej dla towarzystwa, niewiele słyszała, ale cieszyła się młodością i urodą na scenie, wybierała skromny kostium, szare lub czarne botki, w ręku torebka z wytartymi rogami, kiedyś czarna, teraz wyblakła, a na twarzy taki spokój, że często brano ją za jakąś sławną pianistkę.

A wszystkie w koronkowych rękawiczkach na pamiątkę paryskich wspomnień Janiny

Po co tak się dręczysz, Janka! mówiąc, krojąc tort i nakładając kawałki na talerzyki, rzuciła Weronika. Lidia już dorosła, sama matka, żona. Poznała, co to miłość. Może Pierra nienawidzi, i ma rację, ale ciebie kocha.

Tak! przytakuje Zofia. Młodość bywa brutalna, bezkompromisowa. Potem pojawiają się odcienie, półtony. Lidia kiedyś nie rozumiała, potem dorosła. Ale Pierre oszust

Postawiły jeszcze raz czajnik. Elektryczny, bez zapachu ogniska, bez szyszek, ale ładny, pękaty, spokojnie stał na stoliku. Z nim czułość i dobroć powracały. W odbiciu widniały jeszcze mamusie tych, co dziś już są starzy. Jak relikwia, czajnik pielęgnowały przez lata.

A za oknem znowu deszcz szeleszczący po żółtych liściach. Niedługo pierwszy przymrozek, kwiaty zwisną na rabatce pod domem, zwiną się w zwitki listki nagietków. Czuć już jesień, lecz jeszcze trochę ciepła przynosi.

Na podwórko wjeżdża auto, koła szumią na mokrym asfalcie. Migają światła, gaśnie silnik. Ktoś energicznie stuka obcasami po alejce, podchodzi pod drzwi. Janina wstrzymuje oddech.

Drzwi dzwonią. Weronika otwiera, wpuszcza Lidię, całuje ją, wskazuje kuchnię.

Czekała z utęsknieniem! Idź, kochanie, idź! Najlepszego, kozo moja!

Lidia przynosi ulubione mamy dalie, ciemnofioletowe z żółtym środkiem. Za wielkim bukietem nie widać jubilatki, a ona płacze. Siedzi i łzy jej płyną, bo nie może uwierzyć, że tak naprawdę została dawno wybaczona. A może sama sobie nie potrafi wybaczyć i cieszy się! Dziś urodziła córeczkę, malutka ruda wnuczka w różowym beciku. Szczęście!

Jeśli dziś zerkniesz w okno tego parterowego, półkolistego domku za starym dworkiem margrabiego, zobaczysz trzy urocze staruszki. Śmieją się, piją herbatę, wspominają i czekają, czekają Dzieci, wnuków, prawnuków wszystkich tych, którzy czynią ich życie pełnym, prawdziwym. Ich czas przemija, ale jeszcze można być razem, przytulić. Tego nie da się przeliczyć na żadne złotówki.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

siedemnaście − 12 =

Trzy nici. Trzy przeznaczenia